środa, 14 stycznia 2009

Tak, nadal tu jestem...

Ponad tydzień milczenia, a to dlatego że w poniedziałek, po przejrzeniu chorej ilości komiksów internetowych w oczekiwaniu na paczkę, okazało się że zostało mi tylko 20 mb na trzy dni. Potem jedno dłuższe posiedzenie z Boardgame Geekiem i nagle zostało tylko 6. No i tak przesiedziałem do dzisiaj, do północy...
Więc po kolei - jako się rzekło, paczka. A w niej kilka gier, dużo herbat, dużo słodyczy i trochę rzeczy dla chomika, m.in. toaletka. Póki co - kompletna porażka. Chomik jedynie z zapamiętaniem rozkopuje żwirek. Poza tym, spędza teraz noce w łazience, bo upodobał sobie zagryzanie plastikowych elementów klatki o trzeciej w nocy, co robi okropny hałas który mnie budzi. Dajemy mu dzisiaj kolejną szansę. Może jak za każdym razem będę go wynosił, w końcu się nauczy, że może obgryzać co innego. W ostateczności będzie spał wciąż w łazience. W końcu muszę się wysypiać, od przyszłego tygodnia wracam na uczelnię.
A jutro krótka wizyta tam, bo muszę oddać pracę. Skończyłem ją w piątek, więc od tego momentu w zasadzie się lenię, chociaż sporo pisałem - kilka artykułów na Bestiariusz, do tego odrobina pracy nad swoimi projektami (znacznie mniej niż planowałem) i recenzja Saigo na Kane na Boardgame Geek. Dzisiejszy dzień był pod tym względem intensywny, ale ogólnie rzecz biorąc był kiepski - źle się czułem i w zasadzie nie było mnie stać na wiele aktywności... Co do prac z uniwersytetu - dostałem 66/100 punktów z pracy na Contemporary International Relations Theory. Aż się zdziwiłem - takiego lania wody i improwizowania "na pniu" dawno nie robiłem.
Dalej szukam pracy - poszły CV do kilkunastu miejsc, z czego tylko w dwóch szukają kogoś do pracy. Liczę znów na Juliana Graves'a (sklep z bakaliami, owocami i orzechami), bo znowu jest możliwość pracy w weekendy - a to niedaleko i sympatycznie, więc czemu nie.
Byliśmy we wtorek z Lin na kolacji w restauracji malajsko-tajskiej "Blue Rays". Bardzo dobre jedzenie w miarę przystępnej cenie jak na miejsce na High Street. Za 2 zupy, przystawkę, dwa dania, herbatę i dużą miskę pysznego ryżu (+ darmowe prażynki krewetkowe!) zapłaciliśmy 30 funtów. Byliśmy tak zadowoleni, że dorzuciliśmy 5 funtów napiwku. Ekstra, na pewno tam wrócimy jak tylko coś zaoszczędzimy.
Z mniej pozytywnych kwestii finansowych - nadal nie przyszły do nas rachunki. Jutro idę zapytać w naszej agencji czy coś wiedzą o tym, bo boimy się odsetek. Jeśli nam dowalą czymś większym, będzie problem - moje zapasy pieniężne to póki co, według planu, jakoś do końca lutego, przy czym będą teraz bardzo topnieć ze względu na dojazdy pociągowe. Także obawiamy się i liczymy na to, że wszystko jest ok i uda się załatwić to w miarę dobrze.
Z innych ciekawostek - moja mama, siostra i jej facet przyjeżdżają "do mnie" na Wielkanoc. Odwiedzą Rochester, Canterbury i Londyn. Jestem na etapie szukania im miejsca, mam jedno w którym Lin spędziła kilka dni gdy była tutaj rok temu. Bardzo sympatyczna gospodyni, śliczny dom i w miarę przystępne ceny. Oby się dało załatwić w tym terminie.
Póki co tyle. Napiszę jak będzie o czym. Stay tuned.

Brak komentarzy: