No, pakuję się i jeszcze zmyję gary żeby nie zostawiać z nimi Lin (o ile zdążę). Obudziła mnie wcześniej, bo właśnie wyszła na cały dzień.
Mam lot o 18.00, co oznacza że o ile nie będzie żadnych opóźnień, jestem o 21.25 czasu Polskiego w Krakowie. Zobaczymy jak to będzie. Pod warunkiem, że w Londynie nie trwają jakieś dziwaczne prace nad metrem, powinienem zdążyć bez problemu i jeszcze nawet zjeść coś na lotnisku.
Aha, jako że mam teraz dużo rzeczy do roboty i w zasadzie nie będę używał tego laptopa, nie będzie w najbliższym czasie aktualizacji Sebastiena Duranta (który zresztą pisze się aktualnie w żółwim tempie). Ale, od środy, będę coś tam pisał o Essen, o ile znajdę gdzieś miejsce z WiFi.
sobota, 17 października 2009
niedziela, 11 października 2009
Sebastien Durant - Rozdział V
Rozdział IV
Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.
Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.
Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”
Było to ponad pięć lat temu.
Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.
To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.
Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...
Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.
Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.
Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.
Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”
Było to ponad pięć lat temu.
Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.
To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.
Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...
Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.
poniedziałek, 5 października 2009
40 lat Monty Pythona...
niedziela, 4 października 2009
"Sebastien Durant", Rozdział Trzeci
Rozdział III
Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.
Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.
- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.
Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.
Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.
W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.
Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.
Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.
- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.
Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.
Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.
W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.
niedziela, 27 września 2009
Rozdział Drugi
Kolejna część mojej wesołej twórczości.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.
Rozdział II
Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?
Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.
Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.
Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:
TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.
- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.
Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...
Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:
Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.
Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.
Rozdział II
Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?
Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.
Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.
Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:
TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.
- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.
Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...
Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:
Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.
Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.
czwartek, 24 września 2009
A poczta wszędzie taka sama...
Poczta Polska ma złą opinię. Złą, złą, złą. Słyszeliście o kradzieżach na poczcie? Zdarzają się - jeśli ludzie widzą, że np. w paczce są kosmetyki, do adresata często dociera pusta koperta: o ile w ogóle dociera.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
niedziela, 20 września 2009
Złapałem muzę za piętę...
I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
sobota, 12 września 2009
Pusta lodówka...
No, zagapiliśmy się i nie mamy za bardzo ani pieniędzy, ani jedzenia. Coś tam jest, ale to raczej zjadanie zapasów w stylu galaretek i makaronu (broń boże nie jako jednego dania - nie jesteśmy jeszcze aż tak zdesperowani). Będzie trzeba zrobić zakupy w przyszłym tygodniu, a gotówki brak - wydatki na ten miesiąc to aktualnie u mnie 250 funtów. Muszę kupić bilet autobusowy i kartę zniżkową na pociąg, wpłacić pieniądze na konto etc... Chętnie kupiłbym sobie Chaos in the Old World, ale nie mam skąd załatwić 40 funtów.
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.


Zainteresowani? No, ja myślę...
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.
Zainteresowani? No, ja myślę...
piątek, 4 września 2009
Poczucie straty...
Czasami to tak przychodzi. Nie wiem, czy też to macie.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
piątek, 28 sierpnia 2009
Krótka notka podsumowująca rok
Tak, wkrótce minie mój pierwszy rok w Anglii. Większość z was wie, że uczucia mam mocno mieszane. Ale jest to także prawie rok moich notek na tym blogu. 7 Września 2008 pojawiła się pierwsza notka. Ta będzie (wg systemu) numerem 75. To znaczy że średnio pisałem notkę co 4,8 dnia. Nieźle, ale przyznacie, że nie zachwycająco.
Nic nie poradzę, nie nadaję się do tego. Ten blog miał być dla was źródłem informacji "co u mnie" - zaoszczędzając mi nieco czasu i pisania tego samego do wielu osób. Ci z was którzy go śledzą wiedzą że różnie mi to wychodzi. Ale w końcu nie wiem ile was naprawdę jest, bo gdy prosiłem o "podpisanie się", zrobiły to cztery osoby...
W tym roku, ostrzegam, różnie może być. Czy będę uzupełniał, czy nie? Jak często? Sam nie umiem na to odpowiedzieć. Będę miał do pisania pracę licencjacką, do tego pracę z Wolf Fangiem a także zapewne nowe projekty growe i nie tylko... Poza tym od roku tak naprawdę nic się nie zmieniło:
- nadal jestem pesymistą
- nadal irytuję się ponad miarę
- nadal nie ma tutaj pracy i utrzymuje mnie tata
- nadal poszukuję graczy do swojej nieistniejącej grupy RPGowo-planszówkowej
- nadal zamierzam pracować nad swoimi projektami
- nadal mam chwile w których czuję się naprawdę wolny, ale jest ich mało i są od siebie dość oddalone...
I takie tam inne. Także - czy naprawdę jest sens informowania was o tym co ostatnio jadłem, lub w co ostatnio grałem, co ostatnio kupiłem? W końcu to nic nie znaczące, w ostatecznym rozrachunku, informacje.
No, coś z aktualności. We wtorek byłem na spacerze. Długim. Doszedłem na piechotę do zamku Upnor który znajduje się po drugiej stronie rzeki i odrobinę w górę. Razem jakieś 2 i pół godziny tam i z powrotem. To była jedna z tych chwil wolności. Szedłem w zasadzie przed siebie, za każdym wzniesieniem ustalając nowy cel. Zwiedzałem, szukałem nowych ścieżek, poznawałem stare, samotnie stałem na rozpadającym się molu przy rzece, spoglądając na Chatham Maritime... Wiele bym dał za czas i pieniądze które umożliwiłyby mi ruszenie w ten sposób przed siebie i zejście całej Anglii wzdłuż i wszerz. Bez komputera, bez komórki, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Czas na przemyślenia, poznanie siebie i odetchnięcie. No, ale nie ma na co liczyć.
Zgłosiłem się do dwóch konkursów. Jeden polegał na przetłumaczeniu opowiadania z angielskiego na polski, drugi to nagranie prologu do słuchowiska (a w zasadzie audiobooka). Dam znać jeśli coś z tego wyjdzie.
Dwa miejsca do których pisałem o pracę nie dały odpowiedzi. W zasadzie to samo mogę powiedzieć o wszystkich kontaktach z Wolf Fanga które powinienem utrzymywać. Nie idzie mi ta robota, oj nie idzie...
Na koniec dobra informacja - w ciągu ostatnich trzech dni dopracowałem, rozpisałem oraz, dzisiaj, wydrukowałem prototyp mojej kooperacyjnej gry przygodowej. Dam znać co z tego będzie - testy rozpoczynają się prawdopodobnie jutro. Do tego pozostanie mi jeszcze opracowanie dwóch lub trzech aspektów mechaniki które na razie są prawie nieruszone bo można je tylko rozpisywać drogą testowania.
Korzystam więc, można by powiedzieć. Dopóki się da.
Aha, znowu zastanawiam się nad założeniem bloga RPGowo/Planszówkowego. Wątpię żeby mi pozostało na to pary, ale cholera wie...
Nic nie poradzę, nie nadaję się do tego. Ten blog miał być dla was źródłem informacji "co u mnie" - zaoszczędzając mi nieco czasu i pisania tego samego do wielu osób. Ci z was którzy go śledzą wiedzą że różnie mi to wychodzi. Ale w końcu nie wiem ile was naprawdę jest, bo gdy prosiłem o "podpisanie się", zrobiły to cztery osoby...
