No, pakuję się i jeszcze zmyję gary żeby nie zostawiać z nimi Lin (o ile zdążę). Obudziła mnie wcześniej, bo właśnie wyszła na cały dzień.
Mam lot o 18.00, co oznacza że o ile nie będzie żadnych opóźnień, jestem o 21.25 czasu Polskiego w Krakowie. Zobaczymy jak to będzie. Pod warunkiem, że w Londynie nie trwają jakieś dziwaczne prace nad metrem, powinienem zdążyć bez problemu i jeszcze nawet zjeść coś na lotnisku.
Aha, jako że mam teraz dużo rzeczy do roboty i w zasadzie nie będę używał tego laptopa, nie będzie w najbliższym czasie aktualizacji Sebastiena Duranta (który zresztą pisze się aktualnie w żółwim tempie). Ale, od środy, będę coś tam pisał o Essen, o ile znajdę gdzieś miejsce z WiFi.
sobota, 17 października 2009
niedziela, 11 października 2009
Sebastien Durant - Rozdział V
Rozdział IV
Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.
Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.
Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”
Było to ponad pięć lat temu.
Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.
To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.
Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...
Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.
Sebastien spieszno zszedł po starych, skrzypiących schodach, na których końcu znajdowały się drzwi – bardziej zadbane niż te po „jego” stronie klatki. Prawda była taka, że gdy rodzice Duranta wysłali go z sennego, małego miasteczka przy granicy z Boenicją do stolicy Turlunu (a właściwie: Królewstwa Turluńskiego pod Koroną Raverską, jak brzmiała oficjalnie używana nazwa) na studia, mieli nadzieję na to, że ich syn będzie mógł mieszkać w akademiku, lub przynajmniej stać go będzie na opłacenie małej kawalerki, jeśli podejmie jakąś pracę. Nie wiedzieli niestety o tym, że Sebastien nigdy nie kwapił się do nauki, przynajmniej nie w wydaniu akademickim. Ten młody człowiek kochał wiedzę, obdarzał ją miłością namiętną i nieprzerwaną. Chłonął każdą nieistotną informację z zapałem, którego nie mieli nawet najlepsi studenci. Kłopot polegał na tym, że nie uznawał on przy tym żadnych autorytetów i nienawidził wręcz być ograniczany przez osobę wykładowcy.
Próbował szczerze, chcąc zadowolić swoich rodziców, a przy tym poznać jak najwięcej dziedzin wiedzy. Medycyna, filozofia, historia, matematyka, języki obce, malarstwo, rzeźbiarstwo, a nawet teologia – poznał je wszystkie, lecz na żadnym z tych kierunków nauki nie zagrzał za długo miejsca. Już po miesiącu lub dwóch męczył go używany na uniwersytecie żargon i co i rusz egzekwowane tam poddaństwo, co z kolei owocowało zmianą obszaru nauki. Ostatecznie wyrobił on sobie opinię darmozjada, w najlepszym wypadku (choć wcale tak nie było), a w najgorszym – bezmyślnego lekkoducha, który nie miał za krzty rozumu. To, oczywiście, było zupełną nieprawdą.
Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie Marcyliusz Stripe. Starszy brat jego matki, Magdaleny Durant, otrzymał pewnego dnia list od swojej siostry, w którym prosiła, aby przyjął on pod swój dach młodego Sebastiena. Młodzieniec tułał się w tym czasie po ulicach Torevonu wykonując różne zajęcia, często uwłaczające jego, było nie było, niezgorszemu urodzeniu. Za zdobyte pieniądze sypiał w najgorszych miejscach, w które nawet absolutny margines społeczeństwa rzadko zaglądał. I chociaż większość osób niechętnie wspominałoby taki okres swojego życia, Sebastien opowiadał czasami, z pewnym rozrzewnieniem, jak to zarabiał jako pucybut, sługa w mieszczańskim domu lub posłaniec na usługach domu publicznego. W każdym razie, list od matki Duranta zawierał sformułowanie, które sprawiło że Stripe, który w normalnej sytuacji nigdy nie zgodziłby się na taki układ, dał się przekonać: „Sebastien jest bardzo bystry. Z pewnością nie będzie u ciebie mieszkał dłużej niż parę miesięcy, w którym to czasie będzie na pewno poszukiwał pracy i zapewne wróci na studia.”
Było to ponad pięć lat temu.
Szczęśliwym trafem, Durant zawitał na poczcie akurat tego dnia, kiedy przyszedł do niego list od matki. Był w nim zawarty adres Stripe'a oraz krótkie nakreślenie sylwetki wuja, o którym Sebastien wcześniej jedynie słyszał. Można więc wyobrazić sobie jego przerażenie, gdy przybył, przemoknięty do suchej nitki i w podartym w wielu miejscach ubraniu, pewnego styczniowego wieczora pod drzwi kamienicy numer 28 na Alei Mikaela Stulza, a drzwi otworzył mu potężnie zbudowany człowiek o marsowym obliczu. O tym, że ten groźny olbrzym ma w gruncie rzeczy dobre serce, choć naznaczone boleśnie doświadczeniem, miał się dopiero dowiedzieć. Choć Marcyliusz spędził większą część swojego życia na służbie wojskowej, nie był typowym, nieoczytanym i niewyedukowanym, żołdakiem. Zamiłowanie do wiedzy było podstawą dla nawiązania nici porozumienia pomiędzy tymi dwoma mężczyznami, nici, która w połączeniu z więzami krwi, okazała się być bardzo mocna.
To w bibliotece wuja, który posiadał książki na prawie każdy temat, Durant spędzał większość swojego wolnego czasu. Gdy poznał już wszystkie tytuły który posiadał Stripe, zaczął pożyczać od niego pieniądze i odwiedzał antykwariaty, księgarnie, a nawet niektórych prywatnych kolekcjonerów. W ten to sposób zdobył klasyczne wydania takich dzieł jak „O Dwunastu Jeźdźcach” pióra Tytusa Binarego, lub „Jak patrzeć, aby zobaczyć” Sareny de Zass – obie księgi były wyczerpującymi traktatami filozoficznymi na których opierały się współczesne szkoły tej nauki. Takie zakupy Stripe zawsze pochwalał, nawet jeśli uważał danego myśliciela za pomyleńca (jak to było w przypadku Binarego). Krzywo natomiast patrzył na sztuki teatralne, poezję i prozę sięgającą do dawnych tradycji. Jako człowiek twardo stąpający po ziemi był zdania, że tego typu fikcja to absolutna strata czasu i że świat należy brać takim, jakim jest, nie zaś sztucznie go komplikować.
Ale to nie przeszłość frapowała teraz Sebastiena, gdy zamykał za sobą drzwi na poddasze, choć i o niej myślał często, niemalże codziennie. Teraz zastanawiał się raczej nad tym, co będzie dzisiaj robić. Nie ma mowy, aby wybrał się drugą noc z rzędu do Powabu Wschodu – nie było go na to stać, a Zang, mimo że była jego przyjaciółką, nigdy nie udzielała kredytu. Do „Ryczącego Lwa” nie wpuszczano go od czasu burdy mającej miejsce kilka tygodni temu, z którą miał, nota bene, niewiele wspólnego. Mógł tylko liczyć na to, że na poczcie czeka na niego list zaczynający się od słów „Szanowny panie Durant, znając pańską reputację i osiągnięcia, chciałbym uprzejmie prosić o przemyślenie następującego zlecenia...”...
Zatopiony w myślach, prawie minąłby bez zwrócenia na nią nawet najmniejszej uwagi, córkę swojej kuzynki. Gdyby nie jej wesołe „Dzień dobry, wujaszku Sebastienie!”, być może nadal człapałby w kierunku schodów. Zatrzymał się, i przykucnął przy niej, tarmosząc jej złociste loki – włosy o kolorze prawdziwie rzadkim w tej rodzinie.
- Jak spałaś, moja droga? - zapytał przyjaźnie. - Czemu nie jesteś jeszcze na dole?
- Dobrze, dziękuję. - Natalie dygnęła z gracją. „Niech mnie”, pomyślał Sebastien, „ależ ta moja kuzynka ją trenuje!”. - Dziadek mnie poprosił, żebym cię pogoniła, wujaszku. Herbata stygnie, i jajka na szynce też.
- To po co po mnie wychodziłaś? Przez to oboje będzie jedli zimne.
- Ale ja już zjadłam i dlatego dziadek pozwolił mi pójść po ciebie.
- Ach, więc to tak! No dobrze, chodźmy na dół, zanim zaczną się niepokoić.
Dziewczynka wesoło zbiegła po schodach prowadzących na pierwsze piętro, a Durant ruszył za nią, starając się nadążyć. W jego stanie nie było to zbyt łatwe, tym bardziej że starał się ze wszystkich sił zamaskować, że każdy skoczny krok Natalie wywoływał u niego ból głowy, na szczęście nieporównywalny z tym, który zażegnał już tabletkami. Nim jednak zeszli na parter, gdzie czekało na niego śniadanie, dziesięciolatka zatrzymała się, tak jakby sobie coś przypomniała.
- A wujaszku?
- Tak, mała?
- A dlaczego krzyczałeś na górze?
„Niech to szlag”, przeszło mu przez myśl, „aż tak głośno się wydarłem?”
- Bo zobaczyłem takiego wielkiego, obrzydliwego, czarnego pająka...
- O fuuuj... - Sebastien wiedział, że trafił w czułe miejsce. Natalie nie znosiła pająków.
- Tak, miał takie owłosione nogi i paszczę pełną zębów... - „W sumie, to nawet niewiele zmyślam.”, pomyślał.
- Nie, nie, już nie mów, już nie chcę! - przerwała mu dziewczynka, śmiejąc się i zakrywając uszy dłońmi.
- Sama chciałaś wiedzieć. No, zmykaj na dół, bo twoja mama będzie na mnie zła.
poniedziałek, 5 października 2009
40 lat Monty Pythona...
niedziela, 4 października 2009
"Sebastien Durant", Rozdział Trzeci
Rozdział III
Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.
Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.
- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.
Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.
Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.
W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.
Godzinę później, w tym samym domu, ale na jego poddaszu, nie zaś parterze, promień światła padł na nieogoloną twarz pewnego młodzieńca, zmuszając go do przewrócenia się na bok. Dało się słyszeć bardzo niezadowolone, głośne miauknięcie, a zaraz potem okrzyk bólu i głos momentalnie przebudzonego mieszkańca trzeciego piętra.
- Ix! Szlag by cię, durny kocurze!
Czarny kot o błyskających złotych oczach usiadł na krześle i popatrzył na mężczyznę z wyrzutem, po czym zaczął lizać sobie łapę. Nie wydał się za bardzo przejęty krzywdą którą uczynił swojemu właścicielowi, ani ruganiem które otrzymał - jak to kot. Zeskoczył po chwili, podszedł do miski przy drzwiach i napił się wczorajszego mleka.
- Mam nadzieję, że skisło, przeklęty pchlarzu. - wycedził mężczyzna, zrzucając z siebie kołdrę. W głębi duszy bardzo lubił swojego kota i dbał o niego. Ten poranek nie sprzyjał po prostu grzecznościom.
Sięgnął po butelkę wody która stała przy na podłodze i pociągnął spory łyk. Wyglądał mizernie. Zaczerwienione oczy sugerowały dokładnie to, czego można by się bez kłopotu domyślić po jego oddechu – wczorajsza noc była mocno zakrapiana. Podniósł się, usiadł na brzegu łóżka i zanurzył twarz w porcelanowej misie pełnej zimnej wody stojącej na taborecie. Jego gęste, sięgające ramion włosy zamoczyły się w przejrzystej tafli, toteż gdy po chwili wzniósł głowę, oblepiły one jego policzki i czoło. Krople spadły z jego krótko przystrzyżonych wąsów i bródki, prosto na cienkie lniane kalesony, które założył wczorajszego wieczora ze względu na chłodną pogodę. Słońce znów wyszło zza chmur i posłało promienie światła prosto w jego oczy. Skulił się, ale po chwili, ponownie wyprostowany, skierował się do lustra.
- Wyglądasz jak śmierć, Sebastienie Durant. - powiedział sam do siebie. Poczuł nagły, ostry ból w czaszce, jakby ktoś właśnie wprowadził w nią metalowy szpikulec. Prawie uderzył głową w szkło, zamroczyło go i z trudem sięgnął do szuflady w szafce na której stało lustro. Trzęsącą się ręką wydobył stamtąd brązowy papierowy woreczek, a następnie wysypał kilka czarnych, owalnych tabletek na dłoń i szybko je połknął. Jedna z nich stanęła mu w gardle i zaczął kaszleć. Chcąc czym prędzej dostać się do butelki z wodą, wstał z małego krzesła na którym wcześniej siedział Ix, i potknął się o nie, po czym wywrócił się jak długi. Z podłogi wzniosła się chmura kurzu, a Sebastien zaczął czołgać się w kierunku łóżka. Sięgnął wody i, wciąż kaszląc, popił tabletkę. Kot spoglądał na to całe przedstawienie bez poruszenia, a wręcz zdawał się ostentacyjnie nie zwracać uwagi na miotającego się po pokoju młodzieńca.
Otworzyły się drzwi, w których stanął Marcyliusz Stripe, ubrany w białą koszulę i kamizelkę oraz spodnie tego samego, ciemnoszarego koloru. Spojrzał na podnoszącego się z podłogi Sebastiena i pokręcił głową z rezygnacją.
- Słychać cię było na samym dole, młody. - powiedział ostro. - Obudziłeś pewnie całą kamienicę.
- Przepraszam, wujaszku. - Sebastien zakaszlał ponownie. - Miałem ciężką noc...
- Dobrze to wiem. Myślisz że kto cię wniósł na górę?
- Potrzebowałem wnoszenia?
- Byłeś schlany w trupa. To cud że trafiłeś dłonią w dzwonek.
- Zadzwoniłem tak późno w nocy? - wydawało się, że Sebastien stał się nagle odrobinę bardziej rumiany. - Przepraszam...
- I słusznie. Bardzo mnie kusiło żeby cię zostawić na deszczu, ale stwierdziłem, że ze swoją upartością pewnie naciskałbyś dzwonek do rana. A wtedy musiałbym cię zabić.
Choć Durant wiedział, że jego wuj żartuje, każda inna osoba nie miałaby wątpliwości do prawdziwości jego słów. Poza tym, nawet mimo tej wiedzy, po plecach mężczyzny przeszedł zimny dreszcz.
- Ubieraj się i schodź na dół, robię śniadanie. Herbaty?
- Tak, chętnie. Dzięki, wuju Marcyliuszu. To z wczoraj... to się nie powtórzy.
- Bo akurat ci wierzę. - odpowiedział smutno Stripe, zamykając drzwi. Po chwili otworzyły się one jednak znowu.
- I zrób coś ze sobą. Wyglądasz jak śmierć. - Ix czmychnął przez szparę, po czym drzwi zamknęły się ponownie i dało się słyszeć kroki gospodarza na drewnianej klatce schodowej.
Durant podszedł ponownie do lustra i usiadł na taborecie. W małej umywalce po lewej stronie szafki zebrał trochę ciepłej wody i przemył porządnie twarz. Zmył za pomocą odrobiny mydła zaschnięty pot z klatki piersiowej, po czym przygotował piankę do golenia. Po nałożeniu jej pędzlem na twarz, sięgnął po brzytwę do jednej z szuflad i ogolił się, pozostawiając zarówno swój wąsik jak i bródkę. Nałożył na twarz odrobinę pudru i zaczesał włosy za uszy, tak jak dyktowała aktualna moda, chociaż wiedział, że dosłownie za paręnaście minut wrócą one do swojego zwyczajnego, nieuporządkowanego stanu. Pokropił swoje policzki tanią wodą kolońską, a następnie skierował się do szafy, w której, schludnie złożone, czekało jego ubranie. Ponieważ Sebastien nie mógł sobie przypomnieć, mimo szczerych prób, jakichkolwiek wydarzeń po wyjściu z Powabu Wschodu, swojego ulubionego lokalu, uznał że to Marcyliusz pomógł mu się rozdziać, a następnie zajął się jego ubraniem. „Doprawdy, skąd ten człowiek ma do mnie tyle zdrowia...”, pomyślał Durant, podnosząc z dna szafy koszulę z żabotem i ozdobnymi, pofalowanymi mankietami. Z wieszaka zdjął spodnie i kamizelkę, ale w momencie gdy miał je ubrać, uznał że zbyt cuchną alkoholem i dymem tytoniowym. Z braku innego ubioru, postanowił użyć perfum, których serdecznie nie znosił, ale które były na tyle mocne, aby ukryć nieprzyjemne zapachy garderoby. Po tym zabiegu, gotowy do wyjścia, wziął w dłoń swoją hebanową laskę z rzeźbioną srebrną gałką, która spędziła noc oparta o szafę.
W ostatniej chwili, już w progu, przypomniał sobie o swoim amulecie. Mimo tego, że zawsze trzymał go blisko, tym razem nie mógł go odszukać wzrokiem. Przeszukał wszystkie szuflady, ale nie było go tam. Nie znalazł też nic, poza kilkoma zmiętymi papierosami, w kieszeniach fraka wiszącego w szafie. Uklęknął więc przy łóżku i zajrzał pod nie. Tam, w otchłani złożonej z kurzu, pajęczyn i Patroni tylko wiedzą czego jeszcze, leżał jego złoty medalion. Już miał sięgnąć tam dłonią, gdy kątem oka dostrzegł coś, co napełniło go grozą. Czarny, wibrujący kształt pojawił się między łóżkiem a szafą i Sebastien był pewien, że to coś patrzyło wprost na niego. Zbyt przerażony by zwrócić w tamtą stronę wzrok, przekonany że wystarczy krótkie spojrzenie aby zła masa mroku zareagowała, zaczął powoli wstawać, ale nie zdążył nim to coś rozwarło paszczę pełną cienkich jak szpilki zębów i rzuciło się na niego. Durant krzyknął przeraźliwie i odskoczył, zasłaniając twarz ramionami, gotowy zerwać się na nogi i użyć ciężkiej laski w swojej obronie. Gdy wstał, nic jednak nie wyskoczyło spod łóżka aby go zaatakować. Ze swoją prowizoryczną bronią trzymaną w gotowości, ponownie uklęknął. Medalion wciąż tam był, nie mógł natomiast dojrzeć czarnej kuli która wcześniej sprawiła, że na jego czoło wystąpił gęsty pot. Z ulgą uznał, że było to tylko przewidzenie, rzecz, która zdarzała się dość często po wzięciu tabletek na ból głowy - a przynajmniej tych konkretnych tabletek. Ostrożnie, acz szybkim ruchem, wyciągnął swój amulet za łańcuszek i otrzepał go z kurzu. Dopiero teraz zadał sobie to elementarne pytanie – co on tam robił? Uspokoił się i postanowił, że zapyta o to swojego wuja, po śniadaniu, na które już na pewno się spóźniał. Bez zwłoki wyszedł z pokoju na schody, zamykając za sobą drzwi.
niedziela, 27 września 2009
Rozdział Drugi
Kolejna część mojej wesołej twórczości.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.
Rozdział II
Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?
Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.
Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.
Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:
TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.
- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.
Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...
Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:
Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.
Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.
Skończyłem już piąty rozdział, ale teraz może trochę zwolnić, bo zaczynam jutro uniwerek. W każdym razie, w razie czego przestanę po prostu wrzucać co tydzień.
A już w następną niedzielę poznacie głównego bohatera, a jednocześnie tytuł tej powoli się tworzącej "powieści".
Proszę o komentarze, oczywiście.
Rozdział II
Dzień wstał pochmurny, lecz zza zasłony ciężkich, ołowianych chmur wychodziły właśnie promienie słońca, bardzo jasne, jak to zazwyczaj podczas takiej pogody bywało. Jeszcze nad ranem padał deszcz – brukowane ulice były śliskie, a gdzieniegdzie wytworzyły się kałuże. Na Alei Mikaela Stulza było całkowicie pusto, ale gdyby ktoś stał tam w tym momencie, o godzinie piątej czterdzieści osiem, dnia drugiego października roku 1847, usłyszałby nieco odległy, choć zdecydowanie zbliżający się, dźwięk nadjeżdżającego roweru. To nikt inny jak Tuomas Lanniken, młody dostawca gazet pracujący dla „Haralda Melingama”, jadący aby wypełnić swój obowiązek. Wolno, prawie dostojnie, przejeżdża środkiem ulicy, z niebywałą celnością rzucając zrolowane i związane sznurkiem dzienniki prosto pod drzwi mieszkańców Alei Mikaela Stulza. Nie przejmuje się faktem, że progi są mokre i gazety zdążą zawilgnąć zanim zostaną odebrane. To za szybkość i wydajność mu płacą, nie za branie pod uwagę pogody. Nikt z zarządu gazety nigdy nie przejmował się warunkami atmosferycznymi gdy o piątej trzydzieści każdego dnia (poza niedzielą) wysyłano go na objazd. Czy deszcz, czy śnieg, czy wiatr, czy okazjonalne czyste niebo, spełniał swój obowiązek. Czego więcej można było od niego żądać?
Mimo całej swojej niedbałości o tak nieistotne szczegóły jak jakość świadczonej usługi, Tuomas zahamował jednak przed numerem 28, a jego stały klient już tam na niego czekał. Z zarzuconym na potężne ramiona płaszczem spoglądał na dostawcę, być może z sympatią, ale nie dało się tego stwierdzić na pewno, bowiem wyraz twarzy pana Marcyliusza Stripe'a był prawie zawsze taki sam – nie ukazywał żadnych uczuć. Stripe był starszym, zgorzkniałym człowiekiem, uchodzącym za pozbawionego poczucia humoru, za to o robiącej wrażenie posturze i, jak na swój wiek, muskulaturze. Odebrał od chłopaka schludnie związany pakiet czterech gazet, wręczając mu w zamian obola. Tuomas odwrócił się, rzucając nieśmiałe „Dziękuję, panie Stripe” i wsiadł na rower aby kontynuować swoją eskapadę. O próg kamienicy numer 29 uderzył z mokrym plaśnięciem „Harald Melingam”, podobnie pod drzwiami numeru 30 znalazła się lekko już zawilgnięta gazeta. Lanniken skręcił w lewo, aby dostarczyć dziennik także na pozostałych ulicach w tej okolicy. Marcyliusz już tego nie zobaczył, bowiem gdy tylko chłopak ruszył, obrócił się on i wszedł z powrotem do budynku.
