czwartek, 24 września 2009

A poczta wszędzie taka sama...

Poczta Polska ma złą opinię. Złą, złą, złą. Słyszeliście o kradzieżach na poczcie? Zdarzają się - jeśli ludzie widzą, że np. w paczce są kosmetyki, do adresata często dociera pusta koperta: o ile w ogóle dociera.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.

Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?

Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?

Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.

Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.

Z innych ciekawostek...

Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.

Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.

Tyle ode mnie.

niedziela, 20 września 2009

Złapałem muzę za piętę...

I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.

Rozdział I

Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.

Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.

Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.

Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...

Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?

Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.

Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?

Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.

Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!

Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.

Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!

I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.

Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.

------------------------------------------

Rozdział II już wkrótce.

sobota, 12 września 2009

Pusta lodówka...

No, zagapiliśmy się i nie mamy za bardzo ani pieniędzy, ani jedzenia. Coś tam jest, ale to raczej zjadanie zapasów w stylu galaretek i makaronu (broń boże nie jako jednego dania - nie jesteśmy jeszcze aż tak zdesperowani). Będzie trzeba zrobić zakupy w przyszłym tygodniu, a gotówki brak - wydatki na ten miesiąc to aktualnie u mnie 250 funtów. Muszę kupić bilet autobusowy i kartę zniżkową na pociąg, wpłacić pieniądze na konto etc... Chętnie kupiłbym sobie Chaos in the Old World, ale nie mam skąd załatwić 40 funtów.

Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...

A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.





Zainteresowani? No, ja myślę...

piątek, 4 września 2009

Poczucie straty...

Czasami to tak przychodzi. Nie wiem, czy też to macie.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?

Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.

Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.

Tak mi się filozoficznie zrobiło.

piątek, 28 sierpnia 2009

Krótka notka podsumowująca rok

Tak, wkrótce minie mój pierwszy rok w Anglii. Większość z was wie, że uczucia mam mocno mieszane. Ale jest to także prawie rok moich notek na tym blogu. 7 Września 2008 pojawiła się pierwsza notka. Ta będzie (wg systemu) numerem 75. To znaczy że średnio pisałem notkę co 4,8 dnia. Nieźle, ale przyznacie, że nie zachwycająco.
Nic nie poradzę, nie nadaję się do tego. Ten blog miał być dla was źródłem informacji "co u mnie" - zaoszczędzając mi nieco czasu i pisania tego samego do wielu osób. Ci z was którzy go śledzą wiedzą że różnie mi to wychodzi. Ale w końcu nie wiem ile was naprawdę jest, bo gdy prosiłem o "podpisanie się", zrobiły to cztery osoby...
W tym roku, ostrzegam, różnie może być. Czy będę uzupełniał, czy nie? Jak często? Sam nie umiem na to odpowiedzieć. Będę miał do pisania pracę licencjacką, do tego pracę z Wolf Fangiem a także zapewne nowe projekty growe i nie tylko... Poza tym od roku tak naprawdę nic się nie zmieniło:
- nadal jestem pesymistą
- nadal irytuję się ponad miarę
- nadal nie ma tutaj pracy i utrzymuje mnie tata
- nadal poszukuję graczy do swojej nieistniejącej grupy RPGowo-planszówkowej
- nadal zamierzam pracować nad swoimi projektami
- nadal mam chwile w których czuję się naprawdę wolny, ale jest ich mało i są od siebie dość oddalone...

I takie tam inne. Także - czy naprawdę jest sens informowania was o tym co ostatnio jadłem, lub w co ostatnio grałem, co ostatnio kupiłem? W końcu to nic nie znaczące, w ostatecznym rozrachunku, informacje.

No, coś z aktualności. We wtorek byłem na spacerze. Długim. Doszedłem na piechotę do zamku Upnor który znajduje się po drugiej stronie rzeki i odrobinę w górę. Razem jakieś 2 i pół godziny tam i z powrotem. To była jedna z tych chwil wolności. Szedłem w zasadzie przed siebie, za każdym wzniesieniem ustalając nowy cel. Zwiedzałem, szukałem nowych ścieżek, poznawałem stare, samotnie stałem na rozpadającym się molu przy rzece, spoglądając na Chatham Maritime... Wiele bym dał za czas i pieniądze które umożliwiłyby mi ruszenie w ten sposób przed siebie i zejście całej Anglii wzdłuż i wszerz. Bez komputera, bez komórki, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Czas na przemyślenia, poznanie siebie i odetchnięcie. No, ale nie ma na co liczyć.