W tym roku, ostrzegam, różnie może być. Czy będę uzupełniał, czy nie? Jak często? Sam nie umiem na to odpowiedzieć. Będę miał do pisania pracę licencjacką, do tego pracę z Wolf Fangiem a także zapewne nowe projekty growe i nie tylko... Poza tym od roku tak naprawdę nic się nie zmieniło:
- nadal jestem pesymistą
- nadal irytuję się ponad miarę
- nadal nie ma tutaj pracy i utrzymuje mnie tata
- nadal poszukuję graczy do swojej nieistniejącej grupy RPGowo-planszówkowej
- nadal zamierzam pracować nad swoimi projektami
- nadal mam chwile w których czuję się naprawdę wolny, ale jest ich mało i są od siebie dość oddalone...
I takie tam inne. Także - czy naprawdę jest sens informowania was o tym co ostatnio jadłem, lub w co ostatnio grałem, co ostatnio kupiłem? W końcu to nic nie znaczące, w ostatecznym rozrachunku, informacje.
No, coś z aktualności. We wtorek byłem na spacerze. Długim. Doszedłem na piechotę do zamku Upnor który znajduje się po drugiej stronie rzeki i odrobinę w górę. Razem jakieś 2 i pół godziny tam i z powrotem. To była jedna z tych chwil wolności. Szedłem w zasadzie przed siebie, za każdym wzniesieniem ustalając nowy cel. Zwiedzałem, szukałem nowych ścieżek, poznawałem stare, samotnie stałem na rozpadającym się molu przy rzece, spoglądając na Chatham Maritime... Wiele bym dał za czas i pieniądze które umożliwiłyby mi ruszenie w ten sposób przed siebie i zejście całej Anglii wzdłuż i wszerz. Bez komputera, bez komórki, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Czas na przemyślenia, poznanie siebie i odetchnięcie. No, ale nie ma na co liczyć.
Zgłosiłem się do dwóch konkursów. Jeden polegał na przetłumaczeniu opowiadania z angielskiego na polski, drugi to nagranie prologu do słuchowiska (a w zasadzie audiobooka). Dam znać jeśli coś z tego wyjdzie.
Dwa miejsca do których pisałem o pracę nie dały odpowiedzi. W zasadzie to samo mogę powiedzieć o wszystkich kontaktach z Wolf Fanga które powinienem utrzymywać. Nie idzie mi ta robota, oj nie idzie...
Na koniec dobra informacja - w ciągu ostatnich trzech dni dopracowałem, rozpisałem oraz, dzisiaj, wydrukowałem prototyp mojej kooperacyjnej gry przygodowej. Dam znać co z tego będzie - testy rozpoczynają się prawdopodobnie jutro. Do tego pozostanie mi jeszcze opracowanie dwóch lub trzech aspektów mechaniki które na razie są prawie nieruszone bo można je tylko rozpisywać drogą testowania.
Korzystam więc, można by powiedzieć. Dopóki się da.
Aha, znowu zastanawiam się nad założeniem bloga RPGowo/Planszówkowego. Wątpię żeby mi pozostało na to pary, ale cholera wie...
wtorek, 18 sierpnia 2009
Dom Marzeń...
Tia, tak się właśnie kończą spacery... Poszliśmy z Lin pozwiedzać dalej okolicę i natknęliśmy się na piękny dom. Jest cudowny - cztery piętra, duży trawnik, dwie łazienki. Kurde, czego on nie ma? Dobrego dojazdu, fakt. Trzeba by zainwestować w samochód, a zapewne dwa. Sklepów dookoła... cóż, ten sam problem rozwiązuje powyższa kwestia...
Pomyśleliśmy, że wrócimy do domu i sprawdzimy za ile go sprzedają. No i sprawdziliśmy...
Jedyne 450 tysięcy funtów. Tak, zgadza się - prawie pół miliona funtów. To jakieś 2.500.000 złotych.
Także pewnie będziemy tam spacerować i się gapić. Stronę z ofertą dodałem już do zakładek. Obejrzyjcie sobie:
http://your-move.co.uk/property-for-sale/detached-house-for-sale-borstal-road-rochester-me1-3-sale-id-527378639
A tymczasem knujemy z Lin jak założyć stronę internetową żeby potem sprzedać ją za grubą kasę.
Pomyśleliśmy, że wrócimy do domu i sprawdzimy za ile go sprzedają. No i sprawdziliśmy...
Jedyne 450 tysięcy funtów. Tak, zgadza się - prawie pół miliona funtów. To jakieś 2.500.000 złotych.
Także pewnie będziemy tam spacerować i się gapić. Stronę z ofertą dodałem już do zakładek. Obejrzyjcie sobie:
http://your-move.co.uk/property-for-sale/detached-house-for-sale-borstal-road-rochester-me1-3-sale-id-527378639
A tymczasem knujemy z Lin jak założyć stronę internetową żeby potem sprzedać ją za grubą kasę.
środa, 5 sierpnia 2009
Minusy jednopokojowego mieszkania...
Decyzja zapadła i tydzień temu zamówiłem na Amazonie podręczniki do World of Darkness oraz Vampire: The Requiem. Głównym powodem tego zakupu był fakt, że te same podręczniki zostały wydane w Polsce, a ich cena tutaj była nawet niższa niż tam. Doszedłem do wniosku, że posiadanie tych samych podręczników po Angielsku bardziej się "opłaca". Teraz powoli przegryzam się przez World of Darkness.
Byłoby szybciej i pewnie już czytałbym Requiem, gdyby nie jeden szczegół - nie potrafię czytać gdy w tle leci muzyka lub film w tym samym języku co książka. Już przy jakiejkolwiek innej "przeszkadzajce" niż muzyka bez tekstu czyta mi się trudniej. A Lin nałogowo ogląda seriale. Na dodatek angielskie.
No i mam problem, bo nie mogę czytać choć bardzo chcę. Dźwięki mnie rozpraszają, obraz odwraca uwagę. Ale z drugiej strony - nie mogę przecież zabronić Lin oglądać filmów.
Strasznie mnie to irytuje, ale nie ma z tym co zrobić. Przeprowadzić się nie przeprowadzimy póki co, a nawet jeśli zmienimy mieszkanie nie będzie nas stać na nic większego niż jeden pokój. Pisanie mojej dysertacji to będzie koszmar... Bo z pisaniem w takich warunkach idzie mi jeszcze gorzej.
Kupiłem też "Prince of the City", planszówkę osadzoną w klimacie Wampira: Requiem. Nie robiłbym tego, bo słyszałem różne opinie, ale gra wyszła z druku i nie chciałem ryzykować że kiedy już się zdecyduję, nie będę mógł nigdzie znaleźć kopii która nie byłaby z drugiej ręki...
W najbliższym czasie wychodzi jeszcze kilka gier planszowych które chciałbym kupić, ale jeśli nie zarobię na nie (a nie zapowiada się na to), to kupię je zapewne dopiero w grudniu lub w następnym roku.
Byłoby szybciej i pewnie już czytałbym Requiem, gdyby nie jeden szczegół - nie potrafię czytać gdy w tle leci muzyka lub film w tym samym języku co książka. Już przy jakiejkolwiek innej "przeszkadzajce" niż muzyka bez tekstu czyta mi się trudniej. A Lin nałogowo ogląda seriale. Na dodatek angielskie.
No i mam problem, bo nie mogę czytać choć bardzo chcę. Dźwięki mnie rozpraszają, obraz odwraca uwagę. Ale z drugiej strony - nie mogę przecież zabronić Lin oglądać filmów.