Skoro jednak już o okolicy mowa, wypadałoby wspomnieć, że nie była to bardzo prestiżowa dzielnica. Ba, nie plasowała się nawet w pierwszej dwudziestce spośród 43 obszarów miejskich Torevonu! Skrzyżowanie Alei Mikaela Stulza i Alei Trzeciego Regimentu, w którą to właśnie skręcił Tuoman Lanniken, stanowiło centrum dzielnicy znanej jako Cmentarz Militarny. Nie wzięła się ona naturalnie znikąd. Dosłownie dwie przecnice od kamienicy, której właścicielem był Marcyliusz Stripe, idący Aleją Trzeciego Regimentu pieszy trafiłby na wysokie, wręcz przytłaczające, mosiężne ogrodzenie, a kawałek dalej na kamienną bramę ozdobioną figurami żołnierzy, sylwetkami armat oraz nawet statkiem powietrznym na której znalazłby tabliczkę głoszącą „Cmentarz Militarny im. Juliusza Josefa Klausenburga przy ulicy Ofiar Vermeńskich”. Nekropolia ta, będąca miejscem pochówku głównie żołnierzy oraz ich rodzin (z paroma, gigantycznymi, grobowcami przeznaczonymi dla rodzin fundatorów cmentarza), sprawiła więc, że wszystkie okoliczne budynki zdobyły przydomek „przycmentarnych”, choć tak naprawdę żaden z nich nie stykał się nawet z ogrodzeniem. Ponadto, każdemu szanującemu się dorożkarzowi w Torevonie wystarczyło rzec „Na Militarny proszę”, aby wiedział że ma się kierować do dzielnicy, nie zaś bezpośrednio na cmentarz – chyba że klient by o to poprosił, w którym to wypadku powiedziałby raczej „Na Cmentarz Militarny proszę”, dla uściślenia.
Wróćmy jednak do wnętrza kamienicy numer 28, gdzie Marcyliusz Stripe postawił właśnie wodę na palniku gazowym oraz wyjął z szuflady swój stary wojskowy nóż aby rozciąć sznurek którym spięte zostały gazety. Pociągnął za linkę przy żarówce znajdującej się nad starym, drewnianym stołem, aby lepiej widzieć w powoli rozwiewającym się półmroku. Płynnym ruchem przerwał więzy krępujące cztery sztuki „Haralda Melingama” i rozłożył jedną z nich. Z tykającego na stole zegara (wskazującego teraz piątą pięćdziesiąt pięć) zdjął okulary w drucianych oprawkach i założył je. Nagłówek pierwszej strony głosił:
TRAGEDIA!
Zmarł Oliwiusz Rocco, wielki śpiewak operowy.
- No proszę... - mruknął po nosem Marcyliusz. Zainteresowany, począł czytać dalej.
Wczorajszego wieczora, po zakończeniu Arii Uciekiniera, będącej częścią opery „Przygody Gregoriana Ceverni”, Rocco przewrócił się na scenie i upadł w orkiestrę, ku przerażeniu zgromadzonej publiczności i muzyków...
Marcyliusz zaśmiał się serdecznie, czego nie robił, jak już pisałem, za często. Nie można mu tego mieć za złe. Dla tych którzy nie widzieli tego zdarzenia na własne oczy, wizja sławnego śpiewaka spadającego prosto na wielką tubę musiała być całkiem zabawna. Szczególnie jeśli miało się tego rodzaju sztukę, lekko mówiąc, w poważaniu. Stripe kontynuował lekturę:
Nieprzytomnego artystę wyniesiono do garderoby, gdzie złożono go na łóżku. Doktor Robert John Exeter, który był jednym z gości opery, zbadał Oliwiusza Rocco i stwierdził zgon, wkrótce potwierdzony przez wezwanego telefonicznie lekarza ze Szpitala św. Florentyna. Nie ma jeszcze informacji o tym, jaka była przyczyna śmierci.
Występ ten miał być ostatnim w karierze śpiewaka, który zamierzał zająć się reżyserią tak zwanych obrazów kinematograficznych, rozwijającego się w Boenicji przemysłu rozrywkowego. Oliwiusz Rocco obchodził wczoraj swoje 45te urodziny.
Pogrzeb odbędzie się za cztery dni, tj. w piątek, szóstego października, o godzinie czwartej popołudniu na Polach Zasłużonych. Do tego czasu ciało idola będzie wystawione w budynku Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa, aby jego wierna publika mogła oddać mu ostatni hołd.
O rozwoju śledztwa, które zostanie wszczęte dzisiaj przez Inspektora Gerharda Polcotta będziemy państwa informować w kolejnych wydaniach „Haralda Melingama”.
Dalsza część artykułu składała się z komentarzy osób związanych z Oliwiuszem Rocco, a wszystkie były utrzymane w tym samym brzmieniu – padały słowa o „niepowetowanej stracie”, „okropnej tragedii” oraz „wielkiej osobistości sceny” która opuściła ten padół. Marcyliusz nie czytał dalej, gdyż czajnik zaczął gwizdać. Wstając i zalewając swoją poranną kawę, zastanawiał się, czy jest jakakolwiek szansa na to, żeby fakt, iż śledztwem zajmuje się Polcott zmusił do zbadania tej sprawy jego siostrzeńca.
czwartek, 24 września 2009
A poczta wszędzie taka sama...
Poczta Polska ma złą opinię. Złą, złą, złą. Słyszeliście o kradzieżach na poczcie? Zdarzają się - jeśli ludzie widzą, że np. w paczce są kosmetyki, do adresata często dociera pusta koperta: o ile w ogóle dociera.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
Angielska poczta jest ok - jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłem. Angielski kurier, zwany Parcelforce Worldwide, który jest częścią tej poczty, to jednak najgorsza usługa chyba na całych Wyspach.
Historia jest taka - paczka od rodziców Lin, 55kg żarcia i innych takich. Wysłana tutaj przez firmę Polską, która zaakceptowała wagę. W końcu mamy numer paczki, bo zaczęliśmy się niepokoić że nie przychodzi (kibluję w domu od początku tygodnia). Sprawdzamy... wczoraj wieczorem gotowa do dostarczenia, a dzisiaj... Wstrzymana. Co jest, do cholery? Kilka telefonów później - nadal nic. Zadzwoniłem ostatecznie na infolinię. Co się dowiaduję? Że paczka jest wstrzymana, bo muszą mieć gwarancję, że ktoś pomoże ją wnieść kurierowi, który nie może dźwigać paczek cięższych niż 30kg żeby nie uszkodzić sobie pleców. Ok, to rozumiem. Teraz czego nie rozumiem:
- dlaczego nie było żadnego powiadomienia? gdybym nie zadzwonił, paczka zostałaby zapewne odesłana w ciągu najbliższych kilku dni do Polski. Nie zastanawiam się nawet co by się stało z jedzeniem w środku.
- dlaczego zakładają, że osoba odbierająca nakaże kurierowi zanosić 55kg po schodach? Przecież ktoś to odbiera i podpisuje...
- dlaczego nie mogę ustalić z kurierem przybliżonego czasu dostawy? Jeśli jestem drugi lub trzeci na liście, wiem że przyjedzie pewnie wcześnie rano. Jeśli jestem dziesiąty albo dwudziesty, zapewne mogę trochę pospać...
- dlaczego na tych kretynów nie działa argument "W środku jest w cholerę jedzenia i im później dostarczycie tym większa szansa, że się zepsuje"?
- dlaczego Polska firma przyjmuje paczkę, której firma Angielska normalnie by nie wysyłała dalej?
Wiele innych pytań się narodziło. Dla porównania - gdy mój tata wysyła paczkę, firma polska korzysta z usług UPS. Można od początku do końca śledzić paczkę, a kurierzy często pomagają ją wnieść jeśli trzeba. I nie ma nigdy żadnych problemów. Wniosek?
Jeśli tę samą usługę wykonuje firma prywatna i firma państwowa, NIGDY nie wybierajcie usługi państwowej. Lepiej dopłacić te parę groszy i mieć mniej stresu.
Więc jutro czeka mnie wstawanie o siódmej, żeby czekać na Jaśnie Pana Kuriera, który w kilku już przypadkach nawet nie raczył użyć domofonu, tylko od razu wrzucał przez drzwi kartkę że nikogo nie zastał. Bo w końcu po co ma nosić? Jeśli zrobi to jutro, poważnie się wkurzę. W środku w końcu ponad 300 złotych różnych zapasów... A naprawdę, nie życzę sobie użerania się z pieprzonymi urzędasami którym zwisa, czy mamy jedzenie czy nie. Jeśli będę musiał jutro do nich dzwonić, zeźlę się. Będę się wydzierał i zrobię cyrk. I nic mi z tego prawdopodobnie nie przyjdzie.
Z innych ciekawostek...
Będzie część dalsza opowiadania którego pierwszy rozdział poniżej. Jestem przy pisaniu czwartego. Odcinki będą wpadać co tydzień, żeby dać mi czas na pisanie. Jeśli będę miał trudność z dotrzymaniem tego terminu, zrezygnuję z takiej metody pracy i będę wrzucał jak mnie natchnie.
Ponadto, wydałem ostatnio 10 funtów, 50 pensów na gry. Nie byle jakie!
- Command & Conquer: The First Decade, czyli kolekcja wszystkich tytułów i dodatków z serii C&C wydanych aż do 2003 roku zdaje się. 3 funty (nowiutka kopia, w sklepach taka sama, tylko że w folii, 15 funtów)
- Freedom Force, czyli zabawny i zrobiony z jajem taktyczny RPG osadzony w klimacie komiksów rodem z lat '70. 3 funty.
- Jedi Knight: Jedi Academy, czyli jedna z moich ulubionych gier. Stan płyt opłakany, ale wszystko ładnie śmiga. I wreszcie mogę pograć po sieci! 3 funty, skończone parę dni temu, ale przymierzam się do kolejnej rundki.
- No One Lives Forever 2, czyli strzelanka w klimacie filmów szpiegowskich, ze sporą dawką humoru i bardzo miłą główną bohaterką... 1.50 funta, skończone dzisiaj.
Tyle ode mnie.
niedziela, 20 września 2009
Złapałem muzę za piętę...
I wyszło takie coś. Proszę o komentarze.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
Rozdział I
Salą wstrząsnęły brawa, ale prawdziwy gwóźdź programu miał dopiero pojawić się na scenie. Różowo-niebieskie, zgrabne i skoczne baletnice weszły w kulisy w dwóch równych liniach: sześć z nich na lewo, sześć na prawo. Światło przygasło, zapaliła się za to fioletowa lampa punktowa, która oświetliła środek sceny. Oklaski ustały, a w powietrzu dało się wyczuć napięcie publiczności. Przedstawianą historię wszyscy znali – Gregorian, kochanek doskonały, uciekł w poprzednim akcie swoim prześladowcom, a teraz, po krótkim przerywniku w postaci ukazania balu na dworze księcia Manfreda, główny bohater odśpiewa tak zwaną „Arię Uciekiniera”, w której wyrazi swój ból po rozstaniu z Rosettą, swą jedyną prawdziwą ukochaną. To nie dla tej, ogranej już prawie do cna, opowieści zgromadzili się tego mglistego wieczora zwolennicy sztuki. Chodziło o aktora odgrywającego rolę Gregoriana.
Oliwiusz Rocco był niesamowicie wręcz popularny w światku opery. Obsadzenie go w głównej roli dowolnej miernej sztuki sprawiało, że nawet najbardziej surowi krytycy z poważnych gazet pokroju „Dziennika Torevońskiego” lub „Haralda Melingama” (nazwanego tak ze względu na osobę założyciela) uznawali, iż warto ją zobaczyć. Nawet żałosna, pozbawiona wszelkiego sensu i polotu „Pieśń Porannego Słowika” zaczęła otrzymywać dobre noty po tym jak zrezygnowano z większości scen na rzecz przedłużenia fragmentów śpiewanych i obsadzeniu Rocco. Dzisiejszy spektakl był jednak wyjątkowy, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, śpiewak obchodził właśnie swoje 45 urodziny. Po drugie, oficjalnie zapowiedział on, że będzie to jego ostatni występ. Nie trzeba więc chyba wspominać o tym, że wszystkie bilety zostały wyprzedane pierwszego dnia. Kolejki były tak długie, że cała ulica Czynu Sierpniowego, przy której mieścił się budynek Opery Narodowej imienia Casmirusa Clementa była wyłączona z ruchu dorożek przez parę dobrych godzin.
Oto on! W fioletowym świetle postać ubranego w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzny mogłaby budzić niepokój, może nawet przerażenie. Wszyscy jednak wiedzieli, że ten element stroju zaraz opadnie, ujawniając poranionego bohatera w, jeszcze w poprzednim akcie, pięknych szatach, teraz podartych i ubrudzonych. Tak w istocie się stało. Rocco prezentował się dokładnie tak, jak wszyscy wyobrażali sobie Gregoriana – falowane ciemnobrązowe włosy, zaczesane do tyłu, umęczone oblicze i zniszczone ubranie. Śpiewak nie wyglądał na swój wiek, choć gdyby mu się bliżej przyjrzeć, można by zauważyć że zdążył wyhodować sobie niewielki brzuszek. Ciasno zapięta kamizelka koloru cytryny, umiejętnie skrojona, ukrywała jednak ten fakt dość skutecznie.
Pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały spod sceny. Delikatne, melancholijne skrzypce zagrały uwielbiany przez publikę motyw Rosetty, a po chwili dołączyła do nich wiolonczela. Głęboki głos Oliwiusza Rocco posłał w kierunku publiczności pierwsze słowa arii...
Gdzie teraz jesteś, moja ukochana?
Przejmujący, uderzający w samo serce śpiew tenora rozszedł się echem po wielkiej sali opery. Muzyka, wciąż cicha, pozwoliła mu wybrzmieć, a aktor podjął kolejną linijkę sztuki dopiero gdy poprzednia zupełnie zanikła.
Czy tęsknisz? Czy marzysz? Czy cierpisz jak i ja?
Dało się słyszeć ciche łkanie. To jedna z co bardziej delikatnych dam właśnie zapłakała. Wraz z kolejnymi frazami do grona roniących łzy dołączało coraz więcej osób, nie tylko kobiet. Już kilku dżentelmenów sięgało po chusteczki, aby zetrzeć spływającą po policzku kroplę. Wkrótce robiła to dobra połowa sali. Muzyka nabrała na sile w drugim fragmencie arii – do skrzypiec i wiolonczelii dołączyły mroczniejsze dźwięki kontrabasu i rogu, podczas gdy Gregorian prawie wykrzykiwał grzmiącym głosem słowa skierowane do swego arcywroga – księcia Manfreda.
Czy mnie słyszysz złoczyńco? Ja wrócę i zemszczę się! Wynagrodzisz mi wszelkie krzywdy!
Wydawałoby się, że gdyby Rocco zadecydował się teraz poprowadzić publikę na dwór Mafreda, niewielu byłoby takich, którzy nie poszliby z nim – a każdy z nich przyłożyłby rękę do powalenia złego księcia. Taką właśnie władzę miał potężny śpiew aktora oraz tekst sztuki, gdy działały ramię w ramię. Bohater tego wieczoru trzymał się jednak treści opery, a więc przeszedł do trzeciej cześci arii, kończącej ją. Muzyka ponownie stała się delikatna, a słowa straciły swój gniewny impet.
Rosetto! Nic nas nie rozdzieli! Tyś zawsze w mym sercu i myślach!
I wielki finał tej części opery. Rocco zasłynął między innymi z tego, że był w stanie śpiewać ostatnie słowa arii przez ponad pół minuty, utrzymując wibrację swojego głosu dla wzmocnienia efektu. Robił to zawsze, toteż gdy tylko rozbrzmiało „I będziemy ze sobą” wszyscy wiedzieli, że długie, poruszające serce „na zawsze” jest tuż tuż. Publiczność wstała z krzeseł. Rozpoczęły się brawa, tak głośne, że ledwo było słychać instrumenty.
Owacje te jednak zamieniły się w okrzyki zdumienia i paniki, gdy po wyśpiewaniu ostatniego słowa Oliwiusz Rocco ukłonił się, po czym upadł prosto w sekcję dętą orkiestry.
------------------------------------------
Rozdział II już wkrótce.
sobota, 12 września 2009
Pusta lodówka...
No, zagapiliśmy się i nie mamy za bardzo ani pieniędzy, ani jedzenia. Coś tam jest, ale to raczej zjadanie zapasów w stylu galaretek i makaronu (broń boże nie jako jednego dania - nie jesteśmy jeszcze aż tak zdesperowani). Będzie trzeba zrobić zakupy w przyszłym tygodniu, a gotówki brak - wydatki na ten miesiąc to aktualnie u mnie 250 funtów. Muszę kupić bilet autobusowy i kartę zniżkową na pociąg, wpłacić pieniądze na konto etc... Chętnie kupiłbym sobie Chaos in the Old World, ale nie mam skąd załatwić 40 funtów.
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.


Zainteresowani? No, ja myślę...
Z innych wieści, wygrałem w losowaniu 100 złotych na zakupy w delikatesach internetowych Ziko z których robimy zakupy do paczki. Szkoda, że już po tym jak wydaliśmy tam 170 złotych na zakupy do paczki, ale z drugiej strony fajnie, bo mogliśmy wybrać dużo dobrych rzeczy na które byłoby nam żal pieniędzy. Są więc sosy, soki i inne takie. Teraz tylko musi pójść paczka...
A tu macie jeszcze bonus. Tak zwany sneak peak, czyli przedpremierowy rzut okiem na kolejny z moich planszowych projektów, pod aktualnym roboczym tytułem "Legend of the Runes". To gra kooperacyjna (2-6 graczy, choć prawdopodobnie 3-6) inspirowana mitami nordyckimi i ogólnie klimatem "wikińskim", opowiadająca o heroicznych czynach wybrańców których celem jest obudzenie śpiących bogów aby przerwać trwanie Wiecznej Zimy. To tak w skrócie. Używa bardzo ciekawego mechanizmu, o którym nic tutaj nie napiszę, tak na wszelki wypadek. No, może tyle że jeśli zastanawialiście się, skąd w moich opisach GG Runy, to teraz już wiecie.
Zainteresowani? No, ja myślę...
piątek, 4 września 2009
Poczucie straty...
Czasami to tak przychodzi. Nie wiem, czy też to macie.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
Żyjemy w czasach w których żyjemy i ciężko spekulować "co by było gdyby"... ale o ile na codzień tego nie odczuwam, to czasami mnie trafia - chyba coś utraciliśmy i tracimy. Myślę, że może to być wolność. Pomyślcie o tym ile rzeczy was ogranicza. Zabiera czas. Wyznacza ścieżki. Nie pozwala obrać własnej drogi. To kultura, to współczesny świat. Przez całe swoje życie dajemy się wciskać w te wąskie szyny i nakierowywać. Nie mamy wiele szans do podejmowania naprawdę istotnych decyzji o naszym życiu. Bo i tak wszystko sprowadza się do jednej z dwóch ścieżek - praca, albo bezrobocie.
Osobiście, czuję że ten "system", jak nazwali by go pewnie anarchiści (do których się absolutnie nie zaliczam), dusi mnie i nie daje mi się wyrwać. Takie myśli rzucają światło na np. moje studia. Po co to robię? Bo chcę, czy bo muszę? A może chcę, ale chcę pozytywnie, bez całej negatywnej odpowiedzialności która płynie z tytułu studiowania? A co z pracą? Chcę pracować, ale nie po, żeby się móc utrzymać. Chcę pracować z czystej chęci robienia czegoś istotnego. Ale nie mogę, muszę ustawić sobie priorytety. Z dwóch identycznych prac, wybiorę lepiej płatną.
To wszystko sprawia, że codzienne życie staje się takie nie do zniesienia... wszystko opiera się o pieniądze. Wszystko inne to kwestia drugorzędna. Dopiero po zaspokojeniu tej podstawowej potrzeby - potrzeby finansowej - można zacząć myśleć o życiu. O sobie. O innych. Wpadliśmy, mam wrażenie, w pułapkę z której nie ma wyjścia. No bo jak się wyrwać?
Wymeldować się i ruszyć przed siebie? Piękny pomysł, ale skąd brać jedzenie? Upolować jelenia nie upolujesz. Płacić trzeba. A więc pracować. A więc znowu - czystej wody ograniczenie twojej woli.
Wiecie, że nie jestem anarchistą. Nie nawołuję do obalenia systemu. Apeluję tylko, żeby ludzie widzieli, że ten system tam jest i starali się robić wszystko, aby nie stać się jego absolutnymi niewolnikami. Miejcie czas dla siebie. Samotnie spędzić popołudnie. Może być przy filmie lub przy książce. Może być na spacerze, lub wypłyńcie w słoneczny dzień na łódce, jeśli macie. Albo pojedźcie samochodem gdzieś gdzie wiecie że będzie cicho. I tam usiądźcie i podobnie jak ja, urońcie wewnętrznie łzę nad tym, czego nigdy nie mieliśmy i już nie będziemy mieć, ale bardzo byśmy chcieli.
