niedziela, 11 października 2009

Sebastien Durant - Rozdział V

Rozdział IV

Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.

Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.

Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”

Było to ponad pięć lat temu.

Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.

To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.

Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...

Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.