poniedziałek, 29 grudnia 2008

Podstawowy błąd strategiczny...

Wyszliśmy dzisiaj na zakupy, docelowo spożywcze. Po drodze wstąpiliśmy jednak do sklepu ze zwierzakami zobaczyć chomiki, z założeniem że kupimy sobie dopiero po nowym roku. Mimo tego, wróciliśmy do domu z klatką, jedzeniem, trocinami, kulką do biegania, obgryzaczami i, oczywiście, jego Chomikowatością Edwardem I Humptingtonem. Jedzenia prawie nie kupiliśmy.
Mamy nadzieję że Edziu się u nas zaaklimatyzuje i że będzie mu tutaj dobrze. Będziemy o niego oczywiście dbać.
Wrzucę zdjęcie jak się bardziej oswoi.

piątek, 26 grudnia 2008

Powrót do Anglii

Ostatnie 10 dni (niecałe) spędziłem w Polsce. Nie pisałem nic, bo się relaksowałem. Miałem kilka przygód w drodze do Polski, najważniejszą i najbardziej dotkliwą była chyba konieczność usunięcia z bagażu dwóch butelek - po jednej Rochester Ginger i Mulled Berry Punch (obydwa napoje bezalkoholowe!). Do domu trafiło ich więc mniej, natomiast o jedna więcej do pani w kantorze i wycieczce chyba niemieckich uczniaków. To drugie było raczej marnotrawstwem, ale jeśli im smakowało, to dobrze.
W Polsce spotkałem się z Julką, Łukaszem, Arkiem i Januszem (piątek), Mateuszem (sobota), Armen i Jokiem w Busko Zdroju (niedziela), Mateuszem, Maćkiem i Julką (poniedziałek) oraz Jaśkiem i Wojtkiem (wtorek). Jak widzicie, namnożyło mi się tych spotkań. Tak to jest jak ma się dużo znajomych. Wszystkich niewymienionych, a chętnych, przepraszam - ale niestety dzień ma tylko 24h, a kobieta w Anglii czeka i tęskni...
I ja też, oczywiście. Dobrze będzie wrócić do Rochester, mimo tego że jest to też powrót do kłopotów finansowych (aktualnie mam zapasy do końca lutego, pod warunkiem że będę oszczędzał). Powrót do studiów to mniejszy kłopot, chociaż trzeba przyznać - w 10 dni człowiek jest się w stanie poważnie rozleniwić.
Nie wykonałem niestety planu na ten wyjazd. Miałem skończyć Quake 4, Stronghold 2 i Wiedźmina (był to plan minimum, zaznaczam), udało mi się tylko z pierwszym tytułem, potem jakoś straciłem parę do grania. Za to napisałem kilka recenzji na Bestiariusz a i wena wróciła na tyle, że prawdopodobnie kilka kolejnych powstanie w najbliższych dniach.
Wśród prezentów które otrzymałem były marcepan i krówki (które przywożę do Lin i będziemy jeść je wspólnie), skarpetki i bokserki, płyta z muzyką Chopina (już zgrana na USB i oczekująca transportu - cóż za profanacja!), sporo słodkości (zjedzone) oraz Ghost Stories. Jest to bardzo trudna planszówka - póki co na 13 rozgrywek mogę policzyć tylko jedno zwycięstwo. Ciężko powiedzieć, czy winika to z charakteru gry, czy też z mojego braku umiejętności... chyba z tego drugiego, niestety, bo jest wielu ludzi którzy grają na wyższych poziomach trudności i radzą sobie dobrze. Najwyraźniej uczę się wolniej niż inni, ewentualnie brak mi szczęścia w kartach i kościach - co jest akurat faktem.
Co by tu jeszcze... 30 grudnia przyjeżdża do nas sofa, półki i pudełka z Ikei (pośpimy na porządnym łóżku, choć z drugiej strony będzie ono wybitnie biedne...), kupiliśmy też czajnik (po fałszywym alarmie wskazującym na jego śmierć) oraz Fallouta 3 za 20 funtów (promocja, kosztował 30). Zobaczę jak z graniem w niego, bo pójdzie tylko na komputerze Lin, więc może się okazać że nie za często dane mi będzie się nim bawić. Nie jest tak źle - na to akurat mam odłożone pieniądze. Zacząłem się martwić kwestią chomika, bo nadal go chcemy, ale ja osobiście nie bardzo mam na niego pieniądze. Może być różnie, ale i tak zapewne go kupimy.
Aha, tak mi się przypomniało - kot się na mnie obraził. Nie spał ze mną ani razu przez te dni. Smutno mi z tego powodu. Będzie mi go brakowało nadal tak samo, nie zdołałem się nim nawet nacieszyć...
I szykuje się paczka po weekendzie noworocznym. W niej głównie herbaty, trochę gier, sporo jedzenia i odrobinę elektroniki.
A'propo gier - wydali dodatek do Starcrafta. Póki co planuję go dostać na urodziny, bo nie znam jeszcze za dobrze gry podstawowej, a poza tym nie rozszerza on na tylu elementów żeby stać się obowiązkowym zakupem. Jest okropnie drogi (185 złotych).
To by było na tyle. Do usłyszenia zapewne w nowym roku. Cheers.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Przygotowania do powrotu