Tak mi się filozoficznie zrobiło.
piątek, 28 sierpnia 2009
Krótka notka podsumowująca rok
Tak, wkrótce minie mój pierwszy rok w Anglii. Większość z was wie, że uczucia mam mocno mieszane. Ale jest to także prawie rok moich notek na tym blogu. 7 Września 2008 pojawiła się pierwsza notka. Ta będzie (wg systemu) numerem 75. To znaczy że średnio pisałem notkę co 4,8 dnia. Nieźle, ale przyznacie, że nie zachwycająco.
Nic nie poradzę, nie nadaję się do tego. Ten blog miał być dla was źródłem informacji "co u mnie" - zaoszczędzając mi nieco czasu i pisania tego samego do wielu osób. Ci z was którzy go śledzą wiedzą że różnie mi to wychodzi. Ale w końcu nie wiem ile was naprawdę jest, bo gdy prosiłem o "podpisanie się", zrobiły to cztery osoby...
W tym roku, ostrzegam, różnie może być. Czy będę uzupełniał, czy nie? Jak często? Sam nie umiem na to odpowiedzieć. Będę miał do pisania pracę licencjacką, do tego pracę z Wolf Fangiem a także zapewne nowe projekty growe i nie tylko... Poza tym od roku tak naprawdę nic się nie zmieniło:
- nadal jestem pesymistą
- nadal irytuję się ponad miarę
- nadal nie ma tutaj pracy i utrzymuje mnie tata
- nadal poszukuję graczy do swojej nieistniejącej grupy RPGowo-planszówkowej
- nadal zamierzam pracować nad swoimi projektami
- nadal mam chwile w których czuję się naprawdę wolny, ale jest ich mało i są od siebie dość oddalone...
I takie tam inne. Także - czy naprawdę jest sens informowania was o tym co ostatnio jadłem, lub w co ostatnio grałem, co ostatnio kupiłem? W końcu to nic nie znaczące, w ostatecznym rozrachunku, informacje.
No, coś z aktualności. We wtorek byłem na spacerze. Długim. Doszedłem na piechotę do zamku Upnor który znajduje się po drugiej stronie rzeki i odrobinę w górę. Razem jakieś 2 i pół godziny tam i z powrotem. To była jedna z tych chwil wolności. Szedłem w zasadzie przed siebie, za każdym wzniesieniem ustalając nowy cel. Zwiedzałem, szukałem nowych ścieżek, poznawałem stare, samotnie stałem na rozpadającym się molu przy rzece, spoglądając na Chatham Maritime... Wiele bym dał za czas i pieniądze które umożliwiłyby mi ruszenie w ten sposób przed siebie i zejście całej Anglii wzdłuż i wszerz. Bez komputera, bez komórki, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Czas na przemyślenia, poznanie siebie i odetchnięcie. No, ale nie ma na co liczyć.
Zgłosiłem się do dwóch konkursów. Jeden polegał na przetłumaczeniu opowiadania z angielskiego na polski, drugi to nagranie prologu do słuchowiska (a w zasadzie audiobooka). Dam znać jeśli coś z tego wyjdzie.
Dwa miejsca do których pisałem o pracę nie dały odpowiedzi. W zasadzie to samo mogę powiedzieć o wszystkich kontaktach z Wolf Fanga które powinienem utrzymywać. Nie idzie mi ta robota, oj nie idzie...
Na koniec dobra informacja - w ciągu ostatnich trzech dni dopracowałem, rozpisałem oraz, dzisiaj, wydrukowałem prototyp mojej kooperacyjnej gry przygodowej. Dam znać co z tego będzie - testy rozpoczynają się prawdopodobnie jutro. Do tego pozostanie mi jeszcze opracowanie dwóch lub trzech aspektów mechaniki które na razie są prawie nieruszone bo można je tylko rozpisywać drogą testowania.
Korzystam więc, można by powiedzieć. Dopóki się da.
Aha, znowu zastanawiam się nad założeniem bloga RPGowo/Planszówkowego. Wątpię żeby mi pozostało na to pary, ale cholera wie...
Nic nie poradzę, nie nadaję się do tego. Ten blog miał być dla was źródłem informacji "co u mnie" - zaoszczędzając mi nieco czasu i pisania tego samego do wielu osób. Ci z was którzy go śledzą wiedzą że różnie mi to wychodzi. Ale w końcu nie wiem ile was naprawdę jest, bo gdy prosiłem o "podpisanie się", zrobiły to cztery osoby...
W tym roku, ostrzegam, różnie może być. Czy będę uzupełniał, czy nie? Jak często? Sam nie umiem na to odpowiedzieć. Będę miał do pisania pracę licencjacką, do tego pracę z Wolf Fangiem a także zapewne nowe projekty growe i nie tylko... Poza tym od roku tak naprawdę nic się nie zmieniło:
- nadal jestem pesymistą
- nadal irytuję się ponad miarę
- nadal nie ma tutaj pracy i utrzymuje mnie tata
- nadal poszukuję graczy do swojej nieistniejącej grupy RPGowo-planszówkowej
- nadal zamierzam pracować nad swoimi projektami
- nadal mam chwile w których czuję się naprawdę wolny, ale jest ich mało i są od siebie dość oddalone...
I takie tam inne. Także - czy naprawdę jest sens informowania was o tym co ostatnio jadłem, lub w co ostatnio grałem, co ostatnio kupiłem? W końcu to nic nie znaczące, w ostatecznym rozrachunku, informacje.
No, coś z aktualności. We wtorek byłem na spacerze. Długim. Doszedłem na piechotę do zamku Upnor który znajduje się po drugiej stronie rzeki i odrobinę w górę. Razem jakieś 2 i pół godziny tam i z powrotem. To była jedna z tych chwil wolności. Szedłem w zasadzie przed siebie, za każdym wzniesieniem ustalając nowy cel. Zwiedzałem, szukałem nowych ścieżek, poznawałem stare, samotnie stałem na rozpadającym się molu przy rzece, spoglądając na Chatham Maritime... Wiele bym dał za czas i pieniądze które umożliwiłyby mi ruszenie w ten sposób przed siebie i zejście całej Anglii wzdłuż i wszerz. Bez komputera, bez komórki, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Czas na przemyślenia, poznanie siebie i odetchnięcie. No, ale nie ma na co liczyć.
Zgłosiłem się do dwóch konkursów. Jeden polegał na przetłumaczeniu opowiadania z angielskiego na polski, drugi to nagranie prologu do słuchowiska (a w zasadzie audiobooka). Dam znać jeśli coś z tego wyjdzie.
Dwa miejsca do których pisałem o pracę nie dały odpowiedzi. W zasadzie to samo mogę powiedzieć o wszystkich kontaktach z Wolf Fanga które powinienem utrzymywać. Nie idzie mi ta robota, oj nie idzie...
Na koniec dobra informacja - w ciągu ostatnich trzech dni dopracowałem, rozpisałem oraz, dzisiaj, wydrukowałem prototyp mojej kooperacyjnej gry przygodowej. Dam znać co z tego będzie - testy rozpoczynają się prawdopodobnie jutro. Do tego pozostanie mi jeszcze opracowanie dwóch lub trzech aspektów mechaniki które na razie są prawie nieruszone bo można je tylko rozpisywać drogą testowania.
Korzystam więc, można by powiedzieć. Dopóki się da.
Aha, znowu zastanawiam się nad założeniem bloga RPGowo/Planszówkowego. Wątpię żeby mi pozostało na to pary, ale cholera wie...
wtorek, 18 sierpnia 2009
Dom Marzeń...
Tia, tak się właśnie kończą spacery... Poszliśmy z Lin pozwiedzać dalej okolicę i natknęliśmy się na piękny dom. Jest cudowny - cztery piętra, duży trawnik, dwie łazienki. Kurde, czego on nie ma? Dobrego dojazdu, fakt. Trzeba by zainwestować w samochód, a zapewne dwa. Sklepów dookoła... cóż, ten sam problem rozwiązuje powyższa kwestia...
Pomyśleliśmy, że wrócimy do domu i sprawdzimy za ile go sprzedają. No i sprawdziliśmy...
Jedyne 450 tysięcy funtów. Tak, zgadza się - prawie pół miliona funtów. To jakieś 2.500.000 złotych.
Także pewnie będziemy tam spacerować i się gapić. Stronę z ofertą dodałem już do zakładek. Obejrzyjcie sobie:
http://your-move.co.uk/property-for-sale/detached-house-for-sale-borstal-road-rochester-me1-3-sale-id-527378639
A tymczasem knujemy z Lin jak założyć stronę internetową żeby potem sprzedać ją za grubą kasę.
Pomyśleliśmy, że wrócimy do domu i sprawdzimy za ile go sprzedają. No i sprawdziliśmy...
Jedyne 450 tysięcy funtów. Tak, zgadza się - prawie pół miliona funtów. To jakieś 2.500.000 złotych.
Także pewnie będziemy tam spacerować i się gapić. Stronę z ofertą dodałem już do zakładek. Obejrzyjcie sobie:
http://your-move.co.uk/property-for-sale/detached-house-for-sale-borstal-road-rochester-me1-3-sale-id-527378639
A tymczasem knujemy z Lin jak założyć stronę internetową żeby potem sprzedać ją za grubą kasę.
środa, 5 sierpnia 2009
Minusy jednopokojowego mieszkania...
Decyzja zapadła i tydzień temu zamówiłem na Amazonie podręczniki do World of Darkness oraz Vampire: The Requiem. Głównym powodem tego zakupu był fakt, że te same podręczniki zostały wydane w Polsce, a ich cena tutaj była nawet niższa niż tam. Doszedłem do wniosku, że posiadanie tych samych podręczników po Angielsku bardziej się "opłaca". Teraz powoli przegryzam się przez World of Darkness.
Byłoby szybciej i pewnie już czytałbym Requiem, gdyby nie jeden szczegół - nie potrafię czytać gdy w tle leci muzyka lub film w tym samym języku co książka. Już przy jakiejkolwiek innej "przeszkadzajce" niż muzyka bez tekstu czyta mi się trudniej. A Lin nałogowo ogląda seriale. Na dodatek angielskie.
No i mam problem, bo nie mogę czytać choć bardzo chcę. Dźwięki mnie rozpraszają, obraz odwraca uwagę. Ale z drugiej strony - nie mogę przecież zabronić Lin oglądać filmów.
Strasznie mnie to irytuje, ale nie ma z tym co zrobić. Przeprowadzić się nie przeprowadzimy póki co, a nawet jeśli zmienimy mieszkanie nie będzie nas stać na nic większego niż jeden pokój. Pisanie mojej dysertacji to będzie koszmar... Bo z pisaniem w takich warunkach idzie mi jeszcze gorzej.
Kupiłem też "Prince of the City", planszówkę osadzoną w klimacie Wampira: Requiem. Nie robiłbym tego, bo słyszałem różne opinie, ale gra wyszła z druku i nie chciałem ryzykować że kiedy już się zdecyduję, nie będę mógł nigdzie znaleźć kopii która nie byłaby z drugiej ręki...
W najbliższym czasie wychodzi jeszcze kilka gier planszowych które chciałbym kupić, ale jeśli nie zarobię na nie (a nie zapowiada się na to), to kupię je zapewne dopiero w grudniu lub w następnym roku.
Byłoby szybciej i pewnie już czytałbym Requiem, gdyby nie jeden szczegół - nie potrafię czytać gdy w tle leci muzyka lub film w tym samym języku co książka. Już przy jakiejkolwiek innej "przeszkadzajce" niż muzyka bez tekstu czyta mi się trudniej. A Lin nałogowo ogląda seriale. Na dodatek angielskie.
No i mam problem, bo nie mogę czytać choć bardzo chcę. Dźwięki mnie rozpraszają, obraz odwraca uwagę. Ale z drugiej strony - nie mogę przecież zabronić Lin oglądać filmów.
Strasznie mnie to irytuje, ale nie ma z tym co zrobić. Przeprowadzić się nie przeprowadzimy póki co, a nawet jeśli zmienimy mieszkanie nie będzie nas stać na nic większego niż jeden pokój. Pisanie mojej dysertacji to będzie koszmar... Bo z pisaniem w takich warunkach idzie mi jeszcze gorzej.
Kupiłem też "Prince of the City", planszówkę osadzoną w klimacie Wampira: Requiem. Nie robiłbym tego, bo słyszałem różne opinie, ale gra wyszła z druku i nie chciałem ryzykować że kiedy już się zdecyduję, nie będę mógł nigdzie znaleźć kopii która nie byłaby z drugiej ręki...
W najbliższym czasie wychodzi jeszcze kilka gier planszowych które chciałbym kupić, ale jeśli nie zarobię na nie (a nie zapowiada się na to), to kupię je zapewne dopiero w grudniu lub w następnym roku.
niedziela, 26 lipca 2009
No i Anglia...
"Ano, wróciłem!" cytując pewną postać z pewnej książki. Jestem tutaj od środy, ale dopiero teraz byłem w stanie się przymusić żeby coś napisać. Wspominałem już, że coraz trudniej mi się tutaj pisze?
Pobyt był krótki, ale stosunkowo przyjemny, szczególnie końcówka. Dwa dni spędzone na Planszówkach to dokładnie to, co Krzysie lubią najbardziej. Aż żal, że nie było trzech takich dni, bo biedny Senji i Fire and Axe pozostały niegrane... Cóż, bywa.
Podróż w obydwie strony byłaby przyjemna, gdyby nie jeden fakt - drące paszczę dzieci. Przysięgam, że jeśli któraś z linii lotniczych wprowadzi ze wszech miar słuszny zakaz przewozu dzieci poniżej piątego roku życia, nawet kosztem zwiększonej ceny lotu, momentalnie się na nie przerzucę. Świdrujący uszy krzyk z każdej możliwej strony samolotu, a jak ma się szczęście, to i z siedzenia obok, potrafi sprawić że gotuje się krew i budzą się mordercze instynkta...
Korzystając z okazji, dziękuję wszystkim z którymi udało mi się spotkać i mam nadzieję że te spotkania cieszyły ich przynajmniej tak bardzo jak mnie.
Będąc tutaj osiągnąłem następujące rzeczy:
- przeczytałem "Barsawię", dodatek do Earthdawna. Jestem odrobinę zawiedziony: część informacji była już w innych dodatkach, tych których nie było jest jak na mój gust za mało, a do tego masa informacji wciśniętych na siłę (osiem nowych stworów, z których tylko jeden jest niezły, a reszta albo przeciętna albo absurdalna). Dobrze że nie kupiłem te 10 lat temu gdy inwestowałem w inne podręczniki. Kosztował wtedy fortunę, jak na to co sobą prezentuje.
- odkryliśmy z Lin nowe bardzo ładne miejsce spacerowe i kilka domów w których chętnie byśmy zamieszkali. Są po prostu śliczne. I ta lokalizacja...
- gramy w Experience 112, bardzo ciekawą grę przygodową. Wciągnęła nas, ale nie gramy za dużo, bo jednak jest odrobinę męcząca.
- ja gram w American McGee's Alice oraz w Longest Journey. W tej drugiej niestety krzaczy mi wręcz niesamowicie dźwięk - nie mam pojęcia dlaczego.
- skończyliśmy oglądać drugi sezon Twin Peaks. Cóż, spadek formy widoczny, ale wciąż było ciekawie. Końcówka jest dziwna. Nie będę spoilował, ale rozumiem dlaczego można się na niej zawieść.
- oglądam w raz z Lin Stargate: Atlantis. Wiem, że narażę się fanom, ale ot, taka papka. Ogląda się nad wyraz dobrze, ale głębi to nie ma żadnej - coś jak stare "Herkules" oraz "Xena: Wojownicza Księżniczka". Zabijacz czasu, częściowo do bólu przewidywalny.
Na zakończenie mała prośba. Lin obchodzi dzisiaj urodziny. Jeśli ktoś z was przeczyta tę notkę dzisiaj, wskakujcie na http://leaf-lin.blogspot.com/ i zostawcie jej komentarz :)
Pobyt był krótki, ale stosunkowo przyjemny, szczególnie końcówka. Dwa dni spędzone na Planszówkach to dokładnie to, co Krzysie lubią najbardziej. Aż żal, że nie było trzech takich dni, bo biedny Senji i Fire and Axe pozostały niegrane... Cóż, bywa.
Podróż w obydwie strony byłaby przyjemna, gdyby nie jeden fakt - drące paszczę dzieci. Przysięgam, że jeśli któraś z linii lotniczych wprowadzi ze wszech miar słuszny zakaz przewozu dzieci poniżej piątego roku życia, nawet kosztem zwiększonej ceny lotu, momentalnie się na nie przerzucę. Świdrujący uszy krzyk z każdej możliwej strony samolotu, a jak ma się szczęście, to i z siedzenia obok, potrafi sprawić że gotuje się krew i budzą się mordercze instynkta...
Korzystając z okazji, dziękuję wszystkim z którymi udało mi się spotkać i mam nadzieję że te spotkania cieszyły ich przynajmniej tak bardzo jak mnie.
Będąc tutaj osiągnąłem następujące rzeczy:
- przeczytałem "Barsawię", dodatek do Earthdawna. Jestem odrobinę zawiedziony: część informacji była już w innych dodatkach, tych których nie było jest jak na mój gust za mało, a do tego masa informacji wciśniętych na siłę (osiem nowych stworów, z których tylko jeden jest niezły, a reszta albo przeciętna albo absurdalna). Dobrze że nie kupiłem te 10 lat temu gdy inwestowałem w inne podręczniki. Kosztował wtedy fortunę, jak na to co sobą prezentuje.
- odkryliśmy z Lin nowe bardzo ładne miejsce spacerowe i kilka domów w których chętnie byśmy zamieszkali. Są po prostu śliczne. I ta lokalizacja...
- gramy w Experience 112, bardzo ciekawą grę przygodową. Wciągnęła nas, ale nie gramy za dużo, bo jednak jest odrobinę męcząca.
- ja gram w American McGee's Alice oraz w Longest Journey. W tej drugiej niestety krzaczy mi wręcz niesamowicie dźwięk - nie mam pojęcia dlaczego.
- skończyliśmy oglądać drugi sezon Twin Peaks. Cóż, spadek formy widoczny, ale wciąż było ciekawie. Końcówka jest dziwna. Nie będę spoilował, ale rozumiem dlaczego można się na niej zawieść.
- oglądam w raz z Lin Stargate: Atlantis. Wiem, że narażę się fanom, ale ot, taka papka. Ogląda się nad wyraz dobrze, ale głębi to nie ma żadnej - coś jak stare "Herkules" oraz "Xena: Wojownicza Księżniczka". Zabijacz czasu, częściowo do bólu przewidywalny.
Na zakończenie mała prośba. Lin obchodzi dzisiaj urodziny. Jeśli ktoś z was przeczyta tę notkę dzisiaj, wskakujcie na http://leaf-lin.blogspot.com/ i zostawcie jej komentarz :)
niedziela, 5 lipca 2009
Powrót Kristofa
We wtorek, jak niektórzy z was wiedzą, wyjeżdżam z Rochester żeby tego samego dnia (lub w początkach Środy) dotrzeć na Luton. Stamtąd, o 8.10 rano wylatujemy z Lin do Katowic. W Polsce jestem dwa tygodnie. Stąd też dzisiaj robimy wielką akcję sprzątania - będzie mycie podłóg, kuchenki, zlewu oraz wanny. Edward trafia do naszych gospodarzy - mam nadzieję że nie znienawidzą nas po tym, bo wydaje się że ten chomik głupieje z wiekiem. I wytwarza coraz to większe ilości "produktów ubocznych".
Do Polski biorę ze sobą masę gier komputerowych w które już nie gram albo które nie chodzą na moim laptopie (niech żyje Vista! A jej twórcy niech żyją NIE), bo tutaj tylko zajmują miejsce na półce. Biorę też kilka gier planszowych, ale ostatecznie zdecydowałem, że bez pudełek. Oznacza to tyle, że cały plecak będę miał wypełniony woreczkami foliowymi z kartami, figurkami, żetonami i innymi elementami moich planszówek. Miałem brać tylko dwa lub trzy tytuły, ale ostatecznie stanęło na czterech/pięciu: Fire and Axe - A Viking Saga, Senji, Last Night on Earth + Growing Hunger oraz A Touch of Evil. Miałem ochotę wziąć Starcrafta, ale transport nie robi dobrze figurkom, a poza tym nie miałbym chyba odpowiednich osób do tego, cięższego jednak, tytułu. Może następnym razem (tj. w grudniu).
Z innych wieści - grzejnik jednak nie został naprawiony. Nadal rozgrzewa się w losowych momentach do wysokich temperatur. Co prawda mamy gorącą wodę, ale problem polega na tym, że mamy TYLKO gorącą wodę, którą trzeba na dodatek włączyć w odpowiednio silnym strumieniu, bo inaczej grzejnik w ogóle się nie włącza. Oznacza to także że przy odkręcaniu kurka z zimną wodą, automatycznie się on wyłącza - nie ma więc nawet możliwości regulacji. Jutro zanoszę do gospodarzy Edwarda, więc przy okazji wspomnę o tym i prawdopodobnie skończy się na tym, że zostawię im zestaw kluczy do mieszkania i poproszę żeby wymienili boiler pod naszą nieobecność.
To tyle póki co. Ponieważ wyjeżdżam, nie spodziewajcie się aktualizacji w najbliższych dwóch tygodniach. Jeśli znajdzie się coś ciekawego o czym będzie można napisać, tak zrobię - ale jako że mam w planach głównie relaks i mniejsze lub większe nieróbstwo oraz korzystanie z NORMALNEGO komputera (czyt. takiego na którym wszystko działa i który nie wiesza się z losowych powodów oraz nie przegrzewa się po dwóch godzinach użytkowania), to prawdopodobnie nawet nie będzie mi się chciało pisać.
