poniedziałek, 29 września 2008

Parę nowych fotek

Jak w tytule:


Jedna z pochyłych ścieżek w Rochester - ta konkretna łączy okolice Jackson's Field z High Street.


Zamek od strony bocznej uliczki - obiecuję następnym razem zrobić zdjęcie z dziedzińca, ale tym razem zapomniałem.


Zdjęcie katedry zrobionej znad muru zamkowego.


The Monk - drewniana rzeźba w niedalekim parku, ujęcie pierwsze...


... i ujęcie drugie, z cieniem.

To tyle póki co - jutro może zamieszczę kilka zdjęć z Canterbury.

Powoli następuje klarowanie się sytuacji...

Ponownie, w punktach:
1) mam telefon - jest bardzo fajny, choć początkowo byłem do niego bardzo sceptycznie nastawiony, ale Lin mnie przekonała
2) udało się kupić paragrafówki o których już nie raz wspominałem - gram sobie od czasu do czasu
3) dzisiaj podczas spaceru odwiedziłem kilka Charity Shops. Kupiłem Lin "Alicję w Krainie Czarów" (jej ulubiona książka) za 50 pensów, a sobie "Hobbita" za 75. Szukałem innych perełek, ale póki co nie znalazłem - co nie znaczy że ich nie ma.
4) jutro pierwszy dzień na uniwerku: zobaczymy jak będzie. Muszę z nimi jeszcze dopiąć kilka spraw, bo mnie ścigają mailowo, żebym doniósł im dokumentację. Dziwne to trochę, bo już dwa razy to zrobiłem - no, ale najwyraźniej do trzech razy sztuka.
5) ostatnimi dniami trochę gorzej czujemy się z Lin: mnie boli głowa, wieczorami jestem bardzo zmęczony, a ona bywa smutna. No, ale pomagamy sobie nawzajem i to się liczy.
6) piszę dalej grę, idzie jak po grudzie, ale dzisiaj skończę prawdopodobnie główny wątek. Reszta powinna pójść szybciej - szczególnie że teraz będę kursował między Rochester a Canterbury, co oznacza, że będę miał codziennie prawie dwie godziny na pisanie w pociągu. Reszta projektów trochę się kurzy, ale od czasu do czasu zaglądam.
7) jako ciekawostka - moje aktualne projekty:
- Rashadaman: RPG w klimatach arabskich
- Absumere: RPG znane niektórym z pierwszej strony komiksu mojego i Joka
- Millenium City: RPG w którym odkopuję mocno już zakurzony klimat Cyberpunk
- Karawany: gra planszowa, projekt chwilowo zarzucony, bo nie mam jak zaprojektować planszy
- Test na Maga: gra planszowa której wersję alpha już opracowałem, czas ją testować
- Stacja Kosmiczna: projekt ledwo co napoczęty, zamierzam się za niego zabrać jak opracuję resztę

Więc, jak widzicie, nie nudzę się.

sobota, 27 września 2008

Weekend

No, to słuchajcie, co wam powiem, bo mam parę ciekawostek.

1) kupiłem w czwartek lokalny smakołyk: Rochester Ginger, wg receptury z czasów Dickensa. Jest to bezalkoholowy napój imbirowy który bardzo interesująco szczypie język i gardło. Kosztuje prawie 4 funty za 725 ml, więc nie jest zbyt tani, ale i tak będziemy go kupować co jakiś czas.

2) jadłem sobie przez te dwa dni kolejne puszki Mean Beanz: Meksykańskie i BBQ. Nie są tak dobre jak Chili, które zjadłem w środę. Dzisiaj idziemy dokupić kilka rzeczy w Tesco, więc zaopatrzę się w nowe: zwykłe i właśnie Chili

3) dzisiaj idziemy też wreszcie kupić sobie komórki - wracając skoczę do Nags Head i przyniosę im swój nowy numer. Jeśli o pracę tam, czy gdziekolwiek indziej, chodzi - nadal nic

4) Lin znalazła w jednym z Charity Shopów te paragrafówki o których wspominałem jakiś czas temu, ale nie za 15 funtów, a 4! Prawdopodobnie kupimy to zaraz, jak tylko się zbiorę...

5) nawiązałem kontakt ze stowarzyszeniem graczy na mojej uczelni. Spotykam się z ich członkinią odpowiedzialną bodajże za gry planszowe prawdopodobnie w czwartek. Dzisiaj mają spotkanie, ale za dużo rzeczy muszę dzisiaj zrobić i nie pojawię się w Canterbury. Poza tym, to byłyby kolejne funty mniej.

6) dostałem kartę z banku, teraz czekam już tylko na pin

No, póki co to tyle. Do usłyszenia.

czwartek, 25 września 2008

Czas ustaleń

Poza tym, co już pisałem o moim zwyczajnym dniu w ostatnich dniach niewiele się dzieje. Złożyłem CV do The Nags Head, wybrałem sobie moduły na uczelni i czekam dzisiaj na potwierdzenie, że są tam wolne miejsca. Jutro będziemy szli z Lin po najtańsze komórki od Orange. Ona dostała już pismo od banku, ja jeszcze nie - wciąż czekam na kartę, trwa to już bardzo długo.
Piszę dalej, kawałek po kawałku, ale, jak to ja, wytraciłem tempo. Teraz będę potrzebował samozaparcia. Sporo.
No i zainstalowałem wczoraj Fallouta, oczywiście nie ruszył - nienawidzę Visty, wspominałem już? Muszę się nacieszyć Fallout: Tactics.
Hmm, nawet wypity wczoraj Hobgoblin nie smakował tak dobrze jak go zapamiętałem. Dziwne, że wszystkie dobre piwa, których i tak jest mało, zmieniają smak na gorszy...

wtorek, 23 września 2008

I znowu update trzydniowy

Ostatnio piszę rzadziej, bo mało się dzieje - wczoraj w sumie było najwięcej do zrelacjonowania, ale miałem inne rzeczy do zrobienia no i byłem dość zmęczony. Ostatnimi dniami często boli mnie głowa.
W niedzielę wzięło nas na granie, więc po prostu posiedzieliśmy w domu. Oglądaliśmy też Friends, ostatnio robimy to codziennie (ścigam Mateusza, który jest już chyba w dziesiątym sezonie). Wypiłem ale o którym wspominałem, nazywa się Stinger - nie było jakieś bardzo dobre.
Poniedziałek to dzień mojej wizyty na uniwersytecie. Musiałem wstać wcześnie (przed siódmą), żeby na 7.39 wstać na pociąg. O 9.30 było spotkanie z kadrą i organizacjami studenckimi, które potrwało prawie godzinę, ale było ciekawe. Potem załatwiłem sobie indentyfikator. Wróciłem do domu, pisałem, grałem, oglądaliśmy Friends.
A dzisiaj będziemy szli na zakupy, bo zaczyna nam brakować paru rzeczy.

Aha, zacząłem też grać w Tribal Wars - ale według oczekiwań, nie wciąga mnie specjalnie, tak sobie od czasu do czasu kliknę.

sobota, 20 września 2008

Ostatnie dni...

... opowiadane przy fasolce w zalewie pomidorowej z Tesco (pyszna!) i butelce Fursty Ferret, ale browaru Badger (takie sobie, ale da się wypić).
No to po kolei - w czwartek nie było aktualizacji, bo mało co było do napisania, a poza tym Blogger się zbuntował i nie dałem rady zamieścić posta. Byłem tego dnia w Canterbury dowiadywać się szczegółów o moich studiach - jestem już jaśnie oświecony, dostałem pakiet informacji i już teoretycznie wszystko wiem.
Piątek był dniem grania i zakupów. Kupiliśmy nowe zapasy jedzenia i zrobiliśmy trochę zdjęć.
A dzisiaj poszliśmy na spacer po okolicy i lokalnych sklepach - znaleźliśmy tam dość ciekawą planszówkę za 2 funty (second-hand, charity) i chyba ją kupimy. No i odnalazłem w końcu Hobgobliny! I to niedaleko. Kupiłem dwa, do tego Fursty Ferret i trzeci, który zwie się chyba Badger (nie chce mi się zaglądać do lodówki), wszystko ale, a kosztowało mnie to 6 funtów (była promocja - 6 za 4 butelki, bez promocji są po 1,99).
Pisanie idzie mi trochę gorzej, ale od jutra wracam do tematu - muszę tylko odłożyć Kohan: Ahriman's Gift na bok...

środa, 17 września 2008

Wycieczka do Maidstone

W temacie tego wpisu jest właściwie główna treść dzisiejszego dnia. Z pewnymi trudnościami (uciekł nam autobus i trzeba było się ratować pociągiem), dotarliśmy tam w sam raz na wypełnienie wniosku o ubezpieczenie. Załatwiliśmy to szybko i poszliśmy do tamtejszego KFC zjeść coś dobrego. Najedzeni i jeszcze z drugą partią zapakowaną na wynos wróciliśmy do Strood (tylko stamtąd jeżdżą pociągi) no i na piechotę do domu. Po drodze zgłosiłem się do pracy w kolejnym miejscu, jutro podrzucę im CV.
Aha, skończyłem dzisiaj Diablo 2. Zaczynam trudność Koszmar, ale chwilowo mi się odechciało.
Jutro do Canterbury, rozmawiać jeszcze o studiach i może szukać pracy.

wtorek, 16 września 2008

Sukces!

Dzisiejszy dzień był bardzo dobry poza faktem, że krew mnie zalewała przy Diablo 2. No, ale dzisiaj:
a) dowiedziałem się, że udało mi się dostać na drugi rok na University of Kent
b) złożyła nam wizytę nasza pani Landlord i mamy naprawiony kaloryfer w łazience - grzał tylko do połowy, bo miał wodę
c) dowiedziałem się o ciekawym konkursie w którym wezmę udział: trzymajcie kciuki (a tutaj szczegóły: http://www.tp.pl/prt/pl/klienci_ind/internet/660803/676796/ )
No, więc idę pisać. Do jutra, prawdopodobnie.

poniedziałek, 15 września 2008

Poniedziałek... i druga partia zdjęć

Kolejny dzień spędzony głównie w domu - skoczyłem tylko do Chartwell Estates (naszych agentów), żeby załatwić parę rzeczy. Załatwiłem natomiast spotkanie w środę w sprawie ubezpieczenia, dla siebie i dla Lin - pojedziemy do odległego o 7 mil Maidstone. Niestety, dzwoniłem też na uniwersytet i nadal nic nie wiadomo co z moim drugim rokiem. Podobnie z pracą - żadnych wieści.
Ale zrobiliśmy dzisiaj pyszne placki ziemniaczane!
A jutro może pójdę na spacer, jeśli pogoda dopisze.


Witraż nad drzwiami do naszego domu.

Budynek w którym mieszkamy od strony ulicy. Drzwi do naszej klatki to te czarne. Mieszkamy na poddaszu.

High Street w Rochester - ulica która biegnie dalej przez Chatham.

The Nags Head, Free House (czyli angielski pub/restauracja) przy Nags Head Lane.

The North Foreland, kolejny Free House, nieco bliżej Chatham.

Ah, pisząc tego posta popijałem wspomniany już wcześniej milkshake Frijj o smaku Fudge Brownie. Możecie zazdrościć. Wracam do rzezania stworków w Diablo 2. Do przeczytania.

niedziela, 14 września 2008

Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia!

Krótki opis dzisiejszego dnia:
Otóż osiągnąłem dzisiaj szczyt desperacji i podpisałem zgłoszenie do pracy w... KFC. Przynajmniej jest to lepsze niż McDonald. Byliśmy na zakupach, kupiliśmy jedzenie i parę rzeczy do domu. Ponownie nie udało nam się wyjść na spacer popołudniu, chociaż pogoda jest ostatnimi dniami bardzo ładna. Ale za to mam dla was zdjęcia z trasy, którą robimy z Lin każdorazowo idąc na zakupy.

High Street w Chatham nocą. Jak widać ulice są puste, ale w barach i restauracjach kwitnie życie towarzyskie. Zdjęcie zrobione wczoraj - to był jakiś wyjątkowo dobry dzień dla knajp: minęliśmy co najmniej 3 większe imprezy.

