sobota, 17 października 2009

In transit, HQ.

No, pakuję się i jeszcze zmyję gary żeby nie zostawiać z nimi Lin (o ile zdążę). Obudziła mnie wcześniej, bo właśnie wyszła na cały dzień.
Mam lot o 18.00, co oznacza że o ile nie będzie żadnych opóźnień, jestem o 21.25 czasu Polskiego w Krakowie. Zobaczymy jak to będzie. Pod warunkiem, że w Londynie nie trwają jakieś dziwaczne prace nad metrem, powinienem zdążyć bez problemu i jeszcze nawet zjeść coś na lotnisku.

Aha, jako że mam teraz dużo rzeczy do roboty i w zasadzie nie będę używał tego laptopa, nie będzie w najbliższym czasie aktualizacji Sebastiena Duranta (który zresztą pisze się aktualnie w żółwim tempie). Ale, od środy, będę coś tam pisał o Essen, o ile znajdę gdzieś miejsce z WiFi.

niedziela, 11 października 2009

Sebastien Durant - Rozdział V

Rozdział IV

Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.

Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.

Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”

Było to ponad pięć lat temu.

Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.

To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.

Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...

Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.

poniedziałek, 5 października 2009

40 lat Monty Pythona...



Dzisiaj 40 rocznica pierwszego odcinka Monty Python's Flying Circus. Pragnę z tej okazji podziękować Ericowi, Grahamowi, Michaelowi, Johnowi i obydwu Terrym za wkład który mieli w moje życie i poczucie humoru. Dziś piję ich zdrowie.

Cheers, panowie!

niedziela, 4 października 2009

"Sebastien Durant", Rozdział Trzeci

Rozdział III

Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.

Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.

- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.

Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.

Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.

W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.

niedziela, 27 września 2009

Rozdział Drugi

Kolejna część mojej wesołej twórczości.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.

Rozdział II

Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?

Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.

Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.

Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:

TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.


- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.

Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...

Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:

Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.


Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.

czwartek, 24 września 2009

A poczta wszędzie taka sama...

Poczta Polska ma złą opinię. Złą, złą, złą. Słyszeliście o kradzieżach na poczcie? Zdarzają się - jeśli ludzie widzą, że np. w paczce są kosmetyki, do adresata często dociera pusta koperta: o ile w ogóle dociera.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.

Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?

Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?

Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.

Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.

Z innych ciekawostek...

Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.

Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.

Tyle ode mnie.

niedziela, 20 września 2009

Złapałem muzę za piętę...

I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.

Rozdział I

Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.

Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.

Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.

Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...

Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?

Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.

Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?

Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.

Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!

Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.

Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!

I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.

Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.

------------------------------------------

Rozdział II już wkrótce.