Do Polski biorę ze sobą masę gier komputerowych w które już nie gram albo które nie chodzą na moim laptopie (niech żyje Vista! A jej twórcy niech żyją NIE), bo tutaj tylko zajmują miejsce na półce. Biorę też kilka gier planszowych, ale ostatecznie zdecydowałem, że bez pudełek. Oznacza to tyle, że cały plecak będę miał wypełniony woreczkami foliowymi z kartami, figurkami, żetonami i innymi elementami moich planszówek. Miałem brać tylko dwa lub trzy tytuły, ale ostatecznie stanęło na czterech/pięciu: Fire and Axe - A Viking Saga, Senji, Last Night on Earth + Growing Hunger oraz A Touch of Evil. Miałem ochotę wziąć Starcrafta, ale transport nie robi dobrze figurkom, a poza tym nie miałbym chyba odpowiednich osób do tego, cięższego jednak, tytułu. Może następnym razem (tj. w grudniu).
Z innych wieści - grzejnik jednak nie został naprawiony. Nadal rozgrzewa się w losowych momentach do wysokich temperatur. Co prawda mamy gorącą wodę, ale problem polega na tym, że mamy TYLKO gorącą wodę, którą trzeba na dodatek włączyć w odpowiednio silnym strumieniu, bo inaczej grzejnik w ogóle się nie włącza. Oznacza to także że przy odkręcaniu kurka z zimną wodą, automatycznie się on wyłącza - nie ma więc nawet możliwości regulacji. Jutro zanoszę do gospodarzy Edwarda, więc przy okazji wspomnę o tym i prawdopodobnie skończy się na tym, że zostawię im zestaw kluczy do mieszkania i poproszę żeby wymienili boiler pod naszą nieobecność.
To tyle póki co. Ponieważ wyjeżdżam, nie spodziewajcie się aktualizacji w najbliższych dwóch tygodniach. Jeśli znajdzie się coś ciekawego o czym będzie można napisać, tak zrobię - ale jako że mam w planach głównie relaks i mniejsze lub większe nieróbstwo oraz korzystanie z NORMALNEGO komputera (czyt. takiego na którym wszystko działa i który nie wiesza się z losowych powodów oraz nie przegrzewa się po dwóch godzinach użytkowania), to prawdopodobnie nawet nie będzie mi się chciało pisać.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Wyniki końcowe
Otrzymałem dzisiaj pocztą wyniki końcowe moich kursów w tym roku. Oto one:
English Language in the Media: 68%, Egzamin: 61%, Średnia ważona: 66%
(zadowolony i w zasadzie zgodnie z wiedzą i umiejętnościami)
Language in Literature I: 67% (ocena jeszcze z pierwszego semestru,
bez egzaminu)
Language in Literature II: 64%, Egzamin: 41%, Średnia ważona: 53%
(zawiedziony, ale egzamin poszedł mi beznadziejnie - zdany na styk,
więc rozumiem ocenę)
English Through the Ages: 59% (bez egzaminu, zadowolony)
Writing in the Media: 63% (bez egzaminu, same prace pisemne - odrobinę
zawiedziony, ale akceptowalnie)
Contemporary International Relations Theory: 66%, Egzamin: 55%,
Średnia ważona: 61% (zadowolony, oceniają prace BARDZO liberalnie. W
Polsce nie zdałbym egzaminu po napisaniu tego co tutaj)
Politics in Western European States: 60%, Egzamin: 52%, Średnia
Ważona: 56% (w zasadzie zadowolony, nie liczyłem na taki wynik,
ponownie wniosek że oceniają dość pobłażliwie)
Średnia wszystkich ocen końcowych: 60% (odpowiednik 4 z małym plusem)
Także nieźle chyba.
A poza tym mamy już ciepłą wodę. Tylko że się zrobiło gorąco i nam grzeje, bo mamy kiepską lokację mieszkania pod tym względem - szybko się nagrzewa.
Z innych wieści - dotarło Last Night on Earth. Jesteśmy z Lin po 13 grach, na razie wybitnie mi nie idzie grając bohaterami. Mam nadzieję że to się zmieni, bo chwilowo mam mocno mieszane uczucia co do tej gry, mam wrażenie że jest zbyt mocno losowa i ma kłopoty z równowagą. Ludzie na BGG twierdzą inaczej, co sprawia że najbliższe gry będę analizował krok po kroku, żeby zobaczyć co robię źle. Obawiam się jednak, że to po prostu mój pech w kościach psuje ten tytuł.
English Language in the Media: 68%, Egzamin: 61%, Średnia ważona: 66%
(zadowolony i w zasadzie zgodnie z wiedzą i umiejętnościami)
Language in Literature I: 67% (ocena jeszcze z pierwszego semestru,
bez egzaminu)
Language in Literature II: 64%, Egzamin: 41%, Średnia ważona: 53%
(zawiedziony, ale egzamin poszedł mi beznadziejnie - zdany na styk,
więc rozumiem ocenę)
English Through the Ages: 59% (bez egzaminu, zadowolony)
Writing in the Media: 63% (bez egzaminu, same prace pisemne - odrobinę
zawiedziony, ale akceptowalnie)
Contemporary International Relations Theory: 66%, Egzamin: 55%,
Średnia ważona: 61% (zadowolony, oceniają prace BARDZO liberalnie. W
Polsce nie zdałbym egzaminu po napisaniu tego co tutaj)
Politics in Western European States: 60%, Egzamin: 52%, Średnia
Ważona: 56% (w zasadzie zadowolony, nie liczyłem na taki wynik,
ponownie wniosek że oceniają dość pobłażliwie)
Średnia wszystkich ocen końcowych: 60% (odpowiednik 4 z małym plusem)
Także nieźle chyba.
A poza tym mamy już ciepłą wodę. Tylko że się zrobiło gorąco i nam grzeje, bo mamy kiepską lokację mieszkania pod tym względem - szybko się nagrzewa.
Z innych wieści - dotarło Last Night on Earth. Jesteśmy z Lin po 13 grach, na razie wybitnie mi nie idzie grając bohaterami. Mam nadzieję że to się zmieni, bo chwilowo mam mocno mieszane uczucia co do tej gry, mam wrażenie że jest zbyt mocno losowa i ma kłopoty z równowagą. Ludzie na BGG twierdzą inaczej, co sprawia że najbliższe gry będę analizował krok po kroku, żeby zobaczyć co robię źle. Obawiam się jednak, że to po prostu mój pech w kościach psuje ten tytuł.
środa, 24 czerwca 2009
Zagadka
Dobra, macie następującą sytuację: w naszym mieszkaniu, o czym już chyba pisałem, mamy notoryczne kłopoty z ogrzewaniem. Albo za gorąco, albo za zimno, ustawić się nie da, na dodatek zdobycie ciepłej wody (o gorącej nie wspominając) graniczy z cudem.
Dzisiaj rano, dosłownie przed 30 minutami, kąpała się Lin. Miała gorącą wodę, tak że aż się dymiło. Zostawiła ją włączoną, po czym ja poszedłem się myć. Co poszło nie tak?
Oczywiście w momencie gdy wszedłem po prysznic, grzejnik się wyłączył, dając mi jakiś 10-15 sekund ciepłej wody.
Przed chwilą udało się znowu zrobić ciepłą, dzięki czemu się umyłem (w tym mieszkaniu to nie lada osiągnięcie!), ale pozostaje pytanie, które mnie dręczy - dlaczego wszystkie siły tego świata mnie nienawidzą? Te rzeczy dzieją się ZAWSZE mnie, w zasadzie za KAŻDYM razem.
A'propo tego samego: dobrą wieścią jest, że wczoraj odebraliśmy Last Night on Earth z poczty. Zagraliśmy cztery razy - jest fajne. Jaki jest minus tej sytuacji? Moje rzuty w jakichś 70% nie mają sensu. Oblewam testy, nie trafiam, przegrywam walki... Standard niby, ale ja wciąż czekam na ten szczęśliwy dzień kiedy, chociaż na jedną rozgrywkę, kości mi dopiszą...
Tyle narzekania na dziś. Chyba że wieczorem znowu nie będę miał wody. Tak przy okazji - nie golę się też, bo bez ciepłej wody to byłoby samobójstwo. Swędzi mnie.
Dzisiaj rano, dosłownie przed 30 minutami, kąpała się Lin. Miała gorącą wodę, tak że aż się dymiło. Zostawiła ją włączoną, po czym ja poszedłem się myć. Co poszło nie tak?
Oczywiście w momencie gdy wszedłem po prysznic, grzejnik się wyłączył, dając mi jakiś 10-15 sekund ciepłej wody.
Przed chwilą udało się znowu zrobić ciepłą, dzięki czemu się umyłem (w tym mieszkaniu to nie lada osiągnięcie!), ale pozostaje pytanie, które mnie dręczy - dlaczego wszystkie siły tego świata mnie nienawidzą? Te rzeczy dzieją się ZAWSZE mnie, w zasadzie za KAŻDYM razem.
A'propo tego samego: dobrą wieścią jest, że wczoraj odebraliśmy Last Night on Earth z poczty. Zagraliśmy cztery razy - jest fajne. Jaki jest minus tej sytuacji? Moje rzuty w jakichś 70% nie mają sensu. Oblewam testy, nie trafiam, przegrywam walki... Standard niby, ale ja wciąż czekam na ten szczęśliwy dzień kiedy, chociaż na jedną rozgrywkę, kości mi dopiszą...
Tyle narzekania na dziś. Chyba że wieczorem znowu nie będę miał wody. Tak przy okazji - nie golę się też, bo bez ciepłej wody to byłoby samobójstwo. Swędzi mnie.
niedziela, 21 czerwca 2009
Brawo, Krzysiu...
Dałem ostatnio świetny przykład mojego zwyczajowego zamotania.
Na High Street w Chatham otworzył się nowy sklep z grami komputerowymi, muzyką i takimi tam - specjalizujący się w 100% w produktach z second-handu, a więc cenowo dość przystępny. W czwartek, wracając z Canterbury gdzie byłem na lekcji z Kamfwą, musiałem zawadzić o tę okolicę, żeby wpłacić sobie pieniądze na konto. Przy okazji stwierdziłem że rzucę okiem na ten sklep. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kamfwa zapłaciła mi tego dnia za lekcje - byłem do przodu 16 funtów...
Więc oczywiście kupiłem sobie trzy gry, za łączną sumę 11 funtów. The Movies (w które gramy z Lin prawie bez przerwy od trzech dni i zainwestujemy w dodatek), Mechwarrior 4: Vengeance + dodatek (i nawet dostałem wraz z tymi grami Motorcross Madness, z jakiegoś powodu) oraz... Rome Total War: Alexander. Żebyście zrozumieli o co chodzi z moim zamotaniem, oto trochę tła.
Alexander jest dodatkiem do Rome: Total War, który nie wyszedł w Polsce osobno. Był on jedynie częścią pakietu Rome: Total War - Złota Edycja, który zawiera w sobie grę podstawową oraz jeszcze dodatek Barbarian Invasion. Nie kupiłem go, ponieważ nim wyszedł, zainwestowałem już (za dość duże pieniądze) w Barbarian Invasion, a podstawkę miałem w zasadzie prawie od dnia premiery. A teraz, pomyślałem, jest świetna okazja żeby kupić dodatek solo!
Dopiero wczoraj to do mnie dotarło. Patrzyłem sobie na wieżyczkę z gier które zabieram do Polski (albo ponieważ zajmują miejsce i się kurzą, albo dlatego że tutaj nie działają, albo chcę je komuś pożyczyć), i sobie uświadomiłem jak głupi był zakup "Alexandra".
Ta gra jest wersją angielską. Obydwie moje wersje kupione w Polsce są polskie.
Innymi słowy, jest bardzo duża szansa, że gra po prostu się nie zainstaluje, bo jest to dodatek wymagający wersji podstawowej, nie samodzielny. Wychodzi na to, że będę musiał zainwestować w wersję angielską podstawki...
Ech, jeszcze trochę o grach. Motto na dzisiaj: "Tyle gier, a tak mało kasy (i na dodatek laptop na którym mało co chodzi)". Moja aktualna lista gier w które chciałbym zagrać liczy przynajmniej 20 pozycji. Jeśli dodać do tego gry w które już grałem, ale chciałbym posiadać wersję oryginalną, a nie pirata, to spokojnie robi się z tego 30 tytułów. Na szczęście spora ich liczba to rzeczy raczej nieobowiązkowe - lista "must have" zawiera się w 10 grach: nie cierpię więc aż tak bardzo. Co nie zmienia faktu, że zazdroszczę ludziom takim jak Stuart - jeśli on zobaczy coś, co mu się podoba, po prostu to kupuje. Ma masę planszówek, filmów, gadżetów - i nie wygląda na to, żeby bardzo odczuwał ciągłe wydawanie pieniędzy...
Pieniądze szczęścia na dają, ale są dość przydatne do poprawiania sobie humoru.
Na High Street w Chatham otworzył się nowy sklep z grami komputerowymi, muzyką i takimi tam - specjalizujący się w 100% w produktach z second-handu, a więc cenowo dość przystępny. W czwartek, wracając z Canterbury gdzie byłem na lekcji z Kamfwą, musiałem zawadzić o tę okolicę, żeby wpłacić sobie pieniądze na konto. Przy okazji stwierdziłem że rzucę okiem na ten sklep. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kamfwa zapłaciła mi tego dnia za lekcje - byłem do przodu 16 funtów...
Więc oczywiście kupiłem sobie trzy gry, za łączną sumę 11 funtów. The Movies (w które gramy z Lin prawie bez przerwy od trzech dni i zainwestujemy w dodatek), Mechwarrior 4: Vengeance + dodatek (i nawet dostałem wraz z tymi grami Motorcross Madness, z jakiegoś powodu) oraz... Rome Total War: Alexander. Żebyście zrozumieli o co chodzi z moim zamotaniem, oto trochę tła.
Alexander jest dodatkiem do Rome: Total War, który nie wyszedł w Polsce osobno. Był on jedynie częścią pakietu Rome: Total War - Złota Edycja, który zawiera w sobie grę podstawową oraz jeszcze dodatek Barbarian Invasion. Nie kupiłem go, ponieważ nim wyszedł, zainwestowałem już (za dość duże pieniądze) w Barbarian Invasion, a podstawkę miałem w zasadzie prawie od dnia premiery. A teraz, pomyślałem, jest świetna okazja żeby kupić dodatek solo!
Dopiero wczoraj to do mnie dotarło. Patrzyłem sobie na wieżyczkę z gier które zabieram do Polski (albo ponieważ zajmują miejsce i się kurzą, albo dlatego że tutaj nie działają, albo chcę je komuś pożyczyć), i sobie uświadomiłem jak głupi był zakup "Alexandra".
Ta gra jest wersją angielską. Obydwie moje wersje kupione w Polsce są polskie.
Innymi słowy, jest bardzo duża szansa, że gra po prostu się nie zainstaluje, bo jest to dodatek wymagający wersji podstawowej, nie samodzielny. Wychodzi na to, że będę musiał zainwestować w wersję angielską podstawki...
Ech, jeszcze trochę o grach. Motto na dzisiaj: "Tyle gier, a tak mało kasy (i na dodatek laptop na którym mało co chodzi)". Moja aktualna lista gier w które chciałbym zagrać liczy przynajmniej 20 pozycji. Jeśli dodać do tego gry w które już grałem, ale chciałbym posiadać wersję oryginalną, a nie pirata, to spokojnie robi się z tego 30 tytułów. Na szczęście spora ich liczba to rzeczy raczej nieobowiązkowe - lista "must have" zawiera się w 10 grach: nie cierpię więc aż tak bardzo. Co nie zmienia faktu, że zazdroszczę ludziom takim jak Stuart - jeśli on zobaczy coś, co mu się podoba, po prostu to kupuje. Ma masę planszówek, filmów, gadżetów - i nie wygląda na to, żeby bardzo odczuwał ciągłe wydawanie pieniędzy...
Pieniądze szczęścia na dają, ale są dość przydatne do poprawiania sobie humoru.
wtorek, 16 czerwca 2009
Kolejna dawka przemyśleń
Cóż, w ramach powrotu do hobby, o którym pisałem niżej, zarejestrowałem się na forum Earthdawn.pl. Póki co napisałem tam trochę postów, ale wychodzi jedna prawidłowość: mam chyba bardzo specyficzne podejście do RPG. W zasadzie nie zgadzam się na tym forum z nikim, a moje posty są raczej krytykowane. Przyznam, że nie bardzo, ale jednak czuć że nie ma zgody z moimi stwierdzeniami.
Z jednej strony mnie to nie dziwi. Tak, mam specyficzne podejście i zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony - zawiodłem się. Wydawało mi się, że ludzie na tym forum będą bardziej... bo ja wiem? "Zaawansowani"? To okropne, że znają wszystkie możliwe podręczniki do Earthdawna i tłumaczą je na Polski, ale przy tym używają ich wszystkich i dyskutują o rzeczach o których ja nawet nie wiedziałem, że istnieją! Innymi słowy - nie pasuję tam. Moje członkowstwo nie będzie zapewne zbyt długie. Usunę swoje konto w momencie gdy zaczną się potyczki słowne. Mam dość tego typu sprzeczek na Bestiariuszu i BoardGame Geeku. Na Earthdawn.pl liczyłem na spokój i ciekawą dyskusję.
To sprawia że zastanawiam się nad odpaleniem drugiego Bloga, skupionego na rozmyślaniach RPGowych. Wątpie, żeby ktoś to czytał i zapewne sprowokuje to jakieś chore flame wary... ale może się namyślę. Fajnie by było gdyby ktoś się ze mną zgadzał, albo chociaż przemyślał parę tematów które chciałbym poruszyć.
Mam nastrój na narzekanie. Czas to przyznać - dla was, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, może być to odrobinę szokujące, ale... ja bardzo nie lubię ludzi. Gardzę nimi. Niektórymi osobiście, ale ogólnie nie przepadam za "nami". Gdy widzę te wszystkie pierdoły i syf który ma miejsce na okrągło, potyczki, żerowanie na durnocie i czystej wody głupotę, po prostu ręce mi opadają. Odzywają się moje marzenia - chcę dom z dala od ludzi, na uboczu, bez sąsiadów, z dużą działką. Tam chcę mieć altankę z dala od zgiełku, a w altance chce czytać książki i mieć wygodną kanapę i spać na świeżym powietrzu. Chcę tam grać w planszówki z tymi "wybrańcami", których zapraszałbym do siebie i chętnie ich widział. I chcę kuźni, nauczyć się kowalstwa i wyrabiać broń i inne rzeczy. Z dala od ludzi, samotnie, z dala od zmartwień.
No, nieważne. Nie będę się rozpisywał. Na koniec jedna prośba: proszę każdego kto przeczytał tego posta o zostawienie pod nim komentarza. Chcę wiedzieć ile z was czyta te moje wypociny regularnie.
Z jednej strony mnie to nie dziwi. Tak, mam specyficzne podejście i zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony - zawiodłem się. Wydawało mi się, że ludzie na tym forum będą bardziej... bo ja wiem? "Zaawansowani"? To okropne, że znają wszystkie możliwe podręczniki do Earthdawna i tłumaczą je na Polski, ale przy tym używają ich wszystkich i dyskutują o rzeczach o których ja nawet nie wiedziałem, że istnieją! Innymi słowy - nie pasuję tam. Moje członkowstwo nie będzie zapewne zbyt długie. Usunę swoje konto w momencie gdy zaczną się potyczki słowne. Mam dość tego typu sprzeczek na Bestiariuszu i BoardGame Geeku. Na Earthdawn.pl liczyłem na spokój i ciekawą dyskusję.
To sprawia że zastanawiam się nad odpaleniem drugiego Bloga, skupionego na rozmyślaniach RPGowych. Wątpie, żeby ktoś to czytał i zapewne sprowokuje to jakieś chore flame wary... ale może się namyślę. Fajnie by było gdyby ktoś się ze mną zgadzał, albo chociaż przemyślał parę tematów które chciałbym poruszyć.
Mam nastrój na narzekanie. Czas to przyznać - dla was, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, może być to odrobinę szokujące, ale... ja bardzo nie lubię ludzi. Gardzę nimi. Niektórymi osobiście, ale ogólnie nie przepadam za "nami". Gdy widzę te wszystkie pierdoły i syf który ma miejsce na okrągło, potyczki, żerowanie na durnocie i czystej wody głupotę, po prostu ręce mi opadają. Odzywają się moje marzenia - chcę dom z dala od ludzi, na uboczu, bez sąsiadów, z dużą działką. Tam chcę mieć altankę z dala od zgiełku, a w altance chce czytać książki i mieć wygodną kanapę i spać na świeżym powietrzu. Chcę tam grać w planszówki z tymi "wybrańcami", których zapraszałbym do siebie i chętnie ich widział. I chcę kuźni, nauczyć się kowalstwa i wyrabiać broń i inne rzeczy. Z dala od ludzi, samotnie, z dala od zmartwień.
No, nieważne. Nie będę się rozpisywał. Na koniec jedna prośba: proszę każdego kto przeczytał tego posta o zostawienie pod nim komentarza. Chcę wiedzieć ile z was czyta te moje wypociny regularnie.
środa, 10 czerwca 2009
Melancholia RPGowa
Trafia mnie to od czasu do czasu, zazwyczaj gdy przeczytam o czymś związanym z tematem. Tym razem było to całkowicie przypadkowe zauważenie, że oto wychodzi trzecia edycja jednego z moich ulubionych systemów – Earthdawna. Dla nie zaznajomionych z tematem: system ten był wydawany przez Maga mniej więcej do 2003 roku. Druga edycja ujrzała światło dzienne bodajże w 2004 lub 2005 i nie została wydana po Polsku. O ile mnie pamięć nie myli nigdy nie widziałem na własne oczy podręcznika głównego do tej edycji. A teraz, trzecia...
Przyjeżdżając tutaj wziąłem ze sobą moje kostki. Mam ich trzy opakowania – w skórzanym kubku od Q-Workshop mam trzy zestawy: mój najstarszy, pomarańczowy; czarny z czerwonymi liczbami; oraz czarny z żółtymi liczbami, runiczny. Do tego kilka pojedynczych kostek, głównie z Q-Workshop. Drugim pojemnikiem jest sakiewka, w której znajduje się ciemno-zielony zestaw Nuklearny oraz parę innych kostek. Do tego dochodzi oficjalny zestaw kości do Wampira: Maskarady, kupiony dawno temu w nieistniejącym już Fantasy Shopie, na który składa się 10 kostek w kolorze podręcznika oraz woreczek z symbolem Camarilli.
W jednej z paczek od rodziców przyjechały tutaj moje podręczniki: Earthdawn + 3 dodatki, Gasnące Słońca + Przewodnik po Pandemonium, Warcraft (setting do D&D), Warhammer + Bestiariusz Starego Świata, Wampir: Maskarada oraz Wampir: Mroczne Wieki. Ostatnio czytam Gasnące Słońca, aby wreszcie nauczyć się tego systemu.
Czemu piszę to wszystko? Chyba żeby przygotować się na bardzo bolesną puentę tej wyliczanki. Ostatnią sesję „na żywo” grałem rok temu. Ostatnią kampanię rozpocząłem jeszcze dawniej. Jedyną serię sesji którą można nazwać mini-kampanią, a która się zakończyła, prowadziłem zdaje się trzy lub cztery lata temu. Wniosek?
Nigdy nie grałem zbyt intensywnie w RPGi. Mimo mojego udzielania się na Bestiariuszu, 99% moich pomysłów nigdy nie została wykorzystana na sesji, a była tylko takim „kminieniem na sucho”. Ale teraz, gdy jak nigdy mam ochotę wrócić do tego hobby (a w zasadzie – rozpocząć je na nowo lub nawet rozpocząć je w ogóle), czuję że mój czas minął. Nie jest to, broń boże, wniosek z serii „Jestem już na to za stary”. Jest to raczej wniosek z serii „To już nie te czasy”. Gdzie teraz zbiorę ekipę? Czy naprawdę muszę ją uformować z nieznajomych? Jak długo taka grupa przetrwa?
Moja przeprowadzka wiele zmieniła, ale to chyba dla mnie najboleśniejsza zmiana – brak znajomych tutaj oznacza, że muszę obserwować jak umiera moje ukochane hobby. Takie, o którym zawsze marzyłem, że przekształci się w coś absolutnie pięknego, a nie dałem mu okazji nawet na częściowe rozwinięcie skrzydeł. Prawda, LARPowałem sporo jeszcze rok lub dwa temu – ale to nie to samo, co kilkugodzinna sesja przy stole, muzyce i kostkach. Czuję, że zmarnowałem swoją okazję i że ona już nie wróci. Czuję że nie mogę już uważać się za gracza lub Mistrza Gry – jedynie za kolekcjonera.
Łatwo byłoby powiedzieć – znajdź ludzi tutaj. Jak wiecie, moje dojeżdżanie na uniwersytet odebrało mi sporo możliwości bycia częścią Adventure Gaming Society. Choćbym bardzo chciał, nie mieszkając w Canterbury nie mogę sobie pozwolić na nocne sesje lub choćby wieczorne granie. Mam też zobowiązania w stosunku do Lin i uważam że decyzja o pójściu grać i nie wracaniu na noc byłaby po prostu... nie na miejscu. Do tego dochodzi problem z moją znajomością języka. Nie jest ona wystarczająca aby dobrze prowadzić, więc nawet jeśli miałbym najgenialniejszy pomysł na kampanię do Earthdawna, nie mam możliwości wprowadzić tego w życie. Chętnie bym pograł, ale jak mam się wprosić w dobrze znającą się ekipę graczy, prawdopodobnie też o doskonałej alchemii z Mistrzem Gry? Wejść tam i wszystko zepsuć, albo przez całą sesję czuć się jak wyrzutek?
Q-Workshop wyprodukował kostki specjalnie do Earthdawna, na zlecenie Red Brick – wydawcy trzeciej edycji. Wygląda na to, że je kupię, wcześniej czy później. Wraz z nimi – dodatkowy skórzany kubek i jeszcze jeden zestaw kości elfickich, które zawsze chciałem. Koszt tej przyjemności – jedynie niecałe 100 złotych. Ta kwota mnie powstrzymuje przed naciśnięciem „Kupuj”. Naprawdę? Stówa za trochę kawałków plastiku i skóry? Czy w ogóle warto się zastanawiać? Po co to będę robił?
Odpowiedź brzmi (jeśli się zdecyduję): dla mojej potrzeby kolekcjonerstwa. Dla tej potrzeby zamówiłem z Allegro podręczniki do Earthdawna, pierwszej (mojej) edycji: Barsawię i Horrory. Być może to moje pożegnanie się z aktywnym hobby, a przejście do fazy kupowania dla posiadania. A potem wspominania, a raczej fantazjowania o tym co było, a raczej co być mogło, gdyby tylko moje losy jako RPGowca potoczyły się inaczej.
No, ale póki co tyle dzielenia się z wami moimi myślami. Jeśli chcecie, doradźcie coś, podnieście na duchu. Nie wiem czy to coś zmieni, ale może ktoś z was da mi jakąś mądrą wskazówkę lub wyciągnie słuszny wniosek. Temat zapewne powróci gdy znowu natchnie mnie, aby przez zakupienie czegoś w zasadzie bezużytecznego poudawać jeszcze trochę, że mam prawo mienić się graczem i Mistrzem Gry, a nie kolekcjonerem.
Przyjeżdżając tutaj wziąłem ze sobą moje kostki. Mam ich trzy opakowania – w skórzanym kubku od Q-Workshop mam trzy zestawy: mój najstarszy, pomarańczowy; czarny z czerwonymi liczbami; oraz czarny z żółtymi liczbami, runiczny. Do tego kilka pojedynczych kostek, głównie z Q-Workshop. Drugim pojemnikiem jest sakiewka, w której znajduje się ciemno-zielony zestaw Nuklearny oraz parę innych kostek. Do tego dochodzi oficjalny zestaw kości do Wampira: Maskarady, kupiony dawno temu w nieistniejącym już Fantasy Shopie, na który składa się 10 kostek w kolorze podręcznika oraz woreczek z symbolem Camarilli.
W jednej z paczek od rodziców przyjechały tutaj moje podręczniki: Earthdawn + 3 dodatki, Gasnące Słońca + Przewodnik po Pandemonium, Warcraft (setting do D&D), Warhammer + Bestiariusz Starego Świata, Wampir: Maskarada oraz Wampir: Mroczne Wieki. Ostatnio czytam Gasnące Słońca, aby wreszcie nauczyć się tego systemu.
Czemu piszę to wszystko? Chyba żeby przygotować się na bardzo bolesną puentę tej wyliczanki. Ostatnią sesję „na żywo” grałem rok temu. Ostatnią kampanię rozpocząłem jeszcze dawniej. Jedyną serię sesji którą można nazwać mini-kampanią, a która się zakończyła, prowadziłem zdaje się trzy lub cztery lata temu. Wniosek?
Nigdy nie grałem zbyt intensywnie w RPGi. Mimo mojego udzielania się na Bestiariuszu, 99% moich pomysłów nigdy nie została wykorzystana na sesji, a była tylko takim „kminieniem na sucho”. Ale teraz, gdy jak nigdy mam ochotę wrócić do tego hobby (a w zasadzie – rozpocząć je na nowo lub nawet rozpocząć je w ogóle), czuję że mój czas minął. Nie jest to, broń boże, wniosek z serii „Jestem już na to za stary”. Jest to raczej wniosek z serii „To już nie te czasy”. Gdzie teraz zbiorę ekipę? Czy naprawdę muszę ją uformować z nieznajomych? Jak długo taka grupa przetrwa?
Moja przeprowadzka wiele zmieniła, ale to chyba dla mnie najboleśniejsza zmiana – brak znajomych tutaj oznacza, że muszę obserwować jak umiera moje ukochane hobby. Takie, o którym zawsze marzyłem, że przekształci się w coś absolutnie pięknego, a nie dałem mu okazji nawet na częściowe rozwinięcie skrzydeł. Prawda, LARPowałem sporo jeszcze rok lub dwa temu – ale to nie to samo, co kilkugodzinna sesja przy stole, muzyce i kostkach. Czuję, że zmarnowałem swoją okazję i że ona już nie wróci. Czuję że nie mogę już uważać się za gracza lub Mistrza Gry – jedynie za kolekcjonera.
Łatwo byłoby powiedzieć – znajdź ludzi tutaj. Jak wiecie, moje dojeżdżanie na uniwersytet odebrało mi sporo możliwości bycia częścią Adventure Gaming Society. Choćbym bardzo chciał, nie mieszkając w Canterbury nie mogę sobie pozwolić na nocne sesje lub choćby wieczorne granie. Mam też zobowiązania w stosunku do Lin i uważam że decyzja o pójściu grać i nie wracaniu na noc byłaby po prostu... nie na miejscu. Do tego dochodzi problem z moją znajomością języka. Nie jest ona wystarczająca aby dobrze prowadzić, więc nawet jeśli miałbym najgenialniejszy pomysł na kampanię do Earthdawna, nie mam możliwości wprowadzić tego w życie. Chętnie bym pograł, ale jak mam się wprosić w dobrze znającą się ekipę graczy, prawdopodobnie też o doskonałej alchemii z Mistrzem Gry? Wejść tam i wszystko zepsuć, albo przez całą sesję czuć się jak wyrzutek?
Q-Workshop wyprodukował kostki specjalnie do Earthdawna, na zlecenie Red Brick – wydawcy trzeciej edycji. Wygląda na to, że je kupię, wcześniej czy później. Wraz z nimi – dodatkowy skórzany kubek i jeszcze jeden zestaw kości elfickich, które zawsze chciałem. Koszt tej przyjemności – jedynie niecałe 100 złotych. Ta kwota mnie powstrzymuje przed naciśnięciem „Kupuj”. Naprawdę? Stówa za trochę kawałków plastiku i skóry? Czy w ogóle warto się zastanawiać? Po co to będę robił?
Odpowiedź brzmi (jeśli się zdecyduję): dla mojej potrzeby kolekcjonerstwa. Dla tej potrzeby zamówiłem z Allegro podręczniki do Earthdawna, pierwszej (mojej) edycji: Barsawię i Horrory. Być może to moje pożegnanie się z aktywnym hobby, a przejście do fazy kupowania dla posiadania. A potem wspominania, a raczej fantazjowania o tym co było, a raczej co być mogło, gdyby tylko moje losy jako RPGowca potoczyły się inaczej.
No, ale póki co tyle dzielenia się z wami moimi myślami. Jeśli chcecie, doradźcie coś, podnieście na duchu. Nie wiem czy to coś zmieni, ale może ktoś z was da mi jakąś mądrą wskazówkę lub wyciągnie słuszny wniosek. Temat zapewne powróci gdy znowu natchnie mnie, aby przez zakupienie czegoś w zasadzie bezużytecznego poudawać jeszcze trochę, że mam prawo mienić się graczem i Mistrzem Gry, a nie kolekcjonerem.
sobota, 6 czerwca 2009
Boguhar

Oto pierwszy art do "Mykerii", mojej gry karcianej. Poznajcie boga wojny, Boguhara, zwanego pieszczotliwie Bogusiem.
Wczoraj wysłałem do zamieszczenia swoją grę na Boardgame Geeku, ale nie dostałem odpowiedzi. Pewnie zamieszczą to dopiero w poniedziałek. Tym samym straciłem okazję do zareklamowania swojego "dzieła", bo na stronie głównej był temat o Game Designerach, który aktualnie już z niej spadł. Mój pech, jak widać, działa i ma się dobrze.
Jak tylko przyjmą mi "Mykerię" do katalogu, dam linka w swoim opisie GG. Zapraszam, choć na razie nie będzie tam wiele informacji. Nowe ilustracje powstają w nieznanym mi tempie.
czwartek, 28 maja 2009
Freeeedom!
Czyli wracam po ostatnim egzaminie. Jestem wolny... tia, jasne.
Czekam nadal niecierpliwie na to aż Last Night on Earth wróci do UK. Nie ma już prawdopodobnie ani jednej kopii na wyspach i czekam aż dodruk z Ameryki tutaj doleci/dopłynie. Lin ma chyba już dość mojego marudzenia o tej grze, ale ja nie mam dość o niej mówienia.
Przede mną wakacje (zazdrościcie, co?), ale trzeba będzie znaleźć jakąś pracę, zajmować się sprzedażą dla Wolf-Fanga oraz projektować nowe gry. Moje aktualne projekty:
- Stacja Kosmiczna
- Pizza
- wkrótce Karawany
- mam zarys bardzo fajnej mechaniki do gry przygodowej ale zobaczymy co z tego wyjdzie
Mam nadzieję do września skończyć dwa pierwsze, a w miarę możliwości do końca rok mieć gotowy dobrze działający prototyp Karawan. Ale jako że muszę też skupić się na przemyśleniach związanych z moją dysertacją (której, jak się ostatnio dowiedziałem, nie musiałem wcale pisać... szlag), to wszystko może się opóźnić.
A, tak przy okazji - dzięki wszystkim za życzenia urodzinowe. Stuknęły mi 22 wiosny, nie bardzo wiem co o tym myśleć, ale chyba ogólnie do przodu.
Czekam nadal niecierpliwie na to aż Last Night on Earth wróci do UK. Nie ma już prawdopodobnie ani jednej kopii na wyspach i czekam aż dodruk z Ameryki tutaj doleci/dopłynie. Lin ma chyba już dość mojego marudzenia o tej grze, ale ja nie mam dość o niej mówienia.
Przede mną wakacje (zazdrościcie, co?), ale trzeba będzie znaleźć jakąś pracę, zajmować się sprzedażą dla Wolf-Fanga oraz projektować nowe gry. Moje aktualne projekty:
- Stacja Kosmiczna
- Pizza
- wkrótce Karawany
- mam zarys bardzo fajnej mechaniki do gry przygodowej ale zobaczymy co z tego wyjdzie
Mam nadzieję do września skończyć dwa pierwsze, a w miarę możliwości do końca rok mieć gotowy dobrze działający prototyp Karawan. Ale jako że muszę też skupić się na przemyśleniach związanych z moją dysertacją (której, jak się ostatnio dowiedziałem, nie musiałem wcale pisać... szlag), to wszystko może się opóźnić.
A, tak przy okazji - dzięki wszystkim za życzenia urodzinowe. Stuknęły mi 22 wiosny, nie bardzo wiem co o tym myśleć, ale chyba ogólnie do przodu.
sobota, 23 maja 2009
Planszówkowo...
Wczoraj przyszły do nas koszulki i jakieś półtora godziny zeszło na wrzucenie w nie wszystkich kart z wszystkich moich gier. To było przyjemne i pożyteczne.
Zagraliśmy też wczoraj w Shoguna na dwie osoby, ale było średnio. Może wypróbujemy inny wariant. Czekam nadal na to aby Last Night on Earth wróciło do sklepów w UK, ale mam już zamówione egzemplarze, więc teraz to już tylko cierpliwość.
Póki co właściwie tyle, bo nadal nic konstruktywnego nie zrobiłem, a egzamin już za trzy dni.
Zagraliśmy też wczoraj w Shoguna na dwie osoby, ale było średnio. Może wypróbujemy inny wariant. Czekam nadal na to aby Last Night on Earth wróciło do sklepów w UK, ale mam już zamówione egzemplarze, więc teraz to już tylko cierpliwość.
Póki co właściwie tyle, bo nadal nic konstruktywnego nie zrobiłem, a egzamin już za trzy dni.
poniedziałek, 18 maja 2009
Po egzaminie...
Ech, lipa. Poszło mi dość słabo, jakieś tragiczne te moje wypociny. Ponadto żadnemu z moich dwóch esejów nie udało się przełamać magicznej granicy 70%. Jeden na 65 (literatura), drugi na 66 (media). Czekam jeszcze na wyniki eseju z English Through the Ages (będzie słabo) oraz portfolio z Writing in the Media (liczę na dobrą średnią).
Od jutra przygotowania do egzaminu nr. 3 - Politics in Western European States. Dobrze że poszedłem na seminarium "powtórkowe", wiem przynajmniej co mam przygotować. No i mam jeszcze do napisania egzamin z Language in the Media, może być różnie ale powinno być ok.
Poza tym bez zmian, poza odzywającym się zmęczeniem (ale czy to coś nowego?). BARDZO chce mi się grać, znowu przyciska mnie do planszówek i RPGów, ale po prostu nie ma ludzi! Poruszę kilka nowych kontaktów w najbliższym czasie, może uda się złożyć jakąś grupę grającą.
Od jutra przygotowania do egzaminu nr. 3 - Politics in Western European States. Dobrze że poszedłem na seminarium "powtórkowe", wiem przynajmniej co mam przygotować. No i mam jeszcze do napisania egzamin z Language in the Media, może być różnie ale powinno być ok.
Poza tym bez zmian, poza odzywającym się zmęczeniem (ale czy to coś nowego?). BARDZO chce mi się grać, znowu przyciska mnie do planszówek i RPGów, ale po prostu nie ma ludzi! Poruszę kilka nowych kontaktów w najbliższym czasie, może uda się złożyć jakąś grupę grającą.
czwartek, 14 maja 2009
...
I znowu dwa tygodnie mijają a ja nic nie piszę. Wydaje się że forma bloga to jednak nie moje wymarzone medium do przekazywania informacji...
Na szybko, bo muszę czytać streszczenie "To the Lighthouse" Virginii Woolf na poniedziałkowy egzamin (omijajcie z daleka: strasznie napisana, nudna jak flaki z olejem powieść).
1) pierwszy egzamin za mną. We wtorek pisałem Contemporary IR Theories. Chyba poszło ok, ale szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia czy tak jest w istocie. Dowiem się w swoim czasie. Obym zdał...
2) ostatnio trochę dorwała mnie tęsknota za domem. Nie za Polską jako krajem, ale za domem jako moim domem na Wandejskiej 8. Te dwa piętra, mój komputer, mój kot, poddasze ze stołem bilardowym, spotkania ze znajomymi, imprezy planszówkowe... Czuję że nie ma do tego pełnego powrotu. Jednak mieszkam tutaj jeszcze przynajmniej rok, a co potem? Nie mam zielonego pojęcia, ale różne wizje sprawiają np. że mam ostatnio kłopoty z zaśnięciem. Nie śpię za dobrze, a w ciągu dnia czuję się jak zombie. Serio, odrobinę bym się postarał i mógłbym robić za całą obsadę Świtu Żywych Trupów.
3) w mieszkaniu kłopoty - notorycznie brakuje ciepłej wody. Jak się tutaj wprowadzaliśmy, z kranów i prysznica leciał wrzątek: trzeba było uważać żeby się nie poparzyć. Teraz w zlewie gorącej wody nie ma w ogóle, w kranie się zdarza jak odkręci się ją na maksa (co sprawia, ze jest wszędzie, bo umywalka jest mała i wszystko chlapie jak szalone), a w prysznicu bywa, ale chyba tylko jak kąpie się Lin. Ogólnie rzecz biorąc tragedia. Tęsknię za gorącymi kąpielami z bąbelkami w domu :(
4) z lepszych wieści, udało mi się kupić "Fire and Axe: A Viking Saga". Planszówka, która wyszła z druku jakoś w marcu, dorwałem jedną z ostatnich kopii, być może nawet na świecie, a na pewno w Anglii. Zamierzam kupić do tego jeszcze "Last Night on Earth" (gra o zombie) + dodatek do niej, "Growing Hunger". Oraz duuuużo koszulek na karty, żeby wszystko ładnie ofoliować aby się nie niszczyło. Nie pytajcie ile będzie mnie to kosztować, bo wolę o tym nie myśleć. Ale tak poza tym, to zarobiłem na to sam umową z niemiecką firmą wydającą planszówki, więc chyba należy mi się trochę... Szczególnie że reszta moich zarobków idzie już na dom.
5) z pracą tutaj nadal lipa, ale powoli ogarniam to co robię dla Wolf Fanga. Poza tym byliśmy dzisiaj z Lin na rozmowie o pomocy w organizacji wydarzeń kulturalnych w okolicy i udało nam się zaproponować kilka opcji które bardzo spodobały się paniom z rady regionu Medway. Nie wiadomo jak będzie z zarobkami na tym, ale na pewno jest to jakiś krok naprzód. Przy odrobinie szczęścia może udałoby mi się nawet w pewnym momencie zorganizować lokalny klub planszówkowy, co w ogóle byłoby ekstra, bo nadal nie ma z kim grać :(
Tyle, nie wiem kiedy możecie spodziewać się kolejnej aktualizacji. Nie obiecuję że będę kontynuował to pisanie zbyt długo, chyba tracę zapał. Ba, zapał straciłem już dawno, ale teraz zaczyna mi się nie chcieć :P
Na szybko, bo muszę czytać streszczenie "To the Lighthouse" Virginii Woolf na poniedziałkowy egzamin (omijajcie z daleka: strasznie napisana, nudna jak flaki z olejem powieść).
1) pierwszy egzamin za mną. We wtorek pisałem Contemporary IR Theories. Chyba poszło ok, ale szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia czy tak jest w istocie. Dowiem się w swoim czasie. Obym zdał...