A oto drzwi do naszego mieszkania. Napis głosi Nickelby. W budynku mamy też Copperfielda - mieszka naprzeciwko.

Okna lokalnej synagogi, również przy High Street.

Zamknięty i ogrodzony kościół przy High Street. Szkoda, bo bardzo ładny.

Ten znak to jedyny wyznacznik granicy między Rochester a Chatham - te miasta są właściwie jednym. Do tego obok Rochester jest Strood, a obok Chatham - Gillingham. Nie wiem czy i tam przechodzą tak płynnie.

Zaniedbany i opuszczony teatr - boczna ściana.

Jedna z bocznych uliczek, malowniczo pochylona.

Ponownie Theatre Royal - przednia fasada.

I motto z Shakespeare'a, za oknem, pokryte pajęczynami.

I ponownie High Street, tym razem w drodze powrotnej.

Hmm, zdjęć było więcej, ale mi je wessało podczas zamieszczania... interesujące. No cóż, dorzucę je przy okazji, dzisiaj jestem już zbyt zmęczony.

Patrzcie co znalazłem!


Oto co wyskakuje jako pierwsze gdy do Googli wpisze się "unknown". Taka ciekawostka na dziś.
A tak serio, to sprawdzałem jak się zamieszcza zdjęcia i ten stworek mi się spodobał, więc go zostawiam. Wieczorem spodziewajcie się sprawozdania z dzisiaj wraz ze zdjęciami z wczoraj i dziś.

sobota, 13 września 2008

Nothing to report

Dziś nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Dzień minął pod znakiem łóżka i komputera. Skype nadal nie działa poprawnie - moja mama znowu się zawiodła, bo nie pogadaliśmy. Mieliśmy iść na spacer, ale jakoś tak wyszło, że nie mogliśmy się zebrać. A zaraz, zgodnie ze wczorajszą zapowiedzią, idziemy do Tesco. Przy okazji zrobimy trochę zdjęć z serii Rochester/Chatham by Night. Fotki powinny się pojawić tutaj, może jutro wieczorem.

piątek, 12 września 2008

Wanderlust...

Dzisiaj po napisaniu recenzji i skonfigurowaniu, przy pomocy Julci, Skype'a, doznałem natchnienia. Nagle poczułem, że muszę wyjść na spacer. Ruszyłem więc przed siebie, na południową stronę miasta, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję, że nie mam aparatu - widziałem piękne posesje i zawitałem na lokalny cmentarz. W niczym nie przypomina naszych zapuszczonych, ciemnych i nieciekawych cmentarzy - ten ma zieloną, krótko przystrzyżoną trawę, kilka ogromnych drzew, trochę krzaków i dużo wolnego miejsca. Gdybym miał przy sobie książkę, usiadłbym pod jednym z tych drzew i czytał. Pogoda była bardzo ładna, więc cień był na miejscu. Dalsza część wędrówki nie była specjalnie interesująca - ot, zwykłe osiedla: chociaż też bardzo urokliwe.
Po drodze, wracając, zawadziłem znów o High Street i odebrałem zgłoszenie do pracy w sklepie z bakaliami. Za jakieś 10 dni powinienem wiedzieć, czy uda mi się tam zatrudnić: proponują 8 godzin w sobotę, za minimalną płacę brytyjską - 5,60 funtów chyba. Choć dla mnie będzie ona raczej niższa, około 4,40. Na standardową łapię się dopiero w przyszłym roku, od 22 roku życia.
Wróciłem do domu i zjadłem obiad - zrobiłem go za dużo i nie miałem jak zjeść całości za jednym zamachem. Zaraz potem poszedłem na High Street zostawić wypełnione już zgłoszenie do sklepu i kupić Goji Berries po przecenie, a także... różę dla Lin. Bez okazji - znacie mnie, więc wiecie że mam tak w zwyczaju ;)
Wróciła późno, zmęczona i głodna, ale zadowolona z wycieczki do Londynu. I cieszyła się i z różyczki i z Goji Berries. A dlaczego z tego drugiego, to wrzućcie do Google i sprawdźcie.
A jutro ponownie spacer, tym razem z aparatem z komórki Lin. I wieczorne zakupy - ponoć w Tesco po 21 sprzedają towar za grosze żeby się go pozbyć.