Zgłosiłem się do dwóch konkursów. Jeden polegał na przetłumaczeniu opowiadania z angielskiego na polski, drugi to nagranie prologu do słuchowiska (a w zasadzie audiobooka). Dam znać jeśli coś z tego wyjdzie.

Dwa miejsca do których pisałem o pracę nie dały odpowiedzi. W zasadzie to samo mogę powiedzieć o wszystkich kontaktach z Wolf Fanga które powinienem utrzymywać. Nie idzie mi ta robota, oj nie idzie...

Na koniec dobra informacja - w ciągu ostatnich trzech dni dopracowałem, rozpisałem oraz, dzisiaj, wydrukowałem prototyp mojej kooperacyjnej gry przygodowej. Dam znać co z tego będzie - testy rozpoczynają się prawdopodobnie jutro. Do tego pozostanie mi jeszcze opracowanie dwóch lub trzech aspektów mechaniki które na razie są prawie nieruszone bo można je tylko rozpisywać drogą testowania.

Korzystam więc, można by powiedzieć. Dopóki się da.
Aha, znowu zastanawiam się nad założeniem bloga RPGowo/Planszówkowego. Wątpię żeby mi pozostało na to pary, ale cholera wie...

wtorek, 18 sierpnia 2009

Dom Marzeń...

Tia, tak się właśnie kończą spacery... Poszliśmy z Lin pozwiedzać dalej okolicę i natknęliśmy się na piękny dom. Jest cudowny - cztery piętra, duży trawnik, dwie łazienki. Kurde, czego on nie ma? Dobrego dojazdu, fakt. Trzeba by zainwestować w samochód, a zapewne dwa. Sklepów dookoła... cóż, ten sam problem rozwiązuje powyższa kwestia...

Pomyśleliśmy, że wrócimy do domu i sprawdzimy za ile go sprzedają. No i sprawdziliśmy...

Jedyne 450 tysięcy funtów. Tak, zgadza się - prawie pół miliona funtów. To jakieś 2.500.000 złotych.

Także pewnie będziemy tam spacerować i się gapić. Stronę z ofertą dodałem już do zakładek. Obejrzyjcie sobie:

http://your-move.co.uk/property-for-sale/detached-house-for-sale-borstal-road-rochester-me1-3-sale-id-527378639

A tymczasem knujemy z Lin jak założyć stronę internetową żeby potem sprzedać ją za grubą kasę.

środa, 5 sierpnia 2009

Minusy jednopokojowego mieszkania...

Decyzja zapadła i tydzień temu zamówiłem na Amazonie podręczniki do World of Darkness oraz Vampire: The Requiem. Głównym powodem tego zakupu był fakt, że te same podręczniki zostały wydane w Polsce, a ich cena tutaj była nawet niższa niż tam. Doszedłem do wniosku, że posiadanie tych samych podręczników po Angielsku bardziej się "opłaca". Teraz powoli przegryzam się przez World of Darkness.
Byłoby szybciej i pewnie już czytałbym Requiem, gdyby nie jeden szczegół - nie potrafię czytać gdy w tle leci muzyka lub film w tym samym języku co książka. Już przy jakiejkolwiek innej "przeszkadzajce" niż muzyka bez tekstu czyta mi się trudniej. A Lin nałogowo ogląda seriale. Na dodatek angielskie.
No i mam problem, bo nie mogę czytać choć bardzo chcę. Dźwięki mnie rozpraszają, obraz odwraca uwagę. Ale z drugiej strony - nie mogę przecież zabronić Lin oglądać filmów.

Strasznie mnie to irytuje, ale nie ma z tym co zrobić. Przeprowadzić się nie przeprowadzimy póki co, a nawet jeśli zmienimy mieszkanie nie będzie nas stać na nic większego niż jeden pokój. Pisanie mojej dysertacji to będzie koszmar... Bo z pisaniem w takich warunkach idzie mi jeszcze gorzej.

Kupiłem też "Prince of the City", planszówkę osadzoną w klimacie Wampira: Requiem. Nie robiłbym tego, bo słyszałem różne opinie, ale gra wyszła z druku i nie chciałem ryzykować że kiedy już się zdecyduję, nie będę mógł nigdzie znaleźć kopii która nie byłaby z drugiej ręki...

W najbliższym czasie wychodzi jeszcze kilka gier planszowych które chciałbym kupić, ale jeśli nie zarobię na nie (a nie zapowiada się na to), to kupię je zapewne dopiero w grudniu lub w następnym roku.