2) ostatnio trochę dorwała mnie tęsknota za domem. Nie za Polską jako krajem, ale za domem jako moim domem na Wandejskiej 8. Te dwa piętra, mój komputer, mój kot, poddasze ze stołem bilardowym, spotkania ze znajomymi, imprezy planszówkowe... Czuję że nie ma do tego pełnego powrotu. Jednak mieszkam tutaj jeszcze przynajmniej rok, a co potem? Nie mam zielonego pojęcia, ale różne wizje sprawiają np. że mam ostatnio kłopoty z zaśnięciem. Nie śpię za dobrze, a w ciągu dnia czuję się jak zombie. Serio, odrobinę bym się postarał i mógłbym robić za całą obsadę Świtu Żywych Trupów.
3) w mieszkaniu kłopoty - notorycznie brakuje ciepłej wody. Jak się tutaj wprowadzaliśmy, z kranów i prysznica leciał wrzątek: trzeba było uważać żeby się nie poparzyć. Teraz w zlewie gorącej wody nie ma w ogóle, w kranie się zdarza jak odkręci się ją na maksa (co sprawia, ze jest wszędzie, bo umywalka jest mała i wszystko chlapie jak szalone), a w prysznicu bywa, ale chyba tylko jak kąpie się Lin. Ogólnie rzecz biorąc tragedia. Tęsknię za gorącymi kąpielami z bąbelkami w domu :(
4) z lepszych wieści, udało mi się kupić "Fire and Axe: A Viking Saga". Planszówka, która wyszła z druku jakoś w marcu, dorwałem jedną z ostatnich kopii, być może nawet na świecie, a na pewno w Anglii. Zamierzam kupić do tego jeszcze "Last Night on Earth" (gra o zombie) + dodatek do niej, "Growing Hunger". Oraz duuuużo koszulek na karty, żeby wszystko ładnie ofoliować aby się nie niszczyło. Nie pytajcie ile będzie mnie to kosztować, bo wolę o tym nie myśleć. Ale tak poza tym, to zarobiłem na to sam umową z niemiecką firmą wydającą planszówki, więc chyba należy mi się trochę... Szczególnie że reszta moich zarobków idzie już na dom.
5) z pracą tutaj nadal lipa, ale powoli ogarniam to co robię dla Wolf Fanga. Poza tym byliśmy dzisiaj z Lin na rozmowie o pomocy w organizacji wydarzeń kulturalnych w okolicy i udało nam się zaproponować kilka opcji które bardzo spodobały się paniom z rady regionu Medway. Nie wiadomo jak będzie z zarobkami na tym, ale na pewno jest to jakiś krok naprzód. Przy odrobinie szczęścia może udałoby mi się nawet w pewnym momencie zorganizować lokalny klub planszówkowy, co w ogóle byłoby ekstra, bo nadal nie ma z kim grać :(
Tyle, nie wiem kiedy możecie spodziewać się kolejnej aktualizacji. Nie obiecuję że będę kontynuował to pisanie zbyt długo, chyba tracę zapał. Ba, zapał straciłem już dawno, ale teraz zaczyna mi się nie chcieć :P
czwartek, 30 kwietnia 2009
Pan Krzysztof Zięba, Menadżer Sprzedaży :D
Tak właśnie jest. A w sumie jest tak:
Krzysztof Zięba
Sales Manager
Wolf Fang P.H.
Dostałem pracę jako człowiek od załatwiania kontraktów :) Pierwszy sukces już jest, ale w szczegóły się nie wdaję, bo chyba nie powinienem...
No, w każdym bądź razie, nadal szukam "codziennej" pracy, ale jak widać łapię się też za inne rzeczy. Zobaczę jak to wszystko się wyklaruje czasowo. Na razie powinienem się uczyć, ale nadal idzie to strasznie beznadziejnie... wróciliśmy natomiast z Lin do grania w planszówki, co cieszy.
Z innych informacji: skończyłem Rune i Soulstorm. Recenzję tego drugiego (i w ogóle całej serii Dawn of War) napiszę zapewne jakoś po egzaminach. Teraz męczę Freelancera. Nadal uważam, że gra jest dobra, ale ma jednak kilka irytujących cech.
Moje projekty na razie się kurzą, muszę mieć z głowy egzaminy i potem pomyślę co dalej. Stacja Kosmiczna przejdzie wkrótce pewne zmiany do których jestem nastawiony sceptycznie, ale powinny działać więc pewnie i tak je wprowadzę. Potem pozostaje już tylko testować i może uda się przesłać coś do Z-Man Games przed końcem roku. Wciąż wiszą nade mną też Rozbitkowie i Karawany, ale nie mam kiedy przysiąść żeby przemyśleć.
Na razie to tyle, pozdrawiam.
Krzysztof Zięba
Sales Manager
Wolf Fang P.H.
Dostałem pracę jako człowiek od załatwiania kontraktów :) Pierwszy sukces już jest, ale w szczegóły się nie wdaję, bo chyba nie powinienem...
No, w każdym bądź razie, nadal szukam "codziennej" pracy, ale jak widać łapię się też za inne rzeczy. Zobaczę jak to wszystko się wyklaruje czasowo. Na razie powinienem się uczyć, ale nadal idzie to strasznie beznadziejnie... wróciliśmy natomiast z Lin do grania w planszówki, co cieszy.
Z innych informacji: skończyłem Rune i Soulstorm. Recenzję tego drugiego (i w ogóle całej serii Dawn of War) napiszę zapewne jakoś po egzaminach. Teraz męczę Freelancera. Nadal uważam, że gra jest dobra, ale ma jednak kilka irytujących cech.
Moje projekty na razie się kurzą, muszę mieć z głowy egzaminy i potem pomyślę co dalej. Stacja Kosmiczna przejdzie wkrótce pewne zmiany do których jestem nastawiony sceptycznie, ale powinny działać więc pewnie i tak je wprowadzę. Potem pozostaje już tylko testować i może uda się przesłać coś do Z-Man Games przed końcem roku. Wciąż wiszą nade mną też Rozbitkowie i Karawany, ale nie mam kiedy przysiąść żeby przemyśleć.
Na razie to tyle, pozdrawiam.
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Aktualizacja nocna...
Mija tydzień, wypadałoby coś napisać.
Mam poważnie zaburzony zegar biologiczny. W ciągu dnia jestem tak zmęczony, że muszę położyć się chociaż na godzinę, dwie. Dzisiaj doszedł do tego niesamowity ból głowy, co tylko wymusiło na mnie sen tym bardziej. W nocy mam problemy z zaśnięciem (ostatnie pół godziny spędziłem przewracając się w łóżku), przez co nie jestem w stanie wstać rano (od paru dni budzik ustawiony na 9.30 budzi mnie... na jakąś minutę). I tak krąg się zamyka.
Z uczeniem się nie idzie za dobrze. Liczyłem na to że przed powrotem Lin (w czwartek) zdążę przerobić chociaż jedną książkę. Jestem w okolicach setnej strony, jest ich 450. Muszę się sprężyć, inaczej egzaminy będą koszmarem.
Poza graniem, spaniem, jedzeniem i czytaniem, nie robię za wiele. Byłem w weekend u Stuarta na noc, pograliśmy w Call of Duty 5: World at War. Polecam, bardzo fajne. Nie za bardzo rozumiem tylko dlaczego ta gra ma kategorię 15+. Nie wiem jak wy, ale ja uważam że jeśli na pierwszym poziomie gry widzimy jak naszemu towarzyszowi oficer japoński wpierw wypala oko papierosem, a potem jego podwładny podrzyna jeńcowi gardło – nie wspominając o obronie przed atakiem wręcz na tym samym poziomie, który polega na przebiciu szyi przeciwnika nożem – to nie jest to przeznaczone dla oczu ludzi poniżej 18 roku życia... Szczerze powiedziawszy to ograniczenia wiekowe w grach komputerowych i filmach już dawno nie spełniają swojej roli (o ile kiedykolwiek spełniały), ale wypadałoby chociaż zachować pozory... Taki Wiedźmin dostał kategorię 18+ tylko ze względu na seks (a dokładniej karty 'pamiątkowe' które można kolekcjonować – i które w USA bodajże i tak były w 100% ocenzurowane), a w takim razie rozumiem, że przemoc jest mniej demoralizująca... Nic, tylko przyklasnąć cenzorom, a dzieci niech nadal uczą się o seksie empirycznie i z filmów porno. Wkrótce cały świat będzie jak Anglia (przypadek 13 letniego ojca!).
Ostatnio w ogóle mam jakiś zryty humor. Nic mnie prawie nie cieszy, szybko się irytuję i ogólnie straciłem trochę cierpliwości. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Trwa to od dłuższej chwili i ciężko mi znaleźć jeden konkretny powód. Może po egzaminach coś się poprawi. Ale pewnie i nie, bo zmartwienia nadal te same – brak pieniędzy i brak pracy. Ci z was, którzy jeszcze mieszkają z rodzicami – cieszcie się. Ten stan jest naprawdę ekstra, nawet jeśli macie sporo obowiązków. Tutaj, chociaż oczywiście też żyję z pieniędzy rodziców (z czym nie czuję się za dobrze, jak już kiedyś wspominałem), to jednak trzeba samodzielnie załatwiać pewne sprawy. Z jednej strony cieszę się, że tu jestem, bo to wartościowe doświadczenie, ale z drugiej brak mi poczucia bezpieczeństwa. Ciągle np. zastanawiam się, czy zdążę wrócić do Polski w Lipcu nim mój kot umrze. Ma już trochę lat i bardzo się martwię o niego. Martwię się o dużo rzeczy, wygląda na to, że za dużo. Chyba znowu łapię jakiegoś doła.
Dobra, dość narzekania. Zaraz kolejna próba zaśnięcia. Łeb nadal boli, na szczęście mniej niż w ciągu dnia. A chomik biegał w kółku jeszcze chwilę temu, ale chyba speszył się światłem z ekranu laptopa.
Mam poważnie zaburzony zegar biologiczny. W ciągu dnia jestem tak zmęczony, że muszę położyć się chociaż na godzinę, dwie. Dzisiaj doszedł do tego niesamowity ból głowy, co tylko wymusiło na mnie sen tym bardziej. W nocy mam problemy z zaśnięciem (ostatnie pół godziny spędziłem przewracając się w łóżku), przez co nie jestem w stanie wstać rano (od paru dni budzik ustawiony na 9.30 budzi mnie... na jakąś minutę). I tak krąg się zamyka.
Z uczeniem się nie idzie za dobrze. Liczyłem na to że przed powrotem Lin (w czwartek) zdążę przerobić chociaż jedną książkę. Jestem w okolicach setnej strony, jest ich 450. Muszę się sprężyć, inaczej egzaminy będą koszmarem.
Poza graniem, spaniem, jedzeniem i czytaniem, nie robię za wiele. Byłem w weekend u Stuarta na noc, pograliśmy w Call of Duty 5: World at War. Polecam, bardzo fajne. Nie za bardzo rozumiem tylko dlaczego ta gra ma kategorię 15+. Nie wiem jak wy, ale ja uważam że jeśli na pierwszym poziomie gry widzimy jak naszemu towarzyszowi oficer japoński wpierw wypala oko papierosem, a potem jego podwładny podrzyna jeńcowi gardło – nie wspominając o obronie przed atakiem wręcz na tym samym poziomie, który polega na przebiciu szyi przeciwnika nożem – to nie jest to przeznaczone dla oczu ludzi poniżej 18 roku życia... Szczerze powiedziawszy to ograniczenia wiekowe w grach komputerowych i filmach już dawno nie spełniają swojej roli (o ile kiedykolwiek spełniały), ale wypadałoby chociaż zachować pozory... Taki Wiedźmin dostał kategorię 18+ tylko ze względu na seks (a dokładniej karty 'pamiątkowe' które można kolekcjonować – i które w USA bodajże i tak były w 100% ocenzurowane), a w takim razie rozumiem, że przemoc jest mniej demoralizująca... Nic, tylko przyklasnąć cenzorom, a dzieci niech nadal uczą się o seksie empirycznie i z filmów porno. Wkrótce cały świat będzie jak Anglia (przypadek 13 letniego ojca!).
Ostatnio w ogóle mam jakiś zryty humor. Nic mnie prawie nie cieszy, szybko się irytuję i ogólnie straciłem trochę cierpliwości. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Trwa to od dłuższej chwili i ciężko mi znaleźć jeden konkretny powód. Może po egzaminach coś się poprawi. Ale pewnie i nie, bo zmartwienia nadal te same – brak pieniędzy i brak pracy. Ci z was, którzy jeszcze mieszkają z rodzicami – cieszcie się. Ten stan jest naprawdę ekstra, nawet jeśli macie sporo obowiązków. Tutaj, chociaż oczywiście też żyję z pieniędzy rodziców (z czym nie czuję się za dobrze, jak już kiedyś wspominałem), to jednak trzeba samodzielnie załatwiać pewne sprawy. Z jednej strony cieszę się, że tu jestem, bo to wartościowe doświadczenie, ale z drugiej brak mi poczucia bezpieczeństwa. Ciągle np. zastanawiam się, czy zdążę wrócić do Polski w Lipcu nim mój kot umrze. Ma już trochę lat i bardzo się martwię o niego. Martwię się o dużo rzeczy, wygląda na to, że za dużo. Chyba znowu łapię jakiegoś doła.
Dobra, dość narzekania. Zaraz kolejna próba zaśnięcia. Łeb nadal boli, na szczęście mniej niż w ciągu dnia. A chomik biegał w kółku jeszcze chwilę temu, ale chyba speszył się światłem z ekranu laptopa.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Wielki comeback!
Czyli zgodnie z zapowiedzią – jest po świętach, odpocząłem, więc wracam do opowiadania co u mnie.
Jak się zapewne domyślacie, opisanie wszystkiego co wydarzyło się przez ostatni miesiąc byłoby dość dużym wyzwaniem, skupię się więc tylko na najważniejszych sprawach:
1) Wyrobiłem się z pisaniem wszystkich tekstów, choć nie bez kłopotów. Dwa z nich (Media i Literatura) uważam za dość dobre i liczę na ocenę 70+, albo przynajmniej tylko lekko poniżej tego. Esej z English Through the Ages jest bardzo kiepski, będę cieszył się z 55 procent. Praca z Writing in the Media powinna być oceniona nieźle: napisałem dobry wywiad i recenzję, przeciętny tekst o BoardGameGeeku i słabiutką analizę, ale myślę że będzie ok.
2) Projekty planszówkowe: do przodu. Aktualnie 'na celowniku' mam dwa z nich: korporacje budujące stację kosmiczną oraz drugi, oparty na dość ciekawym mechanizmie karcianym. Początkowo miał być to projekt o nazwie Tuatha de Danann, ale po wczorajszym testowaniu ze Stuartem okazało się, że gra jest bardzo podobna do bardzo popularnego w ostatnich latach Stone Age – zrobiłem więc nieświadomie „kopię” innego tytułu. Piszę „nieświadomie”, bo o Stone Age wiem bardzo niewiele i choć pisząc prototyp byłem świadom paru podobieństw (osławiona akcja „Prokreacji”, na przykład), nie spodziewałem się że będzie tak podobna. Trochę mi żal, bo była osadzona w ciekawym, Celtyckim klimacie, ale Stuart podsunął pomysł aby mechanikę wykorzystać do dwuosobowej gry osadzonej podczas II Wojny Światowej. Ponieważ już od dawna próbuję napisać dobrą grę dwuosobową, a i chciałem napisać grę osadzoną w powyższym klimacie, nadarza się okazja żeby to połączyć.
3) W piątek do Rochester przyjechała moja mama i siostra wraz ze swoim chłopakiem. Spędziłem z nimi trochę czasu, głównie u nas w mieszkaniu na kolacjach i na kolacji w Blue Rays. Z mamą byłem przez większość soboty, pojechaliśmy do Canterbury i pokazałem jej Rochester.
4) A Lin wyjeżdża jutro do Polski. Wróci za tydzień w czwartek. Jej nieobecność wykorzystam głównie na spanie i naukę na egzaminy. To pierwsze, bo nie będzie narzekać że śpię w dzień. To drugie, bo znacznie lepiej uczy mi się jak jestem sam w pomieszczeniu. A że mamy tylko jedno, to w krytycznym momencie czytałem jeden z podręczników... w łazience. Będę tęsknił. Ale ona za to naje się sushi i KFC i może odpocznie trochę od Anglii – to pomaga.
5) Skoro o Anglii mowa, napisałem taki krótki tekst w ramach narzekania. Wysłałem go na JoeMonster, ale wątpię żeby go zamieścili:
15 rzeczy których nauczyłem się mieszkając w Anglii:
1.Fakt że twój brzuch sięga dalej niż twoje piersi nic nie znaczy. Śmiało, zamów sobie następny zestaw w KFC.
2.„Diamentowy” kolczyk w uchu sprawi że będziesz wyglądał bardziej męsko. Dwa takie kolczyki to szczyt szpanu. Wzorki wygolone po bokach głowy opcjonalne.
3.Jeśli nie chcesz być popularny, możesz przynajmniej wyglądać jak członek jakiegoś dzikiego plemienia. Wystarczy żebyś przekuł sobie dowolną (im większą tym lepszą) ilość miejsc na twarzy (najlepiej kolczykami w kształcie kolców) i wytatuował sobie całe ciało. Będziesz wyglądał świetnie!
4.Nosisz na twarzy więzienne tatuaże? Nie martw się, nikt nie zwróci na to uwagi.
5.Dres jest doskonałym, uniwersalnym strojem – chodź w nim po domu, po ulicy, na imprezy i na uniwersytet.
6.Najlepszy wiek na zostanie matką to jakieś 15, 16 lat. Serio.
7.Antykoncepcja – trudne słowo. Nie przejmuj się nim.
8.Najlepszy sposób wychowywania dzieci to darcie się na nie. Przeklinanie i wyzywanie ich jest nawet skuteczniejsze.
9.W pobliżu nie ma kosza na śmieci? Wyrzuć papierek/puszkę/paczkę pod nogi, ktoś to kiedyś sprzątnie.
10.Najlepsze miejsce na seks to otwarte pole, najlepiej w jak najbardziej publicznym miejscu i w słoneczny dzień. Pełne gumki zostawiaj na miejscu „zdarzenia”.
11.Podróżujesz pociągiem? Nie przejmuj się innymi pasażerami – zachowuj się zwyczajnie: krzycz, przeklinaj, słuchaj głośno muzyki i zaczepiaj innych. Piwo też możesz wypić. A nawet dwa. A najlepiej to trzy.
12.Pracę w sklepie z grami komputerowymi dostaniesz tylko jeśli spełnisz jeden (lub więcej) z następujących warunków: masz dziwną fryzurę / wyglądasz jak emo / masz całe ręce w kolorowych tatuażach / masz biżuterię w uszach i w nosie. Schludny wygląd jest nudny.
13.Z jakim krajem kojarzy ci się pizza? Z Włochami? Bo mnie z Indiami.
14.Z jakim krajem kojarzy ci się Fish&Chips? Z Anglią? Bo mnie z Indiami.
15.W imię poprawności politycznej nie zostanie ci zabronione ubieganie się o pracę w żadnym miejscu. Jeśli od początku nie masz szans, bo szukają np. tylko kobiet, a ty jesteś mężczyzną, nawet się o tym nie dowiesz. Ale, jeśli cię nie przyjmą, bo np. chcesz pracować w MI5 (służby specjalne), ale masz niedowład nóg, zawsze możesz opowiedzieć o tym gazetom. Dodatkowe punkty jeśli masz możliwość posądzenia ich o rasizm (autentyk).
6) Na koniec co nieco o moich ostatnich zakupach etc. Po wysłaniu do Niemiec Ghost Stories, otrzymałem w zamian Senji. Nie miałem jeszcze okazji pograć, bo wymaga dużej liczby osób, ale cierpliwie czekam. Warcraft wysłany do Portugalii miesiąc temu czeka nadal na zastępcę, ale mój 'partner handlowy' daje ciała z wysyłką. Mam nadzieję, że nic nie kombinuje i paczka w końcu do mnie dotrze w tym tygodniu, lub najdalej następnym. Swoją drogą, wymieniłem się ze stratą na własnym koncie, ale może i sprawiedliwie, bo niestety obydwa pudełka od Warcrafta były niesamowicie uszkodzone gdy je wysyłałem. Pieprzone paczki...
A ostatnio kupiłem sobie Freelancera w Gamestation (kopia którąś ktoś oddał do sklepu). Jest to świetny symulator w którym gra się najemnikiem i ma się sporą dowolność w dobieraniu zadań i tego co chce się robić. Można sprzymierzyć się z wieloma różnymi frakcjami, handlować, lub po prostu zwiedzać rozległą i bardzo ładną galaktykę gry.
Z najświeższych zakupów, kupiłem dzisiaj album „The Essential James Bond”, który pokrywa znaczną część szczegółów na temat wszystkich filmów Bondowskich, nie licząc tych najnowszych z Danielem Craigiem. Przypomniało mi to tylko jak bardzo chcę spotkać się z Seanem Connerym. No i przy okazji bardzo miła lektura.
Jak się zapewne domyślacie, opisanie wszystkiego co wydarzyło się przez ostatni miesiąc byłoby dość dużym wyzwaniem, skupię się więc tylko na najważniejszych sprawach:
1) Wyrobiłem się z pisaniem wszystkich tekstów, choć nie bez kłopotów. Dwa z nich (Media i Literatura) uważam za dość dobre i liczę na ocenę 70+, albo przynajmniej tylko lekko poniżej tego. Esej z English Through the Ages jest bardzo kiepski, będę cieszył się z 55 procent. Praca z Writing in the Media powinna być oceniona nieźle: napisałem dobry wywiad i recenzję, przeciętny tekst o BoardGameGeeku i słabiutką analizę, ale myślę że będzie ok.