Strasznie mnie to irytuje, ale nie ma z tym co zrobić. Przeprowadzić się nie przeprowadzimy póki co, a nawet jeśli zmienimy mieszkanie nie będzie nas stać na nic większego niż jeden pokój. Pisanie mojej dysertacji to będzie koszmar... Bo z pisaniem w takich warunkach idzie mi jeszcze gorzej.
Kupiłem też "Prince of the City", planszówkę osadzoną w klimacie Wampira: Requiem. Nie robiłbym tego, bo słyszałem różne opinie, ale gra wyszła z druku i nie chciałem ryzykować że kiedy już się zdecyduję, nie będę mógł nigdzie znaleźć kopii która nie byłaby z drugiej ręki...
W najbliższym czasie wychodzi jeszcze kilka gier planszowych które chciałbym kupić, ale jeśli nie zarobię na nie (a nie zapowiada się na to), to kupię je zapewne dopiero w grudniu lub w następnym roku.
niedziela, 26 lipca 2009
No i Anglia...
"Ano, wróciłem!" cytując pewną postać z pewnej książki. Jestem tutaj od środy, ale dopiero teraz byłem w stanie się przymusić żeby coś napisać. Wspominałem już, że coraz trudniej mi się tutaj pisze?
Pobyt był krótki, ale stosunkowo przyjemny, szczególnie końcówka. Dwa dni spędzone na Planszówkach to dokładnie to, co Krzysie lubią najbardziej. Aż żal, że nie było trzech takich dni, bo biedny Senji i Fire and Axe pozostały niegrane... Cóż, bywa.
Podróż w obydwie strony byłaby przyjemna, gdyby nie jeden fakt - drące paszczę dzieci. Przysięgam, że jeśli któraś z linii lotniczych wprowadzi ze wszech miar słuszny zakaz przewozu dzieci poniżej piątego roku życia, nawet kosztem zwiększonej ceny lotu, momentalnie się na nie przerzucę. Świdrujący uszy krzyk z każdej możliwej strony samolotu, a jak ma się szczęście, to i z siedzenia obok, potrafi sprawić że gotuje się krew i budzą się mordercze instynkta...
Korzystając z okazji, dziękuję wszystkim z którymi udało mi się spotkać i mam nadzieję że te spotkania cieszyły ich przynajmniej tak bardzo jak mnie.
Będąc tutaj osiągnąłem następujące rzeczy:
- przeczytałem "Barsawię", dodatek do Earthdawna. Jestem odrobinę zawiedziony: część informacji była już w innych dodatkach, tych których nie było jest jak na mój gust za mało, a do tego masa informacji wciśniętych na siłę (osiem nowych stworów, z których tylko jeden jest niezły, a reszta albo przeciętna albo absurdalna). Dobrze że nie kupiłem te 10 lat temu gdy inwestowałem w inne podręczniki. Kosztował wtedy fortunę, jak na to co sobą prezentuje.
- odkryliśmy z Lin nowe bardzo ładne miejsce spacerowe i kilka domów w których chętnie byśmy zamieszkali. Są po prostu śliczne. I ta lokalizacja...
- gramy w Experience 112, bardzo ciekawą grę przygodową. Wciągnęła nas, ale nie gramy za dużo, bo jednak jest odrobinę męcząca.
- ja gram w American McGee's Alice oraz w Longest Journey. W tej drugiej niestety krzaczy mi wręcz niesamowicie dźwięk - nie mam pojęcia dlaczego.
- skończyliśmy oglądać drugi sezon Twin Peaks. Cóż, spadek formy widoczny, ale wciąż było ciekawie. Końcówka jest dziwna. Nie będę spoilował, ale rozumiem dlaczego można się na niej zawieść.
- oglądam w raz z Lin Stargate: Atlantis. Wiem, że narażę się fanom, ale ot, taka papka. Ogląda się nad wyraz dobrze, ale głębi to nie ma żadnej - coś jak stare "Herkules" oraz "Xena: Wojownicza Księżniczka". Zabijacz czasu, częściowo do bólu przewidywalny.
Na zakończenie mała prośba. Lin obchodzi dzisiaj urodziny. Jeśli ktoś z was przeczyta tę notkę dzisiaj, wskakujcie na http://leaf-lin.blogspot.com/ i zostawcie jej komentarz :)
Pobyt był krótki, ale stosunkowo przyjemny, szczególnie końcówka. Dwa dni spędzone na Planszówkach to dokładnie to, co Krzysie lubią najbardziej. Aż żal, że nie było trzech takich dni, bo biedny Senji i Fire and Axe pozostały niegrane... Cóż, bywa.
Podróż w obydwie strony byłaby przyjemna, gdyby nie jeden fakt - drące paszczę dzieci. Przysięgam, że jeśli któraś z linii lotniczych wprowadzi ze wszech miar słuszny zakaz przewozu dzieci poniżej piątego roku życia, nawet kosztem zwiększonej ceny lotu, momentalnie się na nie przerzucę. Świdrujący uszy krzyk z każdej możliwej strony samolotu, a jak ma się szczęście, to i z siedzenia obok, potrafi sprawić że gotuje się krew i budzą się mordercze instynkta...
Korzystając z okazji, dziękuję wszystkim z którymi udało mi się spotkać i mam nadzieję że te spotkania cieszyły ich przynajmniej tak bardzo jak mnie.
Będąc tutaj osiągnąłem następujące rzeczy:
- przeczytałem "Barsawię", dodatek do Earthdawna. Jestem odrobinę zawiedziony: część informacji była już w innych dodatkach, tych których nie było jest jak na mój gust za mało, a do tego masa informacji wciśniętych na siłę (osiem nowych stworów, z których tylko jeden jest niezły, a reszta albo przeciętna albo absurdalna). Dobrze że nie kupiłem te 10 lat temu gdy inwestowałem w inne podręczniki. Kosztował wtedy fortunę, jak na to co sobą prezentuje.
- odkryliśmy z Lin nowe bardzo ładne miejsce spacerowe i kilka domów w których chętnie byśmy zamieszkali. Są po prostu śliczne. I ta lokalizacja...
- gramy w Experience 112, bardzo ciekawą grę przygodową. Wciągnęła nas, ale nie gramy za dużo, bo jednak jest odrobinę męcząca.
- ja gram w American McGee's Alice oraz w Longest Journey. W tej drugiej niestety krzaczy mi wręcz niesamowicie dźwięk - nie mam pojęcia dlaczego.
- skończyliśmy oglądać drugi sezon Twin Peaks. Cóż, spadek formy widoczny, ale wciąż było ciekawie. Końcówka jest dziwna. Nie będę spoilował, ale rozumiem dlaczego można się na niej zawieść.
- oglądam w raz z Lin Stargate: Atlantis. Wiem, że narażę się fanom, ale ot, taka papka. Ogląda się nad wyraz dobrze, ale głębi to nie ma żadnej - coś jak stare "Herkules" oraz "Xena: Wojownicza Księżniczka". Zabijacz czasu, częściowo do bólu przewidywalny.
