Rozdział III
Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.
Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.
- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.
Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.
Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.
W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.
niedziela, 4 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz