środa, 10 września 2008

Drugi dzień bez sukcesów

No cóż, jeśli o pracę chodzi - to nie był mój dzień. Wszędzie dowiedziałem się tego samego: na razie pracy nie ma, ale trzeba zgłosić się za jakiś miesiąc, bo zaczyna się sezon na zakupy świąteczne (zakupy świąteczne w październiku!)...
W sumie był spokojny: rano Lin była na uczelni, więc ja oglądnąłem sobie film, pograłem chwilę i zjadłem śniadanie. Gdy wróciła, zrobiliśmy sobie placki ziemniaczane. Potem pomogłem jej pisać CV i poszliśmy, mimo moich sprzeciwów (ostatnie dwa dni prawie ciągle chodziłem - nogi mnie bolą), do Chatham, zostawić nasze oferty pracodawcom w paru sklepach z grami komputerowymi. Mimo mojego postanowienia na dziś pt. "nie wydawać pieniędzy", kupiliśmy obiad u znanego wam już chińczyka na wynos. Co więcej, wracając zawadziliśmy "z ciekawości", o sklep z mrożonkami Iceland... i nakupowaliśmy sobie taniego jedzonka na chyba cały tydzień (opakowania po funta, dwa - spore porcje). Lin kupiła też milkshake'i - jednego wypiliśmy już w drodze: był pyszny.
Jutro zapowiada się kolejny leniwy dzień. Skorzystam z niego: muszę w końcu dopisać coś do RPGa i dopracować grę. Inna sprawa, że strasznie niewygodnie mi się pracuje na tym laptopie - nie mamy biurka ani niczego takiego, więc stoi on na małym metalowym koszu, który kupiliśmy za funta. Służy za kosz na brudne ciuchy oraz właśnie za podstawkę.
I oby jutro okazało się coś wreszcie z pracą... albo chociaż z moimi przenosinami na drugi rok.

Brak komentarzy: