czwartek, 11 września 2008

Cały dzień spędzony w domu (prawie)

Lin była dzisiaj pół dnia na uczelni, więc siedziałem sobie w mieszkaniu. Udało mi się napisać recenzję Shoguna i dokończyć wersję alpha mojej nowej planszówki, pograłem też trochę - mogę więc zaliczyć przedpołudnie do udanych. Zrobiłem sobie też lasagne z Icelandu, ale nie doczytałem przepisu i niepotrzebnie wyjąłem ją ze specjalnego opakowania - sos beszamelowy rozlał mi się po całej tacce do pieczenia. Muszę ją kupić znowu jak tam będę - była dobra, choć nie do końca zrobiona.
Zrobiłem Lin naleśniki, ale nie przyszła na czas, bo utknęła w sklepach z antykami i przyniosła z tej wyprawy nóż do masła - całkiem ładny i funkcjonalny. Zgłosiła mi też, że jest kolejne miejsce gdzie szukają doświadczonych pracowników - poszliśmy tam, ale było już zamknięte: wysłałem im CV na maila, według prośby na kartce. Byłem też w paru innych miejscach, ale wszędzie to samo: "Nie, aktualnie nie szukamy nikogo do pomocy"...
No i trafiliśmy do drugiej księgarni na High Street ze starymi używanymi książkami. Co prawda nie może równać się z Bagginsem, ale mają tam pakiet dziesięciu paragrafówek autorstwa Steve'a Jacksona i Iana Livingstone'a za 15 funtów. Kto wie, czy się na to nie złożymy z Lin.
Wspominałem już, że katedra i zamek w Rochester są ekstra? W weekend może się w końcu zbierzemy i zrobimy trochę fotek - powinny trafić na bloga.
Jutro nie mam żadnych specjalnych planów. Lin jedzie na całodniową wycieczkę do Londynu (w ramach zajęć na uczelni), więc mam wolne. Mam nadzieję, że odezwie się ktoś od pracy... A do napisania mam jeszcze dwie recenzje, muszę dopracować kolejny projekt planszowy i wrócić do prac nad RPGiem... Nie będę się nudzić, szkoda tylko, że nie będę zarabiać.
Ale dzisiaj nic nie wydałem, ha!

Brak komentarzy: