Dzisiaj po napisaniu recenzji i skonfigurowaniu, przy pomocy Julci, Skype'a, doznałem natchnienia. Nagle poczułem, że muszę wyjść na spacer. Ruszyłem więc przed siebie, na południową stronę miasta, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję, że nie mam aparatu - widziałem piękne posesje i zawitałem na lokalny cmentarz. W niczym nie przypomina naszych zapuszczonych, ciemnych i nieciekawych cmentarzy - ten ma zieloną, krótko przystrzyżoną trawę, kilka ogromnych drzew, trochę krzaków i dużo wolnego miejsca. Gdybym miał przy sobie książkę, usiadłbym pod jednym z tych drzew i czytał. Pogoda była bardzo ładna, więc cień był na miejscu. Dalsza część wędrówki nie była specjalnie interesująca - ot, zwykłe osiedla: chociaż też bardzo urokliwe.
Po drodze, wracając, zawadziłem znów o High Street i odebrałem zgłoszenie do pracy w sklepie z bakaliami. Za jakieś 10 dni powinienem wiedzieć, czy uda mi się tam zatrudnić: proponują 8 godzin w sobotę, za minimalną płacę brytyjską - 5,60 funtów chyba. Choć dla mnie będzie ona raczej niższa, około 4,40. Na standardową łapię się dopiero w przyszłym roku, od 22 roku życia.
Wróciłem do domu i zjadłem obiad - zrobiłem go za dużo i nie miałem jak zjeść całości za jednym zamachem. Zaraz potem poszedłem na High Street zostawić wypełnione już zgłoszenie do sklepu i kupić Goji Berries po przecenie, a także... różę dla Lin. Bez okazji - znacie mnie, więc wiecie że mam tak w zwyczaju ;)
Wróciła późno, zmęczona i głodna, ale zadowolona z wycieczki do Londynu. I cieszyła się i z różyczki i z Goji Berries. A dlaczego z tego drugiego, to wrzućcie do Google i sprawdźcie.
A jutro ponownie spacer, tym razem z aparatem z komórki Lin. I wieczorne zakupy - ponoć w Tesco po 21 sprzedają towar za grosze żeby się go pozbyć.
piątek, 12 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
Ciekawa jestem tych himalajskich owoców, nigdy wcześniej nie słyszałam o kolcowóju pospolitym.
Prześlij komentarz