niedziela, 23 listopada 2008

Surprise, surprise...

Cóż, mogłem się tego spodziewać. Mój pech chyba można oficjalnie nazwać epickim.
Myszy jest więcej. Ten fakt objawił się nam dosłownie przed godziną, gdy chcieliśmy zasnąć, a z szafki dobiegło nas "pip". I to nie to miłe, Pratchettowskie "pip" (niech to szlag, obrzydzi mi to chyba postać Śmierci Szczurów do końca życia...). Szukaliśmy myszy na półkach, ale na szczęście (a może nie), nie znaleźliśmy jej. Aktualnie jestem wstrząśnięty, nie zmieszany i nie wiem czy pójdę spać z powrotem (a jest po pierwszej...). Niby to tylko myszy, ale w tej sytuacji, kiedy jest realna szansa że będzie trzeba się z tym użerać przez kolejne kilka miesięcy, to są już AŻ MYSZY.
A żeby było śmieszniej, przyszedł do nas dzisiaj list od Medway Council - mamy do zapłacenia dodatkowe 450 funtów za okres od Września do Marca, za mieszkanie, dozór policyjny i ochronę od strażaków. Zabawne, prawda? A rachunki jeszcze nie przyszły, jak nam i nimi dowalą, to będzie już w ogóle ekstra.
Krótkie podsumowanie? Gdyby nie te wszystkie rzeczy które mnie tu trzymają (Lin, studia i zobowiązania pieniężne - np. czynsz który musimy opłacić do Września, niezależnie od tego kiedy się stąd wyprowadzimy), już by mnie tu nie było. Póki co ten wyjazd to cotygodniowa porażka, gdzieniegdzie polana słodkim sosem sukcesu... możecie się domyślić, że zaczął smakować dość gorzko, bo ciężko być optymistą, gdy los sobie drwi w tak okrutny sposób.

Jak w ogóle, do ciężkiej cholery, człowiek ma się tutaj utrzymać? Pracy nie ma, koszty rosną, trzeba użerać się z jakimiś abstrakcyjnymi problemami, a to wszystko tylko po to, żeby przeżyć Z DNIA NA DZIEŃ. Ten wyjazd jest bardzo, bardzo dużą próbą. I póki co jej nie zdaję. Powoli chyba siadają mi nerwy.

sobota, 22 listopada 2008

Garść wieści z ostatniego tygodnia

No to po kolei...
1) paczka przyszła w poniedziałek, niestety bardzo uszkodzona - nie upiekło się żadnemu z moich pudełek z grami: wszystkie są w taki czy w inny sposób poobijane, częściowo poważnie. Byłem bardzo zły, ale już mi przeszło. Teraz już mi tylko smutno jak patrzę na tych weteranów...
2) pograliśmy z Lin w planszowego Starcrafta. Wygląda na to, że jest fajny, ale sprawdzimy to jutro, gdy zagramy z Davem.
3) Dave okazał się być dość interesującym, miłym facetem u progu czterdziestki. Maluje abstrakcyjne obrazy, co jest dodatkowym fajnym faktem. Ma dwójkę dość małych dzieci (chyba 6,5 oraz 3 lata). Myślę że będziemy się dobrze dogadywać.
4) Zrobiliśmy sobie dzisiaj z Lin wczesne Mikołajki. Dostałem od niej paczkę plastikowych żołnierzyków (już kombinujemy jak zrobić z nich system do gry taktycznej i już coś mamy), dwa zestawy figurek do gry bitewnej opartej na Halo (z systemem opartym na rotacyjnych podstawkach), myśliwiec Anakina Skywalkera z klocków LEGO (możecie go obejrzeć na moim profilu na NaszejKlasie) oraz pięć komiksów i ładną łyżeczkę do herbaty. Ode mnie Lin dostała dwie pieczątki które bardzo się jej podobały, komiks Serenity, "Booze, Broads, & Bullets" - zbiór komiksów Franka Millera, oraz "The Long Road Home" - zbiór pierwszych pięciu komiksów o Rolandzie Deschain z Gilead, bohaterze "Mrocznej Wieży" Stephena Kinga. Wyszło nam dość komiksowo w tym roku...
5) Poza tym mamy myszy. Dzisiaj rano wydawało mi się, że coś widziałem. Okazało się, że nie były to omamy (a szkoda, już myślałem że oszalałem), a mała brązowa myszka która jakimś sposobem dostała się do mieszkania. Udało się nam ją wygonić, ale nim to zrobiliśmy było sporo krzyczenia i kombinowania. Na razie czekamy z kupowaniem odstraszaczy i innych takich. Jeśli to się znowu zdarzy (pytałem sąsiadów - i mają na strychu myszy, więc my zapewne też), zastanowimy się jak sobie z tym poradzić.
6) nadal nie skończyłem pracy - jestem do tyłu z planem. Muszę nadrobić w poniedziałek, inaczej się nie wyrobię z planami, a to nie byłoby najlepiej...

sobota, 15 listopada 2008

A miał to być dobry tydzień...