Na zakończenie mała prośba. Lin obchodzi dzisiaj urodziny. Jeśli ktoś z was przeczyta tę notkę dzisiaj, wskakujcie na http://leaf-lin.blogspot.com/ i zostawcie jej komentarz :)
niedziela, 5 lipca 2009
Powrót Kristofa
We wtorek, jak niektórzy z was wiedzą, wyjeżdżam z Rochester żeby tego samego dnia (lub w początkach Środy) dotrzeć na Luton. Stamtąd, o 8.10 rano wylatujemy z Lin do Katowic. W Polsce jestem dwa tygodnie. Stąd też dzisiaj robimy wielką akcję sprzątania - będzie mycie podłóg, kuchenki, zlewu oraz wanny. Edward trafia do naszych gospodarzy - mam nadzieję że nie znienawidzą nas po tym, bo wydaje się że ten chomik głupieje z wiekiem. I wytwarza coraz to większe ilości "produktów ubocznych".
Do Polski biorę ze sobą masę gier komputerowych w które już nie gram albo które nie chodzą na moim laptopie (niech żyje Vista! A jej twórcy niech żyją NIE), bo tutaj tylko zajmują miejsce na półce. Biorę też kilka gier planszowych, ale ostatecznie zdecydowałem, że bez pudełek. Oznacza to tyle, że cały plecak będę miał wypełniony woreczkami foliowymi z kartami, figurkami, żetonami i innymi elementami moich planszówek. Miałem brać tylko dwa lub trzy tytuły, ale ostatecznie stanęło na czterech/pięciu: Fire and Axe - A Viking Saga, Senji, Last Night on Earth + Growing Hunger oraz A Touch of Evil. Miałem ochotę wziąć Starcrafta, ale transport nie robi dobrze figurkom, a poza tym nie miałbym chyba odpowiednich osób do tego, cięższego jednak, tytułu. Może następnym razem (tj. w grudniu).
Z innych wieści - grzejnik jednak nie został naprawiony. Nadal rozgrzewa się w losowych momentach do wysokich temperatur. Co prawda mamy gorącą wodę, ale problem polega na tym, że mamy TYLKO gorącą wodę, którą trzeba na dodatek włączyć w odpowiednio silnym strumieniu, bo inaczej grzejnik w ogóle się nie włącza. Oznacza to także że przy odkręcaniu kurka z zimną wodą, automatycznie się on wyłącza - nie ma więc nawet możliwości regulacji. Jutro zanoszę do gospodarzy Edwarda, więc przy okazji wspomnę o tym i prawdopodobnie skończy się na tym, że zostawię im zestaw kluczy do mieszkania i poproszę żeby wymienili boiler pod naszą nieobecność.
To tyle póki co. Ponieważ wyjeżdżam, nie spodziewajcie się aktualizacji w najbliższych dwóch tygodniach. Jeśli znajdzie się coś ciekawego o czym będzie można napisać, tak zrobię - ale jako że mam w planach głównie relaks i mniejsze lub większe nieróbstwo oraz korzystanie z NORMALNEGO komputera (czyt. takiego na którym wszystko działa i który nie wiesza się z losowych powodów oraz nie przegrzewa się po dwóch godzinach użytkowania), to prawdopodobnie nawet nie będzie mi się chciało pisać.
Do Polski biorę ze sobą masę gier komputerowych w które już nie gram albo które nie chodzą na moim laptopie (niech żyje Vista! A jej twórcy niech żyją NIE), bo tutaj tylko zajmują miejsce na półce. Biorę też kilka gier planszowych, ale ostatecznie zdecydowałem, że bez pudełek. Oznacza to tyle, że cały plecak będę miał wypełniony woreczkami foliowymi z kartami, figurkami, żetonami i innymi elementami moich planszówek. Miałem brać tylko dwa lub trzy tytuły, ale ostatecznie stanęło na czterech/pięciu: Fire and Axe - A Viking Saga, Senji, Last Night on Earth + Growing Hunger oraz A Touch of Evil. Miałem ochotę wziąć Starcrafta, ale transport nie robi dobrze figurkom, a poza tym nie miałbym chyba odpowiednich osób do tego, cięższego jednak, tytułu. Może następnym razem (tj. w grudniu).
Z innych wieści - grzejnik jednak nie został naprawiony. Nadal rozgrzewa się w losowych momentach do wysokich temperatur. Co prawda mamy gorącą wodę, ale problem polega na tym, że mamy TYLKO gorącą wodę, którą trzeba na dodatek włączyć w odpowiednio silnym strumieniu, bo inaczej grzejnik w ogóle się nie włącza. Oznacza to także że przy odkręcaniu kurka z zimną wodą, automatycznie się on wyłącza - nie ma więc nawet możliwości regulacji. Jutro zanoszę do gospodarzy Edwarda, więc przy okazji wspomnę o tym i prawdopodobnie skończy się na tym, że zostawię im zestaw kluczy do mieszkania i poproszę żeby wymienili boiler pod naszą nieobecność.
To tyle póki co. Ponieważ wyjeżdżam, nie spodziewajcie się aktualizacji w najbliższych dwóch tygodniach. Jeśli znajdzie się coś ciekawego o czym będzie można napisać, tak zrobię - ale jako że mam w planach głównie relaks i mniejsze lub większe nieróbstwo oraz korzystanie z NORMALNEGO komputera (czyt. takiego na którym wszystko działa i który nie wiesza się z losowych powodów oraz nie przegrzewa się po dwóch godzinach użytkowania), to prawdopodobnie nawet nie będzie mi się chciało pisać.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Wyniki końcowe
Otrzymałem dzisiaj pocztą wyniki końcowe moich kursów w tym roku. Oto one:
English Language in the Media: 68%, Egzamin: 61%, Średnia ważona: 66%
(zadowolony i w zasadzie zgodnie z wiedzą i umiejętnościami)
Language in Literature I: 67% (ocena jeszcze z pierwszego semestru,
bez egzaminu)
Language in Literature II: 64%, Egzamin: 41%, Średnia ważona: 53%
(zawiedziony, ale egzamin poszedł mi beznadziejnie - zdany na styk,
więc rozumiem ocenę)
English Through the Ages: 59% (bez egzaminu, zadowolony)
Writing in the Media: 63% (bez egzaminu, same prace pisemne - odrobinę
zawiedziony, ale akceptowalnie)
Contemporary International Relations Theory: 66%, Egzamin: 55%,
Średnia ważona: 61% (zadowolony, oceniają prace BARDZO liberalnie. W
Polsce nie zdałbym egzaminu po napisaniu tego co tutaj)
Politics in Western European States: 60%, Egzamin: 52%, Średnia
Ważona: 56% (w zasadzie zadowolony, nie liczyłem na taki wynik,
ponownie wniosek że oceniają dość pobłażliwie)
Średnia wszystkich ocen końcowych: 60% (odpowiednik 4 z małym plusem)
Także nieźle chyba.
A poza tym mamy już ciepłą wodę. Tylko że się zrobiło gorąco i nam grzeje, bo mamy kiepską lokację mieszkania pod tym względem - szybko się nagrzewa.
Z innych wieści - dotarło Last Night on Earth. Jesteśmy z Lin po 13 grach, na razie wybitnie mi nie idzie grając bohaterami. Mam nadzieję że to się zmieni, bo chwilowo mam mocno mieszane uczucia co do tej gry, mam wrażenie że jest zbyt mocno losowa i ma kłopoty z równowagą. Ludzie na BGG twierdzą inaczej, co sprawia że najbliższe gry będę analizował krok po kroku, żeby zobaczyć co robię źle. Obawiam się jednak, że to po prostu mój pech w kościach psuje ten tytuł.
