sobota, 17 października 2009

In transit, HQ.

No, pakuję się i jeszcze zmyję gary żeby nie zostawiać z nimi Lin (o ile zdążę). Obudziła mnie wcześniej, bo właśnie wyszła na cały dzień.
Mam lot o 18.00, co oznacza że o ile nie będzie żadnych opóźnień, jestem o 21.25 czasu Polskiego w Krakowie. Zobaczymy jak to będzie. Pod warunkiem, że w Londynie nie trwają jakieś dziwaczne prace nad metrem, powinienem zdążyć bez problemu i jeszcze nawet zjeść coś na lotnisku.

Aha, jako że mam teraz dużo rzeczy do roboty i w zasadzie nie będę używał tego laptopa, nie będzie w najbliższym czasie aktualizacji Sebastiena Duranta (który zresztą pisze się aktualnie w żółwim tempie). Ale, od środy, będę coś tam pisał o Essen, o ile znajdę gdzieś miejsce z WiFi.

niedziela, 11 października 2009

Sebastien Durant - Rozdział V

Rozdział IV

Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.

Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.

Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”

Było to ponad pięć lat temu.

Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.

To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.

Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...

Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.

poniedziałek, 5 października 2009

40 lat Monty Pythona...



Dzisiaj 40 rocznica pierwszego odcinka Monty Python's Flying Circus. Pragnę z tej okazji podziękować Ericowi, Grahamowi, Michaelowi, Johnowi i obydwu Terrym za wkład który mieli w moje życie i poczucie humoru. Dziś piję ich zdrowie.

Cheers, panowie!

niedziela, 4 października 2009

"Sebastien Durant", Rozdział Trzeci

Rozdział III

Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.

Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.

- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.

Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.

Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.

W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.