czwartek, 11 września 2008

Cały dzień spędzony w domu (prawie)

Lin była dzisiaj pół dnia na uczelni, więc siedziałem sobie w mieszkaniu. Udało mi się napisać recenzję Shoguna i dokończyć wersję alpha mojej nowej planszówki, pograłem też trochę - mogę więc zaliczyć przedpołudnie do udanych. Zrobiłem sobie też lasagne z Icelandu, ale nie doczytałem przepisu i niepotrzebnie wyjąłem ją ze specjalnego opakowania - sos beszamelowy rozlał mi się po całej tacce do pieczenia. Muszę ją kupić znowu jak tam będę - była dobra, choć nie do końca zrobiona.
Zrobiłem Lin naleśniki, ale nie przyszła na czas, bo utknęła w sklepach z antykami i przyniosła z tej wyprawy nóż do masła - całkiem ładny i funkcjonalny. Zgłosiła mi też, że jest kolejne miejsce gdzie szukają doświadczonych pracowników - poszliśmy tam, ale było już zamknięte: wysłałem im CV na maila, według prośby na kartce. Byłem też w paru innych miejscach, ale wszędzie to samo: "Nie, aktualnie nie szukamy nikogo do pomocy"...
No i trafiliśmy do drugiej księgarni na High Street ze starymi używanymi książkami. Co prawda nie może równać się z Bagginsem, ale mają tam pakiet dziesięciu paragrafówek autorstwa Steve'a Jacksona i Iana Livingstone'a za 15 funtów. Kto wie, czy się na to nie złożymy z Lin.
Wspominałem już, że katedra i zamek w Rochester są ekstra? W weekend może się w końcu zbierzemy i zrobimy trochę fotek - powinny trafić na bloga.
Jutro nie mam żadnych specjalnych planów. Lin jedzie na całodniową wycieczkę do Londynu (w ramach zajęć na uczelni), więc mam wolne. Mam nadzieję, że odezwie się ktoś od pracy... A do napisania mam jeszcze dwie recenzje, muszę dopracować kolejny projekt planszowy i wrócić do prac nad RPGiem... Nie będę się nudzić, szkoda tylko, że nie będę zarabiać.
Ale dzisiaj nic nie wydałem, ha!

środa, 10 września 2008

Drugi dzień bez sukcesów

No cóż, jeśli o pracę chodzi - to nie był mój dzień. Wszędzie dowiedziałem się tego samego: na razie pracy nie ma, ale trzeba zgłosić się za jakiś miesiąc, bo zaczyna się sezon na zakupy świąteczne (zakupy świąteczne w październiku!)...
W sumie był spokojny: rano Lin była na uczelni, więc ja oglądnąłem sobie film, pograłem chwilę i zjadłem śniadanie. Gdy wróciła, zrobiliśmy sobie placki ziemniaczane. Potem pomogłem jej pisać CV i poszliśmy, mimo moich sprzeciwów (ostatnie dwa dni prawie ciągle chodziłem - nogi mnie bolą), do Chatham, zostawić nasze oferty pracodawcom w paru sklepach z grami komputerowymi. Mimo mojego postanowienia na dziś pt. "nie wydawać pieniędzy", kupiliśmy obiad u znanego wam już chińczyka na wynos. Co więcej, wracając zawadziliśmy "z ciekawości", o sklep z mrożonkami Iceland... i nakupowaliśmy sobie taniego jedzonka na chyba cały tydzień (opakowania po funta, dwa - spore porcje). Lin kupiła też milkshake'i - jednego wypiliśmy już w drodze: był pyszny.
Jutro zapowiada się kolejny leniwy dzień. Skorzystam z niego: muszę w końcu dopisać coś do RPGa i dopracować grę. Inna sprawa, że strasznie niewygodnie mi się pracuje na tym laptopie - nie mamy biurka ani niczego takiego, więc stoi on na małym metalowym koszu, który kupiliśmy za funta. Służy za kosz na brudne ciuchy oraz właśnie za podstawkę.
I oby jutro okazało się coś wreszcie z pracą... albo chociaż z moimi przenosinami na drugi rok.

wtorek, 9 września 2008

The turn of the tide...?