English Language in the Media: 68%, Egzamin: 61%, Średnia ważona: 66%
(zadowolony i w zasadzie zgodnie z wiedzą i umiejętnościami)
Language in Literature I: 67% (ocena jeszcze z pierwszego semestru,
bez egzaminu)
Language in Literature II: 64%, Egzamin: 41%, Średnia ważona: 53%
(zawiedziony, ale egzamin poszedł mi beznadziejnie - zdany na styk,
więc rozumiem ocenę)
English Through the Ages: 59% (bez egzaminu, zadowolony)
Writing in the Media: 63% (bez egzaminu, same prace pisemne - odrobinę
zawiedziony, ale akceptowalnie)
Contemporary International Relations Theory: 66%, Egzamin: 55%,
Średnia ważona: 61% (zadowolony, oceniają prace BARDZO liberalnie. W
Polsce nie zdałbym egzaminu po napisaniu tego co tutaj)
Politics in Western European States: 60%, Egzamin: 52%, Średnia
Ważona: 56% (w zasadzie zadowolony, nie liczyłem na taki wynik,
ponownie wniosek że oceniają dość pobłażliwie)
Średnia wszystkich ocen końcowych: 60% (odpowiednik 4 z małym plusem)
Także nieźle chyba.
A poza tym mamy już ciepłą wodę. Tylko że się zrobiło gorąco i nam grzeje, bo mamy kiepską lokację mieszkania pod tym względem - szybko się nagrzewa.
Z innych wieści - dotarło Last Night on Earth. Jesteśmy z Lin po 13 grach, na razie wybitnie mi nie idzie grając bohaterami. Mam nadzieję że to się zmieni, bo chwilowo mam mocno mieszane uczucia co do tej gry, mam wrażenie że jest zbyt mocno losowa i ma kłopoty z równowagą. Ludzie na BGG twierdzą inaczej, co sprawia że najbliższe gry będę analizował krok po kroku, żeby zobaczyć co robię źle. Obawiam się jednak, że to po prostu mój pech w kościach psuje ten tytuł.
środa, 24 czerwca 2009
Zagadka
Dobra, macie następującą sytuację: w naszym mieszkaniu, o czym już chyba pisałem, mamy notoryczne kłopoty z ogrzewaniem. Albo za gorąco, albo za zimno, ustawić się nie da, na dodatek zdobycie ciepłej wody (o gorącej nie wspominając) graniczy z cudem.
Dzisiaj rano, dosłownie przed 30 minutami, kąpała się Lin. Miała gorącą wodę, tak że aż się dymiło. Zostawiła ją włączoną, po czym ja poszedłem się myć. Co poszło nie tak?
Oczywiście w momencie gdy wszedłem po prysznic, grzejnik się wyłączył, dając mi jakiś 10-15 sekund ciepłej wody.
Przed chwilą udało się znowu zrobić ciepłą, dzięki czemu się umyłem (w tym mieszkaniu to nie lada osiągnięcie!), ale pozostaje pytanie, które mnie dręczy - dlaczego wszystkie siły tego świata mnie nienawidzą? Te rzeczy dzieją się ZAWSZE mnie, w zasadzie za KAŻDYM razem.
A'propo tego samego: dobrą wieścią jest, że wczoraj odebraliśmy Last Night on Earth z poczty. Zagraliśmy cztery razy - jest fajne. Jaki jest minus tej sytuacji? Moje rzuty w jakichś 70% nie mają sensu. Oblewam testy, nie trafiam, przegrywam walki... Standard niby, ale ja wciąż czekam na ten szczęśliwy dzień kiedy, chociaż na jedną rozgrywkę, kości mi dopiszą...
Tyle narzekania na dziś. Chyba że wieczorem znowu nie będę miał wody. Tak przy okazji - nie golę się też, bo bez ciepłej wody to byłoby samobójstwo. Swędzi mnie.
Dzisiaj rano, dosłownie przed 30 minutami, kąpała się Lin. Miała gorącą wodę, tak że aż się dymiło. Zostawiła ją włączoną, po czym ja poszedłem się myć. Co poszło nie tak?
Oczywiście w momencie gdy wszedłem po prysznic, grzejnik się wyłączył, dając mi jakiś 10-15 sekund ciepłej wody.
Przed chwilą udało się znowu zrobić ciepłą, dzięki czemu się umyłem (w tym mieszkaniu to nie lada osiągnięcie!), ale pozostaje pytanie, które mnie dręczy - dlaczego wszystkie siły tego świata mnie nienawidzą? Te rzeczy dzieją się ZAWSZE mnie, w zasadzie za KAŻDYM razem.
A'propo tego samego: dobrą wieścią jest, że wczoraj odebraliśmy Last Night on Earth z poczty. Zagraliśmy cztery razy - jest fajne. Jaki jest minus tej sytuacji? Moje rzuty w jakichś 70% nie mają sensu. Oblewam testy, nie trafiam, przegrywam walki... Standard niby, ale ja wciąż czekam na ten szczęśliwy dzień kiedy, chociaż na jedną rozgrywkę, kości mi dopiszą...
Tyle narzekania na dziś. Chyba że wieczorem znowu nie będę miał wody. Tak przy okazji - nie golę się też, bo bez ciepłej wody to byłoby samobójstwo. Swędzi mnie.
niedziela, 21 czerwca 2009
Brawo, Krzysiu...
Dałem ostatnio świetny przykład mojego zwyczajowego zamotania.
Na High Street w Chatham otworzył się nowy sklep z grami komputerowymi, muzyką i takimi tam - specjalizujący się w 100% w produktach z second-handu, a więc cenowo dość przystępny. W czwartek, wracając z Canterbury gdzie byłem na lekcji z Kamfwą, musiałem zawadzić o tę okolicę, żeby wpłacić sobie pieniądze na konto. Przy okazji stwierdziłem że rzucę okiem na ten sklep. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kamfwa zapłaciła mi tego dnia za lekcje - byłem do przodu 16 funtów...
Więc oczywiście kupiłem sobie trzy gry, za łączną sumę 11 funtów. The Movies (w które gramy z Lin prawie bez przerwy od trzech dni i zainwestujemy w dodatek), Mechwarrior 4: Vengeance + dodatek (i nawet dostałem wraz z tymi grami Motorcross Madness, z jakiegoś powodu) oraz... Rome Total War: Alexander. Żebyście zrozumieli o co chodzi z moim zamotaniem, oto trochę tła.
Alexander jest dodatkiem do Rome: Total War, który nie wyszedł w Polsce osobno. Był on jedynie częścią pakietu Rome: Total War - Złota Edycja, który zawiera w sobie grę podstawową oraz jeszcze dodatek Barbarian Invasion. Nie kupiłem go, ponieważ nim wyszedł, zainwestowałem już (za dość duże pieniądze) w Barbarian Invasion, a podstawkę miałem w zasadzie prawie od dnia premiery. A teraz, pomyślałem, jest świetna okazja żeby kupić dodatek solo!
Dopiero wczoraj to do mnie dotarło. Patrzyłem sobie na wieżyczkę z gier które zabieram do Polski (albo ponieważ zajmują miejsce i się kurzą, albo dlatego że tutaj nie działają, albo chcę je komuś pożyczyć), i sobie uświadomiłem jak głupi był zakup "Alexandra".
Ta gra jest wersją angielską. Obydwie moje wersje kupione w Polsce są polskie.
Innymi słowy, jest bardzo duża szansa, że gra po prostu się nie zainstaluje, bo jest to dodatek wymagający wersji podstawowej, nie samodzielny. Wychodzi na to, że będę musiał zainwestować w wersję angielską podstawki...
