niedziela, 20 września 2009

Złapałem muzę za piętę...

I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.

Rozdział I

Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.

Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.

Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.

Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...

Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?

Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.

Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?

Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.

Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!

Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.

Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!

I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.

Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.

------------------------------------------

Rozdział II już wkrótce.

1 komentarz:

Madras pisze...

Dobrze się czyta, intryguje. Bezboleśnie wprowadza w świat. Choć jak na pełnoprawny rozdział trochę za krótkie.