Kolejna część mojej wesołej twórczości.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.
Rozdział II
Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?
Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.
Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.
Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:
TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.
- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.
Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...
Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:
Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.
Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.
niedziela, 27 września 2009
czwartek, 24 września 2009
A poczta wszędzie taka sama...
Poczta Polska ma złą opinię. Złą, złą, złą. Słyszeliście o kradzieżach na poczcie? Zdarzają się - jeśli ludzie widzą, że np. w paczce są kosmetyki, do adresata często dociera pusta koperta: o ile w ogóle dociera.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
niedziela, 20 września 2009
Złapałem muzę za piętę...
I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
sobota, 12 września 2009
Pusta lodówka...
No, zagapiliśmy się i nie mamy za bardzo ani pieniędzy, ani jedzenia. Coś tam jest, ale to raczej zjadanie zapasów w stylu galaretek i makaronu (broń boże nie jako jednego dania - nie jesteśmy jeszcze aż tak zdesperowani). Będzie trzeba zrobić zakupy w przyszłym tygodniu, a gotówki brak - wydatki na ten miesiąc to aktualnie u mnie 250 funtów. Muszę kupić bilet autobusowy i kartę zniżkową na pociąg, wpłacić pieniądze na konto etc... Chętnie kupiłbym sobie Chaos in the Old World, ale nie mam skąd załatwić 40 funtów.
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.


Zainteresowani? No, ja myślę...
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.
Zainteresowani? No, ja myślę...
piątek, 4 września 2009
Poczucie straty...
Czasami to tak przychodzi. Nie wiem, czy też to macie.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