Ech, jeszcze trochę o grach. Motto na dzisiaj: "Tyle gier, a tak mało kasy (i na dodatek laptop na którym mało co chodzi)". Moja aktualna lista gier w które chciałbym zagrać liczy przynajmniej 20 pozycji. Jeśli dodać do tego gry w które już grałem, ale chciałbym posiadać wersję oryginalną, a nie pirata, to spokojnie robi się z tego 30 tytułów. Na szczęście spora ich liczba to rzeczy raczej nieobowiązkowe - lista "must have" zawiera się w 10 grach: nie cierpię więc aż tak bardzo. Co nie zmienia faktu, że zazdroszczę ludziom takim jak Stuart - jeśli on zobaczy coś, co mu się podoba, po prostu to kupuje. Ma masę planszówek, filmów, gadżetów - i nie wygląda na to, żeby bardzo odczuwał ciągłe wydawanie pieniędzy...
Pieniądze szczęścia na dają, ale są dość przydatne do poprawiania sobie humoru.
Na High Street w Chatham otworzył się nowy sklep z grami komputerowymi, muzyką i takimi tam - specjalizujący się w 100% w produktach z second-handu, a więc cenowo dość przystępny. W czwartek, wracając z Canterbury gdzie byłem na lekcji z Kamfwą, musiałem zawadzić o tę okolicę, żeby wpłacić sobie pieniądze na konto. Przy okazji stwierdziłem że rzucę okiem na ten sklep. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kamfwa zapłaciła mi tego dnia za lekcje - byłem do przodu 16 funtów...
Więc oczywiście kupiłem sobie trzy gry, za łączną sumę 11 funtów. The Movies (w które gramy z Lin prawie bez przerwy od trzech dni i zainwestujemy w dodatek), Mechwarrior 4: Vengeance + dodatek (i nawet dostałem wraz z tymi grami Motorcross Madness, z jakiegoś powodu) oraz... Rome Total War: Alexander. Żebyście zrozumieli o co chodzi z moim zamotaniem, oto trochę tła.
Alexander jest dodatkiem do Rome: Total War, który nie wyszedł w Polsce osobno. Był on jedynie częścią pakietu Rome: Total War - Złota Edycja, który zawiera w sobie grę podstawową oraz jeszcze dodatek Barbarian Invasion. Nie kupiłem go, ponieważ nim wyszedł, zainwestowałem już (za dość duże pieniądze) w Barbarian Invasion, a podstawkę miałem w zasadzie prawie od dnia premiery. A teraz, pomyślałem, jest świetna okazja żeby kupić dodatek solo!
Dopiero wczoraj to do mnie dotarło. Patrzyłem sobie na wieżyczkę z gier które zabieram do Polski (albo ponieważ zajmują miejsce i się kurzą, albo dlatego że tutaj nie działają, albo chcę je komuś pożyczyć), i sobie uświadomiłem jak głupi był zakup "Alexandra".
Ta gra jest wersją angielską. Obydwie moje wersje kupione w Polsce są polskie.
Innymi słowy, jest bardzo duża szansa, że gra po prostu się nie zainstaluje, bo jest to dodatek wymagający wersji podstawowej, nie samodzielny. Wychodzi na to, że będę musiał zainwestować w wersję angielską podstawki...
Ech, jeszcze trochę o grach. Motto na dzisiaj: "Tyle gier, a tak mało kasy (i na dodatek laptop na którym mało co chodzi)". Moja aktualna lista gier w które chciałbym zagrać liczy przynajmniej 20 pozycji. Jeśli dodać do tego gry w które już grałem, ale chciałbym posiadać wersję oryginalną, a nie pirata, to spokojnie robi się z tego 30 tytułów. Na szczęście spora ich liczba to rzeczy raczej nieobowiązkowe - lista "must have" zawiera się w 10 grach: nie cierpię więc aż tak bardzo. Co nie zmienia faktu, że zazdroszczę ludziom takim jak Stuart - jeśli on zobaczy coś, co mu się podoba, po prostu to kupuje. Ma masę planszówek, filmów, gadżetów - i nie wygląda na to, żeby bardzo odczuwał ciągłe wydawanie pieniędzy...
Pieniądze szczęścia na dają, ale są dość przydatne do poprawiania sobie humoru.
wtorek, 16 czerwca 2009
Kolejna dawka przemyśleń
Cóż, w ramach powrotu do hobby, o którym pisałem niżej, zarejestrowałem się na forum Earthdawn.pl. Póki co napisałem tam trochę postów, ale wychodzi jedna prawidłowość: mam chyba bardzo specyficzne podejście do RPG. W zasadzie nie zgadzam się na tym forum z nikim, a moje posty są raczej krytykowane. Przyznam, że nie bardzo, ale jednak czuć że nie ma zgody z moimi stwierdzeniami.
Z jednej strony mnie to nie dziwi. Tak, mam specyficzne podejście i zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony - zawiodłem się. Wydawało mi się, że ludzie na tym forum będą bardziej... bo ja wiem? "Zaawansowani"? To okropne, że znają wszystkie możliwe podręczniki do Earthdawna i tłumaczą je na Polski, ale przy tym używają ich wszystkich i dyskutują o rzeczach o których ja nawet nie wiedziałem, że istnieją! Innymi słowy - nie pasuję tam. Moje członkowstwo nie będzie zapewne zbyt długie. Usunę swoje konto w momencie gdy zaczną się potyczki słowne. Mam dość tego typu sprzeczek na Bestiariuszu i BoardGame Geeku. Na Earthdawn.pl liczyłem na spokój i ciekawą dyskusję.
To sprawia że zastanawiam się nad odpaleniem drugiego Bloga, skupionego na rozmyślaniach RPGowych. Wątpie, żeby ktoś to czytał i zapewne sprowokuje to jakieś chore flame wary... ale może się namyślę. Fajnie by było gdyby ktoś się ze mną zgadzał, albo chociaż przemyślał parę tematów które chciałbym poruszyć.
Mam nastrój na narzekanie. Czas to przyznać - dla was, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, może być to odrobinę szokujące, ale... ja bardzo nie lubię ludzi. Gardzę nimi. Niektórymi osobiście, ale ogólnie nie przepadam za "nami". Gdy widzę te wszystkie pierdoły i syf który ma miejsce na okrągło, potyczki, żerowanie na durnocie i czystej wody głupotę, po prostu ręce mi opadają. Odzywają się moje marzenia - chcę dom z dala od ludzi, na uboczu, bez sąsiadów, z dużą działką. Tam chcę mieć altankę z dala od zgiełku, a w altance chce czytać książki i mieć wygodną kanapę i spać na świeżym powietrzu. Chcę tam grać w planszówki z tymi "wybrańcami", których zapraszałbym do siebie i chętnie ich widział. I chcę kuźni, nauczyć się kowalstwa i wyrabiać broń i inne rzeczy. Z dala od ludzi, samotnie, z dala od zmartwień.
No, nieważne. Nie będę się rozpisywał. Na koniec jedna prośba: proszę każdego kto przeczytał tego posta o zostawienie pod nim komentarza. Chcę wiedzieć ile z was czyta te moje wypociny regularnie.