... wyszło natomiast jak zawsze. Pech, wydawałoby się, znowu zaczął mnie prześladować.
A więc, przede wszystkim: paczka od rodziców, w której jest sporo jedzenia i dużo gier, a na którą czekałem jak na światełko w tunelu (jako ostateczny poprawiacz humoru): nie przyszła, będzie dopiero w poniedziałek. W UK jest od środy, ale był jakiś błąd z kodem pocztowym (prawdopodobnie jakiś kretyn źle przepisał) i nie udało im się tego wykombinować w dwa dni, mimo tego, że mieli już poprawny kod w środę rano! Nie rozumiem tutaj dwóch rzeczy:
a) jakim cudem przez dwa dni z paczką nic się nie dzieje?
b) po jaką cholerę firma przewozowa chce, żeby im podawać numer komórkowy adresata, jeśli nawet w takiej sytuacji nie raczą zadzwonić?
Co więcej, aby być pewnym że uda mi się odebrać paczkę (i potem cały weekend cieszyć się jak głupi do sera), siedziałem cały czwartek i piątek w domu, omijając wykład i seminarium. Wykład co prawda i tak planowałem ominąć (tego dnia miałbym tylko ten jeden, nie chciało mi się jechać) ale wczorajszej literatury żałuję. W poniedziałek też powinienem być na seminarium (odrabiamy brak tegoż w tym tygodniu), ale nie będzie mnie prawdopodobnie, bo muszę czekać na tę przeklętą paczkę... Jeśli przyjdzie przed 12, to może się wybiorę, ale chyba będę sobie chciał wynagrodzić czekanie i stres jej otworzeniem. Tutaj nie rozumiem kolejnej rzeczy: dlaczego żadna firma nie prowadzi, bardzo sensownej chyba, polityki umawiania się z kurierem "na godzinę"? Mógłbym mu wtedy powiedzieć "Przyjedź pan o 11, a jak nie możesz, to o 17." i miałbym siedzenie z głowy...
A na dodatek wczoraj wieczorem na High Street stał samochód dostawczy DPD... czekałem z Lin przy nim jakieś 5-10 minut, bo liczyłem na to, że kierowca wyszedł tylko na chwilę (zostawił uchylone okno od strony kierownicy!). Mógł mieć moją paczkę, teoretycznie... już nawet sam bym doniósł te 30kg do domu, choćby miało to trwać całą noc. Przynajmniej dzisiaj bym się cieszył zamiast narzekać... ale muszę przestać, tak w ogóle, bo Lin już ze mną ledwo wytrzymuje...
Ale jeszcze ostatnia rzecz: nie mogę znaleźć materiałów do pracy którą muszę napisać na początek grudnia. Muszę zmienić temat i zacząć od zera, bo po prostu nigdzie nie ma informacji na temat który wybrałem...
A na koniec może trochę weselej: na Boardgame Geek rozpoczął się doroczny Secret Santa. Nie wiem czy o tym już pisałem, a nie chce mi się sprawdzać, więc w skrócie: losują cel któremu trzeba kupić grę "pod choinkę", a ty też prawdopodobnie dostaniesz coś od kogoś. Naszym jest Simon Robinson (nick: Bluenose) i właśnie szukamy na jego Wishliście czegoś taniego. Może my też coś dostaniemy? Niby nie o to chodzi, ale mnie właśnie o to chodzi - i wiem, że jest to wbrew duchowi świąt, ale po prostu bardzo lubię dostawać prezenty. Lin zresztą też.
Oby przyszły tydzień był lepszy...

piątek, 7 listopada 2008

...i update.