2) Projekty planszówkowe: do przodu. Aktualnie 'na celowniku' mam dwa z nich: korporacje budujące stację kosmiczną oraz drugi, oparty na dość ciekawym mechanizmie karcianym. Początkowo miał być to projekt o nazwie Tuatha de Danann, ale po wczorajszym testowaniu ze Stuartem okazało się, że gra jest bardzo podobna do bardzo popularnego w ostatnich latach Stone Age – zrobiłem więc nieświadomie „kopię” innego tytułu. Piszę „nieświadomie”, bo o Stone Age wiem bardzo niewiele i choć pisząc prototyp byłem świadom paru podobieństw (osławiona akcja „Prokreacji”, na przykład), nie spodziewałem się że będzie tak podobna. Trochę mi żal, bo była osadzona w ciekawym, Celtyckim klimacie, ale Stuart podsunął pomysł aby mechanikę wykorzystać do dwuosobowej gry osadzonej podczas II Wojny Światowej. Ponieważ już od dawna próbuję napisać dobrą grę dwuosobową, a i chciałem napisać grę osadzoną w powyższym klimacie, nadarza się okazja żeby to połączyć.
3) W piątek do Rochester przyjechała moja mama i siostra wraz ze swoim chłopakiem. Spędziłem z nimi trochę czasu, głównie u nas w mieszkaniu na kolacjach i na kolacji w Blue Rays. Z mamą byłem przez większość soboty, pojechaliśmy do Canterbury i pokazałem jej Rochester.
4) A Lin wyjeżdża jutro do Polski. Wróci za tydzień w czwartek. Jej nieobecność wykorzystam głównie na spanie i naukę na egzaminy. To pierwsze, bo nie będzie narzekać że śpię w dzień. To drugie, bo znacznie lepiej uczy mi się jak jestem sam w pomieszczeniu. A że mamy tylko jedno, to w krytycznym momencie czytałem jeden z podręczników... w łazience. Będę tęsknił. Ale ona za to naje się sushi i KFC i może odpocznie trochę od Anglii – to pomaga.
5) Skoro o Anglii mowa, napisałem taki krótki tekst w ramach narzekania. Wysłałem go na JoeMonster, ale wątpię żeby go zamieścili:
15 rzeczy których nauczyłem się mieszkając w Anglii:
1.Fakt że twój brzuch sięga dalej niż twoje piersi nic nie znaczy. Śmiało, zamów sobie następny zestaw w KFC.
2.„Diamentowy” kolczyk w uchu sprawi że będziesz wyglądał bardziej męsko. Dwa takie kolczyki to szczyt szpanu. Wzorki wygolone po bokach głowy opcjonalne.
3.Jeśli nie chcesz być popularny, możesz przynajmniej wyglądać jak członek jakiegoś dzikiego plemienia. Wystarczy żebyś przekuł sobie dowolną (im większą tym lepszą) ilość miejsc na twarzy (najlepiej kolczykami w kształcie kolców) i wytatuował sobie całe ciało. Będziesz wyglądał świetnie!
4.Nosisz na twarzy więzienne tatuaże? Nie martw się, nikt nie zwróci na to uwagi.
5.Dres jest doskonałym, uniwersalnym strojem – chodź w nim po domu, po ulicy, na imprezy i na uniwersytet.
6.Najlepszy wiek na zostanie matką to jakieś 15, 16 lat. Serio.
7.Antykoncepcja – trudne słowo. Nie przejmuj się nim.
8.Najlepszy sposób wychowywania dzieci to darcie się na nie. Przeklinanie i wyzywanie ich jest nawet skuteczniejsze.
9.W pobliżu nie ma kosza na śmieci? Wyrzuć papierek/puszkę/paczkę pod nogi, ktoś to kiedyś sprzątnie.
10.Najlepsze miejsce na seks to otwarte pole, najlepiej w jak najbardziej publicznym miejscu i w słoneczny dzień. Pełne gumki zostawiaj na miejscu „zdarzenia”.
11.Podróżujesz pociągiem? Nie przejmuj się innymi pasażerami – zachowuj się zwyczajnie: krzycz, przeklinaj, słuchaj głośno muzyki i zaczepiaj innych. Piwo też możesz wypić. A nawet dwa. A najlepiej to trzy.
12.Pracę w sklepie z grami komputerowymi dostaniesz tylko jeśli spełnisz jeden (lub więcej) z następujących warunków: masz dziwną fryzurę / wyglądasz jak emo / masz całe ręce w kolorowych tatuażach / masz biżuterię w uszach i w nosie. Schludny wygląd jest nudny.
13.Z jakim krajem kojarzy ci się pizza? Z Włochami? Bo mnie z Indiami.
14.Z jakim krajem kojarzy ci się Fish&Chips? Z Anglią? Bo mnie z Indiami.
15.W imię poprawności politycznej nie zostanie ci zabronione ubieganie się o pracę w żadnym miejscu. Jeśli od początku nie masz szans, bo szukają np. tylko kobiet, a ty jesteś mężczyzną, nawet się o tym nie dowiesz. Ale, jeśli cię nie przyjmą, bo np. chcesz pracować w MI5 (służby specjalne), ale masz niedowład nóg, zawsze możesz opowiedzieć o tym gazetom. Dodatkowe punkty jeśli masz możliwość posądzenia ich o rasizm (autentyk).
6) Na koniec co nieco o moich ostatnich zakupach etc. Po wysłaniu do Niemiec Ghost Stories, otrzymałem w zamian Senji. Nie miałem jeszcze okazji pograć, bo wymaga dużej liczby osób, ale cierpliwie czekam. Warcraft wysłany do Portugalii miesiąc temu czeka nadal na zastępcę, ale mój 'partner handlowy' daje ciała z wysyłką. Mam nadzieję, że nic nie kombinuje i paczka w końcu do mnie dotrze w tym tygodniu, lub najdalej następnym. Swoją drogą, wymieniłem się ze stratą na własnym koncie, ale może i sprawiedliwie, bo niestety obydwa pudełka od Warcrafta były niesamowicie uszkodzone gdy je wysyłałem. Pieprzone paczki...
A ostatnio kupiłem sobie Freelancera w Gamestation (kopia którąś ktoś oddał do sklepu). Jest to świetny symulator w którym gra się najemnikiem i ma się sporą dowolność w dobieraniu zadań i tego co chce się robić. Można sprzymierzyć się z wieloma różnymi frakcjami, handlować, lub po prostu zwiedzać rozległą i bardzo ładną galaktykę gry.
Z najświeższych zakupów, kupiłem dzisiaj album „The Essential James Bond”, który pokrywa znaczną część szczegółów na temat wszystkich filmów Bondowskich, nie licząc tych najnowszych z Danielem Craigiem. Przypomniało mi to tylko jak bardzo chcę spotkać się z Seanem Connerym. No i przy okazji bardzo miła lektura.
sobota, 21 marca 2009
Ogłoszenie Duszpasterskie
Daję znać że żyję i przepraszam za brak aktualek, przy okazji dając znać, że moje milczenie jeszcze trochę potrwa. Najbliższa aktualizacja bloga w okolicach drugiego tygodnia kwietnia. Na razie mam zdecydowanie za dużo do pisania i nie mam siły pisać tutaj. Może nagram jakieś wideo, ale nic nie obiecuję.
Pozdrowionka.
Pozdrowionka.
niedziela, 8 marca 2009
sobota, 7 marca 2009
Aktywny weekend
Hej hej.
No to tak: oddałem prace i robię sobie parę dni przerwy. Poza tym na uczelni to co zawsze, z tym że w czwartek nie byłem, bo chyba oblodziło im tory albo coś - w każdym bądź razie: kolejna odsłona Śniegowej Apokalipsy (chociaż śniegu nie widziałem ani płatka).
Ale ja głównie o weekendzie w tym odcinku. Ponieważ jutro dzień kobiet, wybieramy się z Lin do kina (oglądać 'Watchmen', mamy nadzieję że będzie dobre) a także jemy kolację z chińskiego miejsca. Dużo jedzenia do podziału i znając nas, to będziemy to też jedli w poniedziałek na obiad.
Dzisiaj byliśmy w Londynie, bo Lin musiała obejrzeć targ na Portobello Road w Notting Hill. Ogólnie rzecz biorąc - masa ludzi, na straganach i w sklepach nic ciekawego. Niestety, jak dla mnie, strata czasu. Ale potem spotkaliśmy się z Agnieszką, koleżanką Lin ze szkoły, którą ja też znam z jednego wspólnego przedstawienia. Ale ten świat mały. Zjedliśmy zupki Miso w Yo Sushi na dworcu, wypiłem dwie darmowe dolewki herbaty chińskiej... i włączyło mi się właśnie pogrubienie którego nie mogę wyłączyć... Potem kupiliśmy na kolację Sushi w Wasabi. Pyszności... Od czasu do czasu trzeba zjeść coś porządnego, do cholery!
A w poniedziałek prawdopodobnie jadę spotkać się ze znajomymi w Londynie. Nie wiem jeszcze jak to wyjdzie, bo z pieniędzmi słabo... ALE! UWAGA UWAGA, NIUS BIULETYN!
Odezwali się do mnie w sprawie pracy. Będę robił tłumaczenia - póki co pierwsze tłumaczenie strony internetowej które potencjalnie zapewni mi 75 funtów. To zawsze coś. Nie jestem jakoś bardzo optymistycznie nastawiony, bo muszę uważać czy to nie jakaś podpucha - ale raczej nie, bo zostałem znaleziony przez odpowiedzialny portal. No i fajnie byłoby potem to kontynuować. Trzymajcie kciuki. Uratować mnie to nie uratuje, ale przynajmniej zmniejszę wydatki mojego taty - a to dla mnie ważne.
No to tak: oddałem prace i robię sobie parę dni przerwy. Poza tym na uczelni to co zawsze, z tym że w czwartek nie byłem, bo chyba oblodziło im tory albo coś - w każdym bądź razie: kolejna odsłona Śniegowej Apokalipsy (chociaż śniegu nie widziałem ani płatka).
Ale ja głównie o weekendzie w tym odcinku. Ponieważ jutro dzień kobiet, wybieramy się z Lin do kina (oglądać 'Watchmen', mamy nadzieję że będzie dobre) a także jemy kolację z chińskiego miejsca. Dużo jedzenia do podziału i znając nas, to będziemy to też jedli w poniedziałek na obiad.
Dzisiaj byliśmy w Londynie, bo Lin musiała obejrzeć targ na Portobello Road w Notting Hill. Ogólnie rzecz biorąc - masa ludzi, na straganach i w sklepach nic ciekawego. Niestety, jak dla mnie, strata czasu. Ale potem spotkaliśmy się z Agnieszką, koleżanką Lin ze szkoły, którą ja też znam z jednego wspólnego przedstawienia. Ale ten świat mały. Zjedliśmy zupki Miso w Yo Sushi na dworcu, wypiłem dwie darmowe dolewki herbaty chińskiej... i włączyło mi się właśnie pogrubienie którego nie mogę wyłączyć... Potem kupiliśmy na kolację Sushi w Wasabi. Pyszności... Od czasu do czasu trzeba zjeść coś porządnego, do cholery!
A w poniedziałek prawdopodobnie jadę spotkać się ze znajomymi w Londynie. Nie wiem jeszcze jak to wyjdzie, bo z pieniędzmi słabo... ALE! UWAGA UWAGA, NIUS BIULETYN!
Odezwali się do mnie w sprawie pracy. Będę robił tłumaczenia - póki co pierwsze tłumaczenie strony internetowej które potencjalnie zapewni mi 75 funtów. To zawsze coś. Nie jestem jakoś bardzo optymistycznie nastawiony, bo muszę uważać czy to nie jakaś podpucha - ale raczej nie, bo zostałem znaleziony przez odpowiedzialny portal. No i fajnie byłoby potem to kontynuować. Trzymajcie kciuki. Uratować mnie to nie uratuje, ale przynajmniej zmniejszę wydatki mojego taty - a to dla mnie ważne.
niedziela, 1 marca 2009
Aktualizacja w klimacie "Ech"
Ech...
Kurde, zmęczony jestem, a nic nie robię. Cóż za paradoks. Do napisania mam dwie prace nad którymi męczę się od dwóch tygodni i nie ma takiej siły żebym się za nie zabrał. A oddać muszę obydwie w piątek... Dzisiaj i jutro, koniec rozmowy, muszę usiąść.
Ech...
Oszczędzam jak mogę, póki co idzie nieźle. Poza tym że znowu kupiłem sobie gry... Wśród nich Clive Barker's Undying, co do którego miałem duże oczekiwania. Myślałem że będzie fajną horrorowatą grą akcji, z mocnym klimatem. Okazało się, że to momentami bardzo irytujący (ale chyba tylko ze względu na mój laptop - gra losowo zwalnia, przez co czasami przejście korytarzem trwa bardzo długo) zwyczajny FPS. Fajnie, że ma kilka straszących momentów, i możliwość walki "na dwie ręce" (lewa - broń, prawa - czary), ale poza tym - bez rewelacji. I bardzo krótka. Grałem w nią od piątku, a dzisiaj prawdopodobnie skończę...
Ech...
Paczka przyszła do nas we wtorek. Trochę jedzenia, gier, trochę rzeczy dla chomika. Fajnie. W środę przyszła paczka od Sainsbury's - zamówiliśmy zapas jedzenia na długo za 50 funtów. Tym razem płaciła Lin. Następne takie zakupy robię ja... o ile będę miał pieniądze, oczywiście...
Ech...
Rachunków nadal ani widu ani słychu. Czekam aż albo przyślą nam ostrzeżenie, albo odetną wodę i gaz... Beznadzieja. I co mamy zrobić? Iść do nich i się upomnieć "Ej, bo wiecie, wisimy wam kasę za ostatnie pół roku."? Jeszcze nam wlepią karę za takie tego odwlekanie...
Ech...
No, i ogólnie rzecz biorąc to tyle póki co. Nie bardzo mam co pisać więcej z interesujących rzeczy. A, mogę tylko wspomnieć że udało mi się wymienić Ghost Stories na Senji - wysyłam jutro prawdopodobnie do Niemiec. Muszę dzisiaj napisać recenzję... Albo olać i potem napisać ją tak czy siak - grałem w to bardzo dużo i tylko elementy będę musiał spisać z jakiejś listy.
Ech...
Ale przypomniało mi się - mam kolejny projekt gry, który w wersji beta jest już gotowy. Mam nadzieję go testować w tym tygodniu. A potem może uda się go podesłać do Z-Mana...
Kurde, zmęczony jestem, a nic nie robię. Cóż za paradoks. Do napisania mam dwie prace nad którymi męczę się od dwóch tygodni i nie ma takiej siły żebym się za nie zabrał. A oddać muszę obydwie w piątek... Dzisiaj i jutro, koniec rozmowy, muszę usiąść.
Ech...
Oszczędzam jak mogę, póki co idzie nieźle. Poza tym że znowu kupiłem sobie gry... Wśród nich Clive Barker's Undying, co do którego miałem duże oczekiwania. Myślałem że będzie fajną horrorowatą grą akcji, z mocnym klimatem. Okazało się, że to momentami bardzo irytujący (ale chyba tylko ze względu na mój laptop - gra losowo zwalnia, przez co czasami przejście korytarzem trwa bardzo długo) zwyczajny FPS. Fajnie, że ma kilka straszących momentów, i możliwość walki "na dwie ręce" (lewa - broń, prawa - czary), ale poza tym - bez rewelacji. I bardzo krótka. Grałem w nią od piątku, a dzisiaj prawdopodobnie skończę...
Ech...
Paczka przyszła do nas we wtorek. Trochę jedzenia, gier, trochę rzeczy dla chomika. Fajnie. W środę przyszła paczka od Sainsbury's - zamówiliśmy zapas jedzenia na długo za 50 funtów. Tym razem płaciła Lin. Następne takie zakupy robię ja... o ile będę miał pieniądze, oczywiście...
Ech...
Rachunków nadal ani widu ani słychu. Czekam aż albo przyślą nam ostrzeżenie, albo odetną wodę i gaz... Beznadzieja. I co mamy zrobić? Iść do nich i się upomnieć "Ej, bo wiecie, wisimy wam kasę za ostatnie pół roku."? Jeszcze nam wlepią karę za takie tego odwlekanie...
Ech...
No, i ogólnie rzecz biorąc to tyle póki co. Nie bardzo mam co pisać więcej z interesujących rzeczy. A, mogę tylko wspomnieć że udało mi się wymienić Ghost Stories na Senji - wysyłam jutro prawdopodobnie do Niemiec. Muszę dzisiaj napisać recenzję... Albo olać i potem napisać ją tak czy siak - grałem w to bardzo dużo i tylko elementy będę musiał spisać z jakiejś listy.
Ech...
Ale przypomniało mi się - mam kolejny projekt gry, który w wersji beta jest już gotowy. Mam nadzieję go testować w tym tygodniu. A potem może uda się go podesłać do Z-Mana...
piątek, 20 lutego 2009
poniedziałek, 16 lutego 2009
Video Blog?
Witam.
Próbowałem wam dzisiaj nagrać krótki klip video, który ważyłby około 10 mb i który mógłbym wrzucić na bloga i może robić to, jako zwykłe aktualizacje - bo po prawdzie, nie chce mi się już pisać... Ale po czterech próbach, doszedłem do następującego wniosku:
Także chwilowo nie spodziewajcie się, że będę tutaj zamieszczał jakieś swoje video.
No, może co najwyżej jakieś durne klipy.
I wybaczcie, że nie będzie nic konstruktywnego, ale nie chce mi się pisać tego, co próbowałem cztery razy przekazać przez kamerkę.
Głupia kamerka.
Próbowałem wam dzisiaj nagrać krótki klip video, który ważyłby około 10 mb i który mógłbym wrzucić na bloga i może robić to, jako zwykłe aktualizacje - bo po prawdzie, nie chce mi się już pisać... Ale po czterech próbach, doszedłem do następującego wniosku:
Także chwilowo nie spodziewajcie się, że będę tutaj zamieszczał jakieś swoje video.
No, może co najwyżej jakieś durne klipy.
I wybaczcie, że nie będzie nic konstruktywnego, ale nie chce mi się pisać tego, co próbowałem cztery razy przekazać przez kamerkę.
Głupia kamerka.
środa, 11 lutego 2009
Dzień wolny od uczelni
Zrobiłem sobie dzisiaj wolne, żeby się porządnie wyspać. Wieczorem idziemy do Dave'a grać w Battlestar Galacticę. W ostatnim czasie wydarzyło się sporo rzeczy o małym znaczeniu, i prawie nic o dużym. Pracy nie ma dalej, kasy prawie też już nie. Z tego wszystkiego staram się sprzedać kilka moich planszówek. Ghost Stories mam nadzieję wymienić na coś fajnego, najchętniej Dominion - ale póki co nie znalazłem chętnych do takiej wymiany. Pozbywam się też Warcrafta wraz z dodatkiem, ale póki co nie znalazłem nikogo chętnego ani do kupna, ani do wymiany. Kłopot z wymianą na BoardGame Geeku jest taki, że ludzie mają w cholerę tytułów w "Want in Trade", ale żadnych w "For Trade". Innymi słowy - sporo rzeczy chcieliby na zasadzie wymiany, ale nie mają czym się wymieniać.
No i jest pakiet gier po Polsku wystawiony na GrachPlanszowych.pl - póki co zero zainteresowania. Wygląda na to, że pójdzie wcześniej czy później, ale za jakiś bezcen. Na razie cena to 115 złotych wraz z wliczoną już przesyłką. W pakiecie jest Wiochmen 2, Mag Blast, Inwigilacja oraz Wiedźmin: Przygodowa Gra Karciana. Jeśli ktoś z was jest zainteresowany, dajcie znać. Potrzebuję pieniędzy.
Na razie tyle, wracam do czytania tego co dzisiaj robiliśmy na wykładzie z Literatury. Nie zamierzam z powodu swojej nieobecności tracić wiedzy.
No i jest pakiet gier po Polsku wystawiony na GrachPlanszowych.pl - póki co zero zainteresowania. Wygląda na to, że pójdzie wcześniej czy później, ale za jakiś bezcen. Na razie cena to 115 złotych wraz z wliczoną już przesyłką. W pakiecie jest Wiochmen 2, Mag Blast, Inwigilacja oraz Wiedźmin: Przygodowa Gra Karciana. Jeśli ktoś z was jest zainteresowany, dajcie znać. Potrzebuję pieniędzy.
Na razie tyle, wracam do czytania tego co dzisiaj robiliśmy na wykładzie z Literatury. Nie zamierzam z powodu swojej nieobecności tracić wiedzy.
piątek, 30 stycznia 2009
Hear ye, hear ye...
Świeże (w miarę wieści):
1) w środę spotkaliśmy się z Davem i Tracy. Zagraliśmy dwa razy w Dominion, który okazał się inny niż się spodziewałem, ale i tak bardzo dobry - obowiązkowy zakup na urodziny. No i raz w Shadows over Camelot, prawdopodobnie powtórzymy to w tę środę.
2) kupiłem sobie ostatnie (mam nadzieję...) gry komputerowe przed wakacjami: obydwie części Knights of the Old Republic. Przypominam sobie pierwszą, którą przedstawiam aktualnie Lin. Druga może z jakiegoś powodu nie pójść, przynajmniej według CanYouRunIt?, ale w sumie obie gry są oparte na tym samym silniku, więc nie wiem czemu miałoby nie...
3) a gram ostatnio głównie w Frets on Fire. Ściągnąłem sobie jakąś chorą ilość paków, mam całego Guitar Hero 1 i 2 w wersji na tę grę. Będę ściągał chyba jeszcze Rock Bandy, bo są w jednym pakiecie. Fajna gierka, ale pewnie wkrótce mi się znudzi. Strasznie męczy oczy i palce.