Z jednej strony mnie to nie dziwi. Tak, mam specyficzne podejście i zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony - zawiodłem się. Wydawało mi się, że ludzie na tym forum będą bardziej... bo ja wiem? "Zaawansowani"? To okropne, że znają wszystkie możliwe podręczniki do Earthdawna i tłumaczą je na Polski, ale przy tym używają ich wszystkich i dyskutują o rzeczach o których ja nawet nie wiedziałem, że istnieją! Innymi słowy - nie pasuję tam. Moje członkowstwo nie będzie zapewne zbyt długie. Usunę swoje konto w momencie gdy zaczną się potyczki słowne. Mam dość tego typu sprzeczek na Bestiariuszu i BoardGame Geeku. Na Earthdawn.pl liczyłem na spokój i ciekawą dyskusję.
To sprawia że zastanawiam się nad odpaleniem drugiego Bloga, skupionego na rozmyślaniach RPGowych. Wątpie, żeby ktoś to czytał i zapewne sprowokuje to jakieś chore flame wary... ale może się namyślę. Fajnie by było gdyby ktoś się ze mną zgadzał, albo chociaż przemyślał parę tematów które chciałbym poruszyć.
Mam nastrój na narzekanie. Czas to przyznać - dla was, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, może być to odrobinę szokujące, ale... ja bardzo nie lubię ludzi. Gardzę nimi. Niektórymi osobiście, ale ogólnie nie przepadam za "nami". Gdy widzę te wszystkie pierdoły i syf który ma miejsce na okrągło, potyczki, żerowanie na durnocie i czystej wody głupotę, po prostu ręce mi opadają. Odzywają się moje marzenia - chcę dom z dala od ludzi, na uboczu, bez sąsiadów, z dużą działką. Tam chcę mieć altankę z dala od zgiełku, a w altance chce czytać książki i mieć wygodną kanapę i spać na świeżym powietrzu. Chcę tam grać w planszówki z tymi "wybrańcami", których zapraszałbym do siebie i chętnie ich widział. I chcę kuźni, nauczyć się kowalstwa i wyrabiać broń i inne rzeczy. Z dala od ludzi, samotnie, z dala od zmartwień.
No, nieważne. Nie będę się rozpisywał. Na koniec jedna prośba: proszę każdego kto przeczytał tego posta o zostawienie pod nim komentarza. Chcę wiedzieć ile z was czyta te moje wypociny regularnie.
środa, 10 czerwca 2009
Melancholia RPGowa
Trafia mnie to od czasu do czasu, zazwyczaj gdy przeczytam o czymś związanym z tematem. Tym razem było to całkowicie przypadkowe zauważenie, że oto wychodzi trzecia edycja jednego z moich ulubionych systemów – Earthdawna. Dla nie zaznajomionych z tematem: system ten był wydawany przez Maga mniej więcej do 2003 roku. Druga edycja ujrzała światło dzienne bodajże w 2004 lub 2005 i nie została wydana po Polsku. O ile mnie pamięć nie myli nigdy nie widziałem na własne oczy podręcznika głównego do tej edycji. A teraz, trzecia...
Przyjeżdżając tutaj wziąłem ze sobą moje kostki. Mam ich trzy opakowania – w skórzanym kubku od Q-Workshop mam trzy zestawy: mój najstarszy, pomarańczowy; czarny z czerwonymi liczbami; oraz czarny z żółtymi liczbami, runiczny. Do tego kilka pojedynczych kostek, głównie z Q-Workshop. Drugim pojemnikiem jest sakiewka, w której znajduje się ciemno-zielony zestaw Nuklearny oraz parę innych kostek. Do tego dochodzi oficjalny zestaw kości do Wampira: Maskarady, kupiony dawno temu w nieistniejącym już Fantasy Shopie, na który składa się 10 kostek w kolorze podręcznika oraz woreczek z symbolem Camarilli.
W jednej z paczek od rodziców przyjechały tutaj moje podręczniki: Earthdawn + 3 dodatki, Gasnące Słońca + Przewodnik po Pandemonium, Warcraft (setting do D&D), Warhammer + Bestiariusz Starego Świata, Wampir: Maskarada oraz Wampir: Mroczne Wieki. Ostatnio czytam Gasnące Słońca, aby wreszcie nauczyć się tego systemu.
Czemu piszę to wszystko? Chyba żeby przygotować się na bardzo bolesną puentę tej wyliczanki. Ostatnią sesję „na żywo” grałem rok temu. Ostatnią kampanię rozpocząłem jeszcze dawniej. Jedyną serię sesji którą można nazwać mini-kampanią, a która się zakończyła, prowadziłem zdaje się trzy lub cztery lata temu. Wniosek?
Nigdy nie grałem zbyt intensywnie w RPGi. Mimo mojego udzielania się na Bestiariuszu, 99% moich pomysłów nigdy nie została wykorzystana na sesji, a była tylko takim „kminieniem na sucho”. Ale teraz, gdy jak nigdy mam ochotę wrócić do tego hobby (a w zasadzie – rozpocząć je na nowo lub nawet rozpocząć je w ogóle), czuję że mój czas minął. Nie jest to, broń boże, wniosek z serii „Jestem już na to za stary”. Jest to raczej wniosek z serii „To już nie te czasy”. Gdzie teraz zbiorę ekipę? Czy naprawdę muszę ją uformować z nieznajomych? Jak długo taka grupa przetrwa?
Moja przeprowadzka wiele zmieniła, ale to chyba dla mnie najboleśniejsza zmiana – brak znajomych tutaj oznacza, że muszę obserwować jak umiera moje ukochane hobby. Takie, o którym zawsze marzyłem, że przekształci się w coś absolutnie pięknego, a nie dałem mu okazji nawet na częściowe rozwinięcie skrzydeł. Prawda, LARPowałem sporo jeszcze rok lub dwa temu – ale to nie to samo, co kilkugodzinna sesja przy stole, muzyce i kostkach. Czuję, że zmarnowałem swoją okazję i że ona już nie wróci. Czuję że nie mogę już uważać się za gracza lub Mistrza Gry – jedynie za kolekcjonera.
Łatwo byłoby powiedzieć – znajdź ludzi tutaj. Jak wiecie, moje dojeżdżanie na uniwersytet odebrało mi sporo możliwości bycia częścią Adventure Gaming Society. Choćbym bardzo chciał, nie mieszkając w Canterbury nie mogę sobie pozwolić na nocne sesje lub choćby wieczorne granie. Mam też zobowiązania w stosunku do Lin i uważam że decyzja o pójściu grać i nie wracaniu na noc byłaby po prostu... nie na miejscu. Do tego dochodzi problem z moją znajomością języka. Nie jest ona wystarczająca aby dobrze prowadzić, więc nawet jeśli miałbym najgenialniejszy pomysł na kampanię do Earthdawna, nie mam możliwości wprowadzić tego w życie. Chętnie bym pograł, ale jak mam się wprosić w dobrze znającą się ekipę graczy, prawdopodobnie też o doskonałej alchemii z Mistrzem Gry? Wejść tam i wszystko zepsuć, albo przez całą sesję czuć się jak wyrzutek?
Q-Workshop wyprodukował kostki specjalnie do Earthdawna, na zlecenie Red Brick – wydawcy trzeciej edycji. Wygląda na to, że je kupię, wcześniej czy później. Wraz z nimi – dodatkowy skórzany kubek i jeszcze jeden zestaw kości elfickich, które zawsze chciałem. Koszt tej przyjemności – jedynie niecałe 100 złotych. Ta kwota mnie powstrzymuje przed naciśnięciem „Kupuj”. Naprawdę? Stówa za trochę kawałków plastiku i skóry? Czy w ogóle warto się zastanawiać? Po co to będę robił?