Za jakąś chwilę wychodzę dalej szukać pracy, tym razem na High Street w Rochester - i wiem, że jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie prawie na pewno mnie zatrudnią (szukają pracowników). Ponadto, jak tylko się czegoś dowiem o tejże pracy, jadę ponownie do Canterbury (kolejne 10 funtów do tyłu), żeby próbować zacząć studia od drugiego roku. To dałoby mi oszczędność czasu, a przede wszystkim - ponad 3000 funtów, które są roczną opłatą.
Jak się wam chce, możecie trzymać kciuki - nie zaszkodzi.

Update o 16 czasu Greenwich: wróciłem, ale niestety znowu bez konkretnych osiągnięć. Poza poszerzeniem swojej wiedzy o pracy w Anglii i kierunku na którym będę - nic konstruktywnego. W sprawie pracy mają się do mnie zgłosić, a wiecie jak to bywa, gdy mówią wam "Oddzwonimy do pana...". Cóż, pozostaje mieć nadzieję. W razie czego mam plan B.

poniedziałek, 8 września 2008

Dzień porażek

No cóż, dzisiejszy dzień nie należał do najbardziej udanych.
Pojechałem do Canterbury żeby ustalić wszystkie szczegóły moich studiów, oraz poszukać pracy w lokalnym Games Workshop. Okazało się, że na kampus niespecjalnie opłaca się maszerować - zeszło mi chyba z godzinę, zanim się tam dostałem. Po drodze trafiłem na sklep z grami planszowymi i RPGami - idealna praca dla mnie. Niestety, właściciel nie był zainteresowany zatrudnianiem nowej osoby.
Na kampusie spędziłem kilka godzin - jest położony w bardzo ładnej okolicy (i ma sporo zieleni na swoim terenie), ale jest tak duży, że nie sposób się tam odnaleźć bez mapy. Czułem się jak Asterix i Obelix w "12 Pracach Asterixa" gdy w kolejnym miejscu wysyłali mnie do następnego i ciągle się okazywało że to jeszcze nie tutaj mam trafić. Nie załatwiłem specjalnie dużo, ale przynajmniej cokolwiek.
Wróciłem autobusem do Canterbury i poszedłem szukać szczęścia w Games Workshop - niestety i tutaj nie potrzebowali pomocy. Wsiadłem więc w pociąg powrotny i wróciłem, jakieś 30 minut temu, do mieszkania. Na szczęście moja kochana Lin zrobiła mi obiad i mogłem coś od razu zjeść.

Wnioski z dnia dzisiejszego:
1) jutro idę szukać pracy w Rochester lub Chatham, bo bilety kolejowe są za drogie (10 funtów w obydwie strony) żebym póki co pracował w Canterbury. Inna sprawa, że zostało tam tylko jedno miejsce w którym mógłbym chcieć pracować - a jest takie samo w Chatham (sieć sklepów z grami komputerowymi Gamestation).
2) tutejsze zniżki mi niespecjalnie pasują: jedna karta jest ok, ale kłopot taki, że nie obejmuje kursów przed 10 rano - a na pewno będę takimi podróżował na zajęcia. Innymi słowy - muszę kombinować, bo inaczej nie wyrobię finansowo.
3) Canterbury jako miasto jest bardzo ładne, warto odwiedzić. Katedra robi niesamowite wrażenie - miałem okazję popatrzeć na miasto ze wzgórza i ten budynek zdecydowanie góruje nad i przytłacza resztę miasteczka.