4) jeśli o moje projekty chodzi - przestój. Po odłożeniu na bok Game Noir (wspólna decyzja moja i Lin, bo był to jej pomysł i nie podobało się jej moje dotychczasowe opracowanie) nie mam za bardzo czym się zajmować. Kusi mnie żeby pisać RPGa, albo chociaż rozpisać scenariusz na cRPGa, podobnie jak robiłem dla TPSA - żałuję teraz że nie zdecydowałem się na ambitniejszy projekt niż "Wrota", ale po prawdzie był prosty bo spodziewałem się, że takiego będą szukać... Tak to jest jak się pisze w zasadach konkursu "Napisz co ci pasuje"...
5) na uczelni zbliża się czas kiedy będę musiał zabrać się za pisanie jakichś prac. Czytam aktualnie książkę Martina Amisa pt. "Time's Arrow". Dość ciekawa, choć czyta się ją wolno.
6) a dzisiaj kolejna lekcja z Kamfwą i, prawdopodobnie, Tomem. Nie wiem co z nim, bo musiał wziąć dzisiaj córkę do dentysty, ale podejrzewam że jeśli to nic poważnego powinno udać mu się wyrobić na 12.30. Nawet jeśli nie, poprowadzę mu lekcję niezależnie od Kamfwy, bo mam potem czas, a on ma chyba swój gabinet na wydziale.
7) GRAĆ MI SIĘ CHCE! Planszówki, RPGi... Zrobiliśmy Lin postać do Earthdawna (Wietrzniak Trubadur), ale zobaczymy jak będzie z graniem. Jedyna rzecz która mi się nie podoba w mieszkaniu w Rochester - w soboty nie mogę chodzić na spotkania Adventure Society...
8) dowiem się co z pracą prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. Przydałoby się, żeby coś się udało, bo inaczej będzie krucho. Pieniędzy mam już tylko na nadchodzący miesiąc, a i nie jestem pewien czy cały.
1) w środę spotkaliśmy się z Davem i Tracy. Zagraliśmy dwa razy w Dominion, który okazał się inny niż się spodziewałem, ale i tak bardzo dobry - obowiązkowy zakup na urodziny. No i raz w Shadows over Camelot, prawdopodobnie powtórzymy to w tę środę.
2) kupiłem sobie ostatnie (mam nadzieję...) gry komputerowe przed wakacjami: obydwie części Knights of the Old Republic. Przypominam sobie pierwszą, którą przedstawiam aktualnie Lin. Druga może z jakiegoś powodu nie pójść, przynajmniej według CanYouRunIt?, ale w sumie obie gry są oparte na tym samym silniku, więc nie wiem czemu miałoby nie...
3) a gram ostatnio głównie w Frets on Fire. Ściągnąłem sobie jakąś chorą ilość paków, mam całego Guitar Hero 1 i 2 w wersji na tę grę. Będę ściągał chyba jeszcze Rock Bandy, bo są w jednym pakiecie. Fajna gierka, ale pewnie wkrótce mi się znudzi. Strasznie męczy oczy i palce.
4) jeśli o moje projekty chodzi - przestój. Po odłożeniu na bok Game Noir (wspólna decyzja moja i Lin, bo był to jej pomysł i nie podobało się jej moje dotychczasowe opracowanie) nie mam za bardzo czym się zajmować. Kusi mnie żeby pisać RPGa, albo chociaż rozpisać scenariusz na cRPGa, podobnie jak robiłem dla TPSA - żałuję teraz że nie zdecydowałem się na ambitniejszy projekt niż "Wrota", ale po prawdzie był prosty bo spodziewałem się, że takiego będą szukać... Tak to jest jak się pisze w zasadach konkursu "Napisz co ci pasuje"...
5) na uczelni zbliża się czas kiedy będę musiał zabrać się za pisanie jakichś prac. Czytam aktualnie książkę Martina Amisa pt. "Time's Arrow". Dość ciekawa, choć czyta się ją wolno.
6) a dzisiaj kolejna lekcja z Kamfwą i, prawdopodobnie, Tomem. Nie wiem co z nim, bo musiał wziąć dzisiaj córkę do dentysty, ale podejrzewam że jeśli to nic poważnego powinno udać mu się wyrobić na 12.30. Nawet jeśli nie, poprowadzę mu lekcję niezależnie od Kamfwy, bo mam potem czas, a on ma chyba swój gabinet na wydziale.
7) GRAĆ MI SIĘ CHCE! Planszówki, RPGi... Zrobiliśmy Lin postać do Earthdawna (Wietrzniak Trubadur), ale zobaczymy jak będzie z graniem. Jedyna rzecz która mi się nie podoba w mieszkaniu w Rochester - w soboty nie mogę chodzić na spotkania Adventure Society...
8) dowiem się co z pracą prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. Przydałoby się, żeby coś się udało, bo inaczej będzie krucho. Pieniędzy mam już tylko na nadchodzący miesiąc, a i nie jestem pewien czy cały.
sobota, 24 stycznia 2009
Ciężka dola projektanta gier...
Testowaliśmy dzisiaj ponownie mój projekt Noir. Choć dodałem kilka rzeczy które sprawiają że gra się lepiej, nadal jest ten sam problem. Próbuję go rozwiązać, ale idzie raczej jak po grudzie. Nie ma się co spieszyć - przedstawię grę ewentualnemu wydawcy dopiero jak będzie definitywnie ukończona. Inna sprawa że testuję póki co tylko dla dwóch graczy, bo nie było okazji spotkać się ani z Davem ani ze Stuartem...
Poznałem w czwartek nowego wykładowcę. Nazywa się Tom Boncza-Tomaszewski i jest Polakiem ze strony ojca. Jest też dziennikarzem i pisarzem, a wykłada Writing in the Media. Wygląda na to że będzie to bardzo ciekawy kurs który poszerzy moje horyzonty, więc ekstra. Okazało się też, że chce się uczyć polskiego, bo w maju jedzie do Krakowa. Będę go uczył w piątki, podobnie jak Kamfwę.
Pierwszą lekcję już przeprowadziłem, choć było to głównie dla niej przypomnienie tego czego się uczyła i ustalenie mniej więcej czego mam jej uczyć i co ją interesuje. Próbowałem zdobyć dla niej jakąś Polską komedię z napisami angielskimi, ale nie mają tego u nas w bibliotece, a w internecie ciężko o takie rzeczy. Może uda mi się załatwić jakiś film animowany z dubbingiem i napisami, ale pewnie będzie równie trudno.
Jeśli ktoś z was chciałby wpaść do Rochester w ramach wycieczki, jest lokum do wynajęcia na 5 dni za 100 funtów. Puste mieszkanie w którym można się zatrzymać. Oczywiście "Subject to Availability" czyli pod warunkiem że nikt nie będzie tam w danej chwili mieszkał. Jest to drugie mieszkanie naszych gospodarzy.
Poznałem w czwartek nowego wykładowcę. Nazywa się Tom Boncza-Tomaszewski i jest Polakiem ze strony ojca. Jest też dziennikarzem i pisarzem, a wykłada Writing in the Media. Wygląda na to że będzie to bardzo ciekawy kurs który poszerzy moje horyzonty, więc ekstra. Okazało się też, że chce się uczyć polskiego, bo w maju jedzie do Krakowa. Będę go uczył w piątki, podobnie jak Kamfwę.
Pierwszą lekcję już przeprowadziłem, choć było to głównie dla niej przypomnienie tego czego się uczyła i ustalenie mniej więcej czego mam jej uczyć i co ją interesuje. Próbowałem zdobyć dla niej jakąś Polską komedię z napisami angielskimi, ale nie mają tego u nas w bibliotece, a w internecie ciężko o takie rzeczy. Może uda mi się załatwić jakiś film animowany z dubbingiem i napisami, ale pewnie będzie równie trudno.
Jeśli ktoś z was chciałby wpaść do Rochester w ramach wycieczki, jest lokum do wynajęcia na 5 dni za 100 funtów. Puste mieszkanie w którym można się zatrzymać. Oczywiście "Subject to Availability" czyli pod warunkiem że nikt nie będzie tam w danej chwili mieszkał. Jest to drugie mieszkanie naszych gospodarzy.
środa, 21 stycznia 2009
Zmęczenie...
Tak, dla mnie chyba nie ma odpowiedniej ilości snu.
Spałem długo przed tym tygodniem, często nawet 10 godzin. Dziś w nocy nie mogłem zasnąć, spałem jakieś 4 z kawałkiem. Jak się domyślacie - jestem wypruty. Spałem w pociągu i ogólnie rzecz biorąc czuję się średniawo.
No, ale mam też dobre wieści.
1) 64% - tyle dostałem z drugiego eseju z Literatury, co daje mi na koniec semestru ocenę około 67%. Nieźle jak na pierwsze miesiące studiów tutaj.
2) zacząłem nowy moduł - nazywa się English Through the Ages i będzie bardzo ciekawy. Zajmować się tam będziemy Old English (ten sprzed roku 1066 i późniejszy saksoński), Middle-English (po erze normańskiej), oraz dalej, przez Modern English (język Shakespeare'a) oraz współczesny angielski i jego odmiany. Także coś w sam raz dla mnie.
3) odezwał się nowy potencjalny znajomy planszówkowy z Rochester. Co prawda skończyło się póki co na wymianie GeekMaila, ale liczę na to, że uda się nawiązać znajomość. Nie odkryję ameryki mówiąc że chce mi się wybitnie grać...
Na razie tyle. Idę spać.
Spałem długo przed tym tygodniem, często nawet 10 godzin. Dziś w nocy nie mogłem zasnąć, spałem jakieś 4 z kawałkiem. Jak się domyślacie - jestem wypruty. Spałem w pociągu i ogólnie rzecz biorąc czuję się średniawo.
No, ale mam też dobre wieści.
1) 64% - tyle dostałem z drugiego eseju z Literatury, co daje mi na koniec semestru ocenę około 67%. Nieźle jak na pierwsze miesiące studiów tutaj.
2) zacząłem nowy moduł - nazywa się English Through the Ages i będzie bardzo ciekawy. Zajmować się tam będziemy Old English (ten sprzed roku 1066 i późniejszy saksoński), Middle-English (po erze normańskiej), oraz dalej, przez Modern English (język Shakespeare'a) oraz współczesny angielski i jego odmiany. Także coś w sam raz dla mnie.
3) odezwał się nowy potencjalny znajomy planszówkowy z Rochester. Co prawda skończyło się póki co na wymianie GeekMaila, ale liczę na to, że uda się nawiązać znajomość. Nie odkryję ameryki mówiąc że chce mi się wybitnie grać...
Na razie tyle. Idę spać.
niedziela, 18 stycznia 2009
Update po mniej niż tygodniu przerwy?
Niemożliwe!
A jednak.
Więc, przede wszystkim - chcę się pochwalić swoim nowym projektem: grą planszową, nazwaną póki co "The Game Noir". Nie daję póki co żadnych szczegółów, poza tym że gdy będzie już gotowa zostanie wysłana do Z-Man Games z propozycją "Wydajcie mi". Zobaczymy co powiedzą. Dla ciekawskich - sneak preview:

A jednak.
Więc, przede wszystkim - chcę się pochwalić swoim nowym projektem: grą planszową, nazwaną póki co "The Game Noir". Nie daję póki co żadnych szczegółów, poza tym że gdy będzie już gotowa zostanie wysłana do Z-Man Games z propozycją "Wydajcie mi". Zobaczymy co powiedzą. Dla ciekawskich - sneak preview:
Na obrazku jest wszystko, czego (póki co) używa się do gry. Co bardziej spostrzegawczy może rozpoznają zapożyczone do tego prototypu elementy - żetony z 300: The Board Game, kostki i skrzynia z Shoguna, oraz figurka Hydraliska ze Starcraft: The Board Game oraz znacznik inicjatywy z Saigo no Kane. Póki co testowałem tylko wersję dwuosobową, ale gra docelowa ma "obsługiwać" pięciu uczestników. Ponieważ to wczesna wersja gry, wiele może się jeszcze zmienić. I prawdopodobnie tak się stanie - czegoś jeszcze brakuje temu projektowi.
Z innych wieści - otrzymaliśmy pierwszy rachunek i jest on zaskakująco niski: jedynie niecałe 50 funtów za cztery miesiące elektryczności. Oby tak dalej, a będzie dobrze.
We wtorek (czyli z waszej perspektywy: jutro) wracam na uczelnię. Trzeba mi będzie wpaść znowu w rytm wczesnego wstawania, bo ostatnio nie jestem w stanie się podnieść przed 10. No i będzie trzeba czytać.
A dzisiaj byliśmy z Lin w lokalnym muzeum - bardzo ciekawe, aż zaskakuje ile interesujących rzeczy można się dowiedzieć o Rochester i całej okolicy (Medway, od rzeki). Okazuje się, że żyjemy w zdecydowanie najbardziej bogatym historycznie mieście w tym rejonie. Na pewno zabiorę tam moją mamę i siostrę.
Jutro zakupy i może odwiedzimy Katedrę. Byliśmy tam dzisiaj, ale tylko pobieżnie, poza tym chcemy wpaść na herbatę do tamtejszego Tea Roomu i ogrodów - szczególnie że pogoda ostatnimi dniami sprzyja: ładnie, słonecznie, trochę wieje, ale nie jest zbyt zimno.
Zapraszam na Bestiariusz, wpadł dzisiaj dość długi tekst mojego autorstwa na temat muzyki z gier komputerowych.
Póki co tyle, wracam do oglądania nowego Bonda (czy też raczej Bourne'a), "Quantum of Solace".
Z innych wieści - otrzymaliśmy pierwszy rachunek i jest on zaskakująco niski: jedynie niecałe 50 funtów za cztery miesiące elektryczności. Oby tak dalej, a będzie dobrze.
We wtorek (czyli z waszej perspektywy: jutro) wracam na uczelnię. Trzeba mi będzie wpaść znowu w rytm wczesnego wstawania, bo ostatnio nie jestem w stanie się podnieść przed 10. No i będzie trzeba czytać.
A dzisiaj byliśmy z Lin w lokalnym muzeum - bardzo ciekawe, aż zaskakuje ile interesujących rzeczy można się dowiedzieć o Rochester i całej okolicy (Medway, od rzeki). Okazuje się, że żyjemy w zdecydowanie najbardziej bogatym historycznie mieście w tym rejonie. Na pewno zabiorę tam moją mamę i siostrę.
Jutro zakupy i może odwiedzimy Katedrę. Byliśmy tam dzisiaj, ale tylko pobieżnie, poza tym chcemy wpaść na herbatę do tamtejszego Tea Roomu i ogrodów - szczególnie że pogoda ostatnimi dniami sprzyja: ładnie, słonecznie, trochę wieje, ale nie jest zbyt zimno.
Zapraszam na Bestiariusz, wpadł dzisiaj dość długi tekst mojego autorstwa na temat muzyki z gier komputerowych.
Póki co tyle, wracam do oglądania nowego Bonda (czy też raczej Bourne'a), "Quantum of Solace".
środa, 14 stycznia 2009
Tak, nadal tu jestem...
Ponad tydzień milczenia, a to dlatego że w poniedziałek, po przejrzeniu chorej ilości komiksów internetowych w oczekiwaniu na paczkę, okazało się że zostało mi tylko 20 mb na trzy dni. Potem jedno dłuższe posiedzenie z Boardgame Geekiem i nagle zostało tylko 6. No i tak przesiedziałem do dzisiaj, do północy...
Więc po kolei - jako się rzekło, paczka. A w niej kilka gier, dużo herbat, dużo słodyczy i trochę rzeczy dla chomika, m.in. toaletka. Póki co - kompletna porażka. Chomik jedynie z zapamiętaniem rozkopuje żwirek. Poza tym, spędza teraz noce w łazience, bo upodobał sobie zagryzanie plastikowych elementów klatki o trzeciej w nocy, co robi okropny hałas który mnie budzi. Dajemy mu dzisiaj kolejną szansę. Może jak za każdym razem będę go wynosił, w końcu się nauczy, że może obgryzać co innego. W ostateczności będzie spał wciąż w łazience. W końcu muszę się wysypiać, od przyszłego tygodnia wracam na uczelnię.
A jutro krótka wizyta tam, bo muszę oddać pracę. Skończyłem ją w piątek, więc od tego momentu w zasadzie się lenię, chociaż sporo pisałem - kilka artykułów na Bestiariusz, do tego odrobina pracy nad swoimi projektami (znacznie mniej niż planowałem) i recenzja Saigo na Kane na Boardgame Geek. Dzisiejszy dzień był pod tym względem intensywny, ale ogólnie rzecz biorąc był kiepski - źle się czułem i w zasadzie nie było mnie stać na wiele aktywności... Co do prac z uniwersytetu - dostałem 66/100 punktów z pracy na Contemporary International Relations Theory. Aż się zdziwiłem - takiego lania wody i improwizowania "na pniu" dawno nie robiłem.
Dalej szukam pracy - poszły CV do kilkunastu miejsc, z czego tylko w dwóch szukają kogoś do pracy. Liczę znów na Juliana Graves'a (sklep z bakaliami, owocami i orzechami), bo znowu jest możliwość pracy w weekendy - a to niedaleko i sympatycznie, więc czemu nie.
Byliśmy we wtorek z Lin na kolacji w restauracji malajsko-tajskiej "Blue Rays". Bardzo dobre jedzenie w miarę przystępnej cenie jak na miejsce na High Street. Za 2 zupy, przystawkę, dwa dania, herbatę i dużą miskę pysznego ryżu (+ darmowe prażynki krewetkowe!) zapłaciliśmy 30 funtów. Byliśmy tak zadowoleni, że dorzuciliśmy 5 funtów napiwku. Ekstra, na pewno tam wrócimy jak tylko coś zaoszczędzimy.
Z mniej pozytywnych kwestii finansowych - nadal nie przyszły do nas rachunki. Jutro idę zapytać w naszej agencji czy coś wiedzą o tym, bo boimy się odsetek. Jeśli nam dowalą czymś większym, będzie problem - moje zapasy pieniężne to póki co, według planu, jakoś do końca lutego, przy czym będą teraz bardzo topnieć ze względu na dojazdy pociągowe. Także obawiamy się i liczymy na to, że wszystko jest ok i uda się załatwić to w miarę dobrze.
Z innych ciekawostek - moja mama, siostra i jej facet przyjeżdżają "do mnie" na Wielkanoc. Odwiedzą Rochester, Canterbury i Londyn. Jestem na etapie szukania im miejsca, mam jedno w którym Lin spędziła kilka dni gdy była tutaj rok temu. Bardzo sympatyczna gospodyni, śliczny dom i w miarę przystępne ceny. Oby się dało załatwić w tym terminie.
Póki co tyle. Napiszę jak będzie o czym. Stay tuned.
Więc po kolei - jako się rzekło, paczka. A w niej kilka gier, dużo herbat, dużo słodyczy i trochę rzeczy dla chomika, m.in. toaletka. Póki co - kompletna porażka. Chomik jedynie z zapamiętaniem rozkopuje żwirek. Poza tym, spędza teraz noce w łazience, bo upodobał sobie zagryzanie plastikowych elementów klatki o trzeciej w nocy, co robi okropny hałas który mnie budzi. Dajemy mu dzisiaj kolejną szansę. Może jak za każdym razem będę go wynosił, w końcu się nauczy, że może obgryzać co innego. W ostateczności będzie spał wciąż w łazience. W końcu muszę się wysypiać, od przyszłego tygodnia wracam na uczelnię.
A jutro krótka wizyta tam, bo muszę oddać pracę. Skończyłem ją w piątek, więc od tego momentu w zasadzie się lenię, chociaż sporo pisałem - kilka artykułów na Bestiariusz, do tego odrobina pracy nad swoimi projektami (znacznie mniej niż planowałem) i recenzja Saigo na Kane na Boardgame Geek. Dzisiejszy dzień był pod tym względem intensywny, ale ogólnie rzecz biorąc był kiepski - źle się czułem i w zasadzie nie było mnie stać na wiele aktywności... Co do prac z uniwersytetu - dostałem 66/100 punktów z pracy na Contemporary International Relations Theory. Aż się zdziwiłem - takiego lania wody i improwizowania "na pniu" dawno nie robiłem.
Dalej szukam pracy - poszły CV do kilkunastu miejsc, z czego tylko w dwóch szukają kogoś do pracy. Liczę znów na Juliana Graves'a (sklep z bakaliami, owocami i orzechami), bo znowu jest możliwość pracy w weekendy - a to niedaleko i sympatycznie, więc czemu nie.
Byliśmy we wtorek z Lin na kolacji w restauracji malajsko-tajskiej "Blue Rays". Bardzo dobre jedzenie w miarę przystępnej cenie jak na miejsce na High Street. Za 2 zupy, przystawkę, dwa dania, herbatę i dużą miskę pysznego ryżu (+ darmowe prażynki krewetkowe!) zapłaciliśmy 30 funtów. Byliśmy tak zadowoleni, że dorzuciliśmy 5 funtów napiwku. Ekstra, na pewno tam wrócimy jak tylko coś zaoszczędzimy.
Z mniej pozytywnych kwestii finansowych - nadal nie przyszły do nas rachunki. Jutro idę zapytać w naszej agencji czy coś wiedzą o tym, bo boimy się odsetek. Jeśli nam dowalą czymś większym, będzie problem - moje zapasy pieniężne to póki co, według planu, jakoś do końca lutego, przy czym będą teraz bardzo topnieć ze względu na dojazdy pociągowe. Także obawiamy się i liczymy na to, że wszystko jest ok i uda się załatwić to w miarę dobrze.
Z innych ciekawostek - moja mama, siostra i jej facet przyjeżdżają "do mnie" na Wielkanoc. Odwiedzą Rochester, Canterbury i Londyn. Jestem na etapie szukania im miejsca, mam jedno w którym Lin spędziła kilka dni gdy była tutaj rok temu. Bardzo sympatyczna gospodyni, śliczny dom i w miarę przystępne ceny. Oby się dało załatwić w tym terminie.
Póki co tyle. Napiszę jak będzie o czym. Stay tuned.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