Odpowiedź brzmi (jeśli się zdecyduję): dla mojej potrzeby kolekcjonerstwa. Dla tej potrzeby zamówiłem z Allegro podręczniki do Earthdawna, pierwszej (mojej) edycji: Barsawię i Horrory. Być może to moje pożegnanie się z aktywnym hobby, a przejście do fazy kupowania dla posiadania. A potem wspominania, a raczej fantazjowania o tym co było, a raczej co być mogło, gdyby tylko moje losy jako RPGowca potoczyły się inaczej.
No, ale póki co tyle dzielenia się z wami moimi myślami. Jeśli chcecie, doradźcie coś, podnieście na duchu. Nie wiem czy to coś zmieni, ale może ktoś z was da mi jakąś mądrą wskazówkę lub wyciągnie słuszny wniosek. Temat zapewne powróci gdy znowu natchnie mnie, aby przez zakupienie czegoś w zasadzie bezużytecznego poudawać jeszcze trochę, że mam prawo mienić się graczem i Mistrzem Gry, a nie kolekcjonerem.
Przyjeżdżając tutaj wziąłem ze sobą moje kostki. Mam ich trzy opakowania – w skórzanym kubku od Q-Workshop mam trzy zestawy: mój najstarszy, pomarańczowy; czarny z czerwonymi liczbami; oraz czarny z żółtymi liczbami, runiczny. Do tego kilka pojedynczych kostek, głównie z Q-Workshop. Drugim pojemnikiem jest sakiewka, w której znajduje się ciemno-zielony zestaw Nuklearny oraz parę innych kostek. Do tego dochodzi oficjalny zestaw kości do Wampira: Maskarady, kupiony dawno temu w nieistniejącym już Fantasy Shopie, na który składa się 10 kostek w kolorze podręcznika oraz woreczek z symbolem Camarilli.
W jednej z paczek od rodziców przyjechały tutaj moje podręczniki: Earthdawn + 3 dodatki, Gasnące Słońca + Przewodnik po Pandemonium, Warcraft (setting do D&D), Warhammer + Bestiariusz Starego Świata, Wampir: Maskarada oraz Wampir: Mroczne Wieki. Ostatnio czytam Gasnące Słońca, aby wreszcie nauczyć się tego systemu.
Czemu piszę to wszystko? Chyba żeby przygotować się na bardzo bolesną puentę tej wyliczanki. Ostatnią sesję „na żywo” grałem rok temu. Ostatnią kampanię rozpocząłem jeszcze dawniej. Jedyną serię sesji którą można nazwać mini-kampanią, a która się zakończyła, prowadziłem zdaje się trzy lub cztery lata temu. Wniosek?
Nigdy nie grałem zbyt intensywnie w RPGi. Mimo mojego udzielania się na Bestiariuszu, 99% moich pomysłów nigdy nie została wykorzystana na sesji, a była tylko takim „kminieniem na sucho”. Ale teraz, gdy jak nigdy mam ochotę wrócić do tego hobby (a w zasadzie – rozpocząć je na nowo lub nawet rozpocząć je w ogóle), czuję że mój czas minął. Nie jest to, broń boże, wniosek z serii „Jestem już na to za stary”. Jest to raczej wniosek z serii „To już nie te czasy”. Gdzie teraz zbiorę ekipę? Czy naprawdę muszę ją uformować z nieznajomych? Jak długo taka grupa przetrwa?
Moja przeprowadzka wiele zmieniła, ale to chyba dla mnie najboleśniejsza zmiana – brak znajomych tutaj oznacza, że muszę obserwować jak umiera moje ukochane hobby. Takie, o którym zawsze marzyłem, że przekształci się w coś absolutnie pięknego, a nie dałem mu okazji nawet na częściowe rozwinięcie skrzydeł. Prawda, LARPowałem sporo jeszcze rok lub dwa temu – ale to nie to samo, co kilkugodzinna sesja przy stole, muzyce i kostkach. Czuję, że zmarnowałem swoją okazję i że ona już nie wróci. Czuję że nie mogę już uważać się za gracza lub Mistrza Gry – jedynie za kolekcjonera.
Łatwo byłoby powiedzieć – znajdź ludzi tutaj. Jak wiecie, moje dojeżdżanie na uniwersytet odebrało mi sporo możliwości bycia częścią Adventure Gaming Society. Choćbym bardzo chciał, nie mieszkając w Canterbury nie mogę sobie pozwolić na nocne sesje lub choćby wieczorne granie. Mam też zobowiązania w stosunku do Lin i uważam że decyzja o pójściu grać i nie wracaniu na noc byłaby po prostu... nie na miejscu. Do tego dochodzi problem z moją znajomością języka. Nie jest ona wystarczająca aby dobrze prowadzić, więc nawet jeśli miałbym najgenialniejszy pomysł na kampanię do Earthdawna, nie mam możliwości wprowadzić tego w życie. Chętnie bym pograł, ale jak mam się wprosić w dobrze znającą się ekipę graczy, prawdopodobnie też o doskonałej alchemii z Mistrzem Gry? Wejść tam i wszystko zepsuć, albo przez całą sesję czuć się jak wyrzutek?
Q-Workshop wyprodukował kostki specjalnie do Earthdawna, na zlecenie Red Brick – wydawcy trzeciej edycji. Wygląda na to, że je kupię, wcześniej czy później. Wraz z nimi – dodatkowy skórzany kubek i jeszcze jeden zestaw kości elfickich, które zawsze chciałem. Koszt tej przyjemności – jedynie niecałe 100 złotych. Ta kwota mnie powstrzymuje przed naciśnięciem „Kupuj”. Naprawdę? Stówa za trochę kawałków plastiku i skóry? Czy w ogóle warto się zastanawiać? Po co to będę robił?
Odpowiedź brzmi (jeśli się zdecyduję): dla mojej potrzeby kolekcjonerstwa. Dla tej potrzeby zamówiłem z Allegro podręczniki do Earthdawna, pierwszej (mojej) edycji: Barsawię i Horrory. Być może to moje pożegnanie się z aktywnym hobby, a przejście do fazy kupowania dla posiadania. A potem wspominania, a raczej fantazjowania o tym co było, a raczej co być mogło, gdyby tylko moje losy jako RPGowca potoczyły się inaczej.
No, ale póki co tyle dzielenia się z wami moimi myślami. Jeśli chcecie, doradźcie coś, podnieście na duchu. Nie wiem czy to coś zmieni, ale może ktoś z was da mi jakąś mądrą wskazówkę lub wyciągnie słuszny wniosek. Temat zapewne powróci gdy znowu natchnie mnie, aby przez zakupienie czegoś w zasadzie bezużytecznego poudawać jeszcze trochę, że mam prawo mienić się graczem i Mistrzem Gry, a nie kolekcjonerem.
sobota, 6 czerwca 2009
Boguhar

Oto pierwszy art do "Mykerii", mojej gry karcianej. Poznajcie boga wojny, Boguhara, zwanego pieszczotliwie Bogusiem.
Wczoraj wysłałem do zamieszczenia swoją grę na Boardgame Geeku, ale nie dostałem odpowiedzi. Pewnie zamieszczą to dopiero w poniedziałek. Tym samym straciłem okazję do zareklamowania swojego "dzieła", bo na stronie głównej był temat o Game Designerach, który aktualnie już z niej spadł. Mój pech, jak widać, działa i ma się dobrze.
Jak tylko przyjmą mi "Mykerię" do katalogu, dam linka w swoim opisie GG. Zapraszam, choć na razie nie będzie tam wiele informacji. Nowe ilustracje powstają w nieznanym mi tempie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