Dzisiaj robię sobie do końca dnia wolne - pogram w coś, oglądnę film, popracuję nad swoimi projektami gier. A jutro od rana działam.

niedziela, 7 września 2008

Ostatnie trzy dni

Szybki update.
Piątek, 5 września 2008: około 12.00 czasu angielskiego dojechaliśmy do Londynu po ponad 24 godzinach spędzonych w autokarze (z czego 8 w Polsce - z Krakowa do granicy... nie wiem jak oni to zrobili). Już o 14 byliśmy pod mieszkaniem w Rochester, moknąc w deszczu i ze wszystkimi naszymi gratami pod ręką. Na szczęście pojawił się agent z agencji mieszkaniowej i wpuścił nas do środka. Po pewnym organizacyjnym chaosie, udało się nam wreszcie spokojnie usiąść około 18. Niestety, wszystkie sklepy były już wtedy zamknięte i pozostało nam spać na podłodze wyłożonej moimi bluzami, przykrywając się innymi ubraniami. Mieliśmy zapasy jedzenia z podróży, a w mieszkaniu był czajnik elektryczny, więc raczyliśmy się wodą z przywiezionym syropem imbirowym.

Sobota, 6 września 2008: dzień minął pod znakiem zakupów. Kupiliśmy dużo jedzenia, załatwiliśmy sobie konto w banku, Lin udało się załatwić sobie mobilny internet od Orange, ale mnie się nie udało, bo nie miałem ze sobą paszportu. Wracając z Tesco, obładowani zakupami, zatrzymaliśmy się u chińczyka na High Street w Chatham. Zjadłem bardzo dobrego kurczaka słodko-ostrego, Lin zaś zamówiła sobie chrupiące skrawki z wołowiny, ale była bardzo
niepocieszona, bo były na słodko (nie lubi). Wieczorem wypakowaliśmy zakupy i nareszcie był czas na chwilę odpoczynku - oglądnęliśmy sobie odcinek serialu. Spaliśmy zawinięci w pościel, którą kupiliśmy: nasze próby kupna materaca skończyły się na spojrzeniu na wysokie ceny w lokalnym sklepie z łóżkami.

Niedziela, 7 września 2008: rano wyruszyliśmy na ponowne zakupy do Tesco, po drodze zatrzymując się w centrum handlowym Pentagon, w którym załatwiłem sobie internet. Wracając wstąpiliśmy do innego chińczyka, i za 10 funtów napchaliśmy sobie jedzenia do pudełeczek na wynos (eat all you want - pakujecie tyle żarcia, ile zmieści się w pojemniczku) plus deser. Wracając, wystawa jednego ze sklepów natchnęła mnie do opracowania kolejnej gry planszowej. Zjedliśmy obiad po dotarciu do domu i posprzątaliśmy odrobinę. Potem ruszyliśmy na zamek, bo o 16 odbywał się pokaz walk rycerskich - kończył się dwudniowy festiwal średniowieczny. Przeszliśmy się High Street od strony Rochester i wstąpiliśmy do GIGANTYCZNEJ biblioteki, do której przyciągnął mnie szyld głoszący: Baggins. Ciężko opisać ogrom tego miejsca słowami - gdy zdobędę aparat, zrobię wam mały tour. Potem wróciliśmy do miasta i oto jestem tutaj, pisząc tego bloga... Dziś śpimy na dwóch pościelach położonych na sobie, a przykrywamy się trzecią - wyjdzie nam dużo taniej niż materac, choć na pewno nie tak wygodnie.

The Mysterious Mr. Finch

Witajcie, lub jak to mówią tam, gdzie aktualnie przebywam - Welcome.
Dnia 4 września 2008 roku wyjechałem wraz z moją dziewczyną, Lin, do Anglii. Przyjechałem tu studiować, przy okazji pracować, ale głównie z tego powodu, że zawsze chciałem to zrobić. Wcześniej w Anglii byłem w pierwszej klasie gimnazjum, a więc ponad osiem lat temu - i kraj mnie oczarował. Jestem wielbicielem języka angielskiego i, jak niektórzy uważają - całkiem nieźle nim władam. Ten wyjazd ma na celu jednak także zwiększenie moich zdolności w tej dziedzinie.
Ten blog powstaje głównie dla grona moich znajomych - przyznaję, że także z prostego powodu: wygody. Zamiast opowiadać wszystkim to samo, zawsze mogę - fakt, że nieco nieprzyjaźnie, oddelegować ich do tej strony.
A więc, moi drodzy, po tym krótkim wstępie - zapraszam do lektury. Postaram się uzupełniać bloga jak najczęściej dam rady.