Ha, nie ma to jak otrzymanie wiadomości od dawno nie widzianego znajomego. Szczególnie, gdy się za nim nie przepada. Panie i panowie, odezwała się do mnie... Ironia. Wspólnie zresztą z znanym mi też dobrze Poczuciem Porażki.
Otóż, okazało się, że całe moje gromadzenie dokumentów do Access to Learning Fund, wysyłanie próśb o oficjalne pisma i etc. od początku do końca było pozbawione sensu. Dostałem złe informacje - od początku nie było sensu, żebym się o ten grant ubiegał, bo po prostu obowiązuje on tylko UK Home Students. Powiedziano mi inaczej, dając mi nadzieję, tylko po to żeby, jak zawsze w takiej sytuacji, los mógł zaśmiać mi się w twarz w ostatnim momencie (i na dodatek nieźle mnie przy tym opluć). Dobrze, że pani była miła - przynajmniej mnie to nie złamało...
Natomiast możecie się zakładać za ile miesięcy będę musiał stąd spadać ze względu na brak funduszy. Pogratuluję zwycięzcy.

Dobrze, że mam Lin - przynajmniej nie siedzę sam w domu myśląc jak sobie poradzę z opłatami. Chyba po prostu przestanę o tym myśleć. Dobrze, że moich rodziców stać na utrzymywanie mnie tutaj. Nie, żebym był jakoś bardzo dumny z tego, że ciągnę od nich prawie non-stop grube pieniądze. Wręcz mnie to wkurza i sprawia, że czuję się fatalnie.

Dobrze, że mam Lin... dobrze też, że mam gry. Mogę się odciąć od reszty świata i po prostu rzezać sobie w Diablo 2 albo Warcrafta 3. A teraz robimy to wspólnie z Lin, co jest jeszcze fajniejsze. Nie ma to jak łączenie dwóch swoich pasji w jednej czynności.

czwartek, 6 listopada 2008

Piątkowa noc...

Te moje aktualizacje robią się coraz rzadsze... Musicie wybaczyć: mam dużo pisania i czytania, poza tym dzieją się inne rzeczy. Ale po kolei:
1. Paczka z grami jest w przygotowaniu. Ma szansę wyruszyć w poniedziałek, a więc dojdzie prawdopodobnie pod koniec przyszłego tygodnia.
2. Jesteśmy umówieni ze Stuartem na niedzielę. Zagramy zapewne w Arkham Horror.
3. Ze spraw uczelnianych: dowiedziałem się, że jeden z moich esejów jest dopiero na 18 grudnia. Daje mi to więcej czasu. Niestety, dowiedziałem się też, że mój esej na Literaturę jest pudłem: będę musiał go przepisać. A to bardzo niedobrze, bo ciężko robi mi się takie prace za którymś podejściem.
4. Jeszcze co do literatury: zacząłem czytać "The Good Soldier". Jest jeszcze gorsza od poprzedniej książki - kompletnie niezajmująca, napisana nieciekawym, skomplikowanym językiem... Co jak co, ale te lektury na pewno nie są dobierane pod względem jakości fabuły...
5. Jutro idę po Access to Learning Fund. Co prawda nie mam wielu informacji których ode mnie wymagają, więc prawdopodobnie odeślą mnie z kwitkiem i każą przyjść kiedy indziej. Niestety, w większości nie wiem co gdzie wpisać albo nie wiem jakiego dokumentu ode mnie wymagają.
6. Kupiłem Warcrafta 3 wraz z dodatkiem za 15 funtów. Wiem, że nie powinienem wydawać pieniędzy na co innego niż podstawowe potrzeby, ale chciałem sobie kupić coś na poprawę humoru (ostatnio jest z tym trochę gorzej). A dzisiaj Lin udało się skonfigurować nam sieć i dzięki temu będziemy mogli grać wspólnie w Diablo 2 i Warcrafta 3, a także może kilka innych tytułów.
7. Kupiliśmy też tortille i przyprawę do fajitas. Wrzucamy do środka pokrojone nuggetsy, dużo sera i kukurydzę (ale tylko ja, Lin nie chciała) i otrzymujemy pyszny obiad / kolację. Miła odmiana, w sumie. Cieszę się, że w paczce z grami będzie też dużo dobrych herbat i trochę słodyczy z Polski. Nie ma to jak Kasztanki, mniam mniam.
8. Myślę, że nie muszę wspominać, że nie mamy pracy? To już chyba stało się faktem oczywistym... Obawiam się, że w tej kwestii niewiele się zmieni do końca tego roku, a pewnie nawet do wiosny...