niedziela, 7 września 2008

Ostatnie trzy dni

Szybki update.
Piątek, 5 września 2008: około 12.00 czasu angielskiego dojechaliśmy do Londynu po ponad 24 godzinach spędzonych w autokarze (z czego 8 w Polsce - z Krakowa do granicy... nie wiem jak oni to zrobili). Już o 14 byliśmy pod mieszkaniem w Rochester, moknąc w deszczu i ze wszystkimi naszymi gratami pod ręką. Na szczęście pojawił się agent z agencji mieszkaniowej i wpuścił nas do środka. Po pewnym organizacyjnym chaosie, udało się nam wreszcie spokojnie usiąść około 18. Niestety, wszystkie sklepy były już wtedy zamknięte i pozostało nam spać na podłodze wyłożonej moimi bluzami, przykrywając się innymi ubraniami. Mieliśmy zapasy jedzenia z podróży, a w mieszkaniu był czajnik elektryczny, więc raczyliśmy się wodą z przywiezionym syropem imbirowym.

Sobota, 6 września 2008: dzień minął pod znakiem zakupów. Kupiliśmy dużo jedzenia, załatwiliśmy sobie konto w banku, Lin udało się załatwić sobie mobilny internet od Orange, ale mnie się nie udało, bo nie miałem ze sobą paszportu. Wracając z Tesco, obładowani zakupami, zatrzymaliśmy się u chińczyka na High Street w Chatham. Zjadłem bardzo dobrego kurczaka słodko-ostrego, Lin zaś zamówiła sobie chrupiące skrawki z wołowiny, ale była bardzo
niepocieszona, bo były na słodko (nie lubi). Wieczorem wypakowaliśmy zakupy i nareszcie był czas na chwilę odpoczynku - oglądnęliśmy sobie odcinek serialu. Spaliśmy zawinięci w pościel, którą kupiliśmy: nasze próby kupna materaca skończyły się na spojrzeniu na wysokie ceny w lokalnym sklepie z łóżkami.

Niedziela, 7 września 2008: rano wyruszyliśmy na ponowne zakupy do Tesco, po drodze zatrzymując się w centrum handlowym Pentagon, w którym załatwiłem sobie internet. Wracając wstąpiliśmy do innego chińczyka, i za 10 funtów napchaliśmy sobie jedzenia do pudełeczek na wynos (eat all you want - pakujecie tyle żarcia, ile zmieści się w pojemniczku) plus deser. Wracając, wystawa jednego ze sklepów natchnęła mnie do opracowania kolejnej gry planszowej. Zjedliśmy obiad po dotarciu do domu i posprzątaliśmy odrobinę. Potem ruszyliśmy na zamek, bo o 16 odbywał się pokaz walk rycerskich - kończył się dwudniowy festiwal średniowieczny. Przeszliśmy się High Street od strony Rochester i wstąpiliśmy do GIGANTYCZNEJ biblioteki, do której przyciągnął mnie szyld głoszący: Baggins. Ciężko opisać ogrom tego miejsca słowami - gdy zdobędę aparat, zrobię wam mały tour. Potem wróciliśmy do miasta i oto jestem tutaj, pisząc tego bloga... Dziś śpimy na dwóch pościelach położonych na sobie, a przykrywamy się trzecią - wyjdzie nam dużo taniej niż materac, choć na pewno nie tak wygodnie.

1 komentarz:

Julka pisze...

Biblioteka! Wiesz czym zainteresować czytelnika ;)
Mam nadzieję, że nie długo dorobicie się materaca.