Esej skończony wczoraj, mogę się wreszcie zrelaksować...
Nie do końca - mam do przygotowania swój nocny wyjazd w środę. Trzynaście minut po północy wsiadam w pociąg do Londynu a stamtąd (i parę przesiadek dalej) na lotnisko w Luton. Zakupy zrobione (prawie), zacząłem się powoli pakować. Jutro oddać esej i kwestie uczelniane będą zamknięte. Środę spędzam z Lin, pójdziemy jeszcze na zakupy - muszę kupić sobie jakieś żarcie na podróż, a poza tym muszę, jak każdy samiec, donieść do domu zdobycze aby moja samiczka nie głodowała i nie musiała sama nosić...
Zapowiadają się intensywne święta... dużo spotkać i bardzo dużo gier do grania na moim DOBRYM komputerze. Ech, brakuje mi tego... ten laptop potrafi być iście diabelski... i gry go nie lubią.

wtorek, 9 grudnia 2008

Bez sukcesu

Właśnie ogłoszono wyniki konkursu. Nie dostałem się do finału. Najwyraźniej inne projekty były lepsze. Szkoda trochę - spędziłem nad tym sporo czasu, choć jak widać niewystarczająco dużo. No, ale to mi dużo ułatwia - nie muszę nikogo wysyłać do Warszawy, ani się przejmować moją nieobecnością podczas Gali Finałowej...
Cóż, mówi się trudno i siada się do kolejnego projektu... co zrobię jak tylko skończę pisać ostatni esej (przedostatni skończyłem, czy też wymęczyłem, wczoraj). Czeka mnie dużo wszelakiego pisania, jak tylko się do niego zabiorę.

piątek, 5 grudnia 2008

Grrrrr....

W związku z nadspodziewaną ilością prac konkursowych, które otrzymaliśmy, termin ogłoszenia listy finalistów został przesunięty na 9.12. 2008. Dziękujemy za wyrozumiałość. Termin Gali Finałowej nie ulegnie zmianie (16 grudnia 2008)

To już by chociaż termin gali też przesunęli ze środy (sic!) na piątek... wtedy mógłbym wziąć ewentualnie udział, jeśli w ogóle dostanę się do finału. Jak robią po tytułach albo autorach alfabetycznie, to mam z głowy, bo pewnie już mają dość tego czytania, a mój projekt nazywa się "Wrota"...

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Witam w Grudniu

I ponownie tydzień (a nawet ponad tydzień) przerwy...
No cóż, pogoda się poprawiła, humor też. Myszy nie hałasują tak jak się spodziewaliśmy, jest spokojnie - tylko od czasu do czasu coś "pipnie" albo zachrobocze. I spać się da.
W poniedziałek dostałem poprawiacza humoru od Secret Santy - "A Touch of Evil", świetną grę planszową z którą zdążyliśmy już zagrać z Lin 5 razy. Jest super, bardzo się nam podoba, a w środę prawdopodobnie przedstawimy ją Dave'owi i jego żonie.
Prezent do naszego celu w Secret Santa posłany za pośrednictwem Stuarta. Wiszę mu 30 funtów, będzie się trzeba spotkać na planszówkach żeby w coś zagrać i się rozliczyć.
Poza tym nadal nie napisałem żadnego z dwóch esejów (zostały dwa tygodnie). Ale powoli mi się już klaruje czego ode mnie oczekują.
Co by tam jeszcze... kolejne 30 funtów zeszło dzisiaj na 3 butelki Rochester Ginger, kolejne 3 butelki Rochester Mulled Berry Drink oraz 2 opakowania po 500 gram pistacji. Jako że mamy trochę pieniędzy w zapasie, ostatnio odrobinę sobie dogadzamy. Bez szaleństw, oczywiście - 4 z butelek wymienionych wyżej zabieram do Polski na święta w ramach prezentu dla rodziny.
Na święta wracam 17 grudnia, w czwartek. Potem w piątek odpocznę i się polenię, a w sobotę spotykam się z Julką, Mateuszem i Maćkiem - zapewne u mnie, na billard. Resztę świąt będę realnie odpoczywał, a wracam do Anglii chyba 27 grudnia. Lin będzie tęsknić, ja też... ale przywiozę jej trochę dobrych rzeczy na otarcie łez.
No nic, idę czytać materiały do esejów.

PS: w piątek wyniki konkursu TPSA, jeszcze nie ostateczne, ale finaliści zostaną wymienieni... Mam nadzieję, że mi się uda. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 23 listopada 2008

Surprise, surprise...

Cóż, mogłem się tego spodziewać. Mój pech chyba można oficjalnie nazwać epickim.
Myszy jest więcej. Ten fakt objawił się nam dosłownie przed godziną, gdy chcieliśmy zasnąć, a z szafki dobiegło nas "pip". I to nie to miłe, Pratchettowskie "pip" (niech to szlag, obrzydzi mi to chyba postać Śmierci Szczurów do końca życia...). Szukaliśmy myszy na półkach, ale na szczęście (a może nie), nie znaleźliśmy jej. Aktualnie jestem wstrząśnięty, nie zmieszany i nie wiem czy pójdę spać z powrotem (a jest po pierwszej...). Niby to tylko myszy, ale w tej sytuacji, kiedy jest realna szansa że będzie trzeba się z tym użerać przez kolejne kilka miesięcy, to są już AŻ MYSZY.
A żeby było śmieszniej, przyszedł do nas dzisiaj list od Medway Council - mamy do zapłacenia dodatkowe 450 funtów za okres od Września do Marca, za mieszkanie, dozór policyjny i ochronę od strażaków. Zabawne, prawda? A rachunki jeszcze nie przyszły, jak nam i nimi dowalą, to będzie już w ogóle ekstra.
Krótkie podsumowanie? Gdyby nie te wszystkie rzeczy które mnie tu trzymają (Lin, studia i zobowiązania pieniężne - np. czynsz który musimy opłacić do Września, niezależnie od tego kiedy się stąd wyprowadzimy), już by mnie tu nie było. Póki co ten wyjazd to cotygodniowa porażka, gdzieniegdzie polana słodkim sosem sukcesu... możecie się domyślić, że zaczął smakować dość gorzko, bo ciężko być optymistą, gdy los sobie drwi w tak okrutny sposób.

Jak w ogóle, do ciężkiej cholery, człowiek ma się tutaj utrzymać? Pracy nie ma, koszty rosną, trzeba użerać się z jakimiś abstrakcyjnymi problemami, a to wszystko tylko po to, żeby przeżyć Z DNIA NA DZIEŃ. Ten wyjazd jest bardzo, bardzo dużą próbą. I póki co jej nie zdaję. Powoli chyba siadają mi nerwy.

sobota, 22 listopada 2008

Garść wieści z ostatniego tygodnia

No to po kolei...
1) paczka przyszła w poniedziałek, niestety bardzo uszkodzona - nie upiekło się żadnemu z moich pudełek z grami: wszystkie są w taki czy w inny sposób poobijane, częściowo poważnie. Byłem bardzo zły, ale już mi przeszło. Teraz już mi tylko smutno jak patrzę na tych weteranów...
2) pograliśmy z Lin w planszowego Starcrafta. Wygląda na to, że jest fajny, ale sprawdzimy to jutro, gdy zagramy z Davem.
3) Dave okazał się być dość interesującym, miłym facetem u progu czterdziestki. Maluje abstrakcyjne obrazy, co jest dodatkowym fajnym faktem. Ma dwójkę dość małych dzieci (chyba 6,5 oraz 3 lata). Myślę że będziemy się dobrze dogadywać.
4) Zrobiliśmy sobie dzisiaj z Lin wczesne Mikołajki. Dostałem od niej paczkę plastikowych żołnierzyków (już kombinujemy jak zrobić z nich system do gry taktycznej i już coś mamy), dwa zestawy figurek do gry bitewnej opartej na Halo (z systemem opartym na rotacyjnych podstawkach), myśliwiec Anakina Skywalkera z klocków LEGO (możecie go obejrzeć na moim profilu na NaszejKlasie) oraz pięć komiksów i ładną łyżeczkę do herbaty. Ode mnie Lin dostała dwie pieczątki które bardzo się jej podobały, komiks Serenity, "Booze, Broads, & Bullets" - zbiór komiksów Franka Millera, oraz "The Long Road Home" - zbiór pierwszych pięciu komiksów o Rolandzie Deschain z Gilead, bohaterze "Mrocznej Wieży" Stephena Kinga. Wyszło nam dość komiksowo w tym roku...
5) Poza tym mamy myszy. Dzisiaj rano wydawało mi się, że coś widziałem. Okazało się, że nie były to omamy (a szkoda, już myślałem że oszalałem), a mała brązowa myszka która jakimś sposobem dostała się do mieszkania. Udało się nam ją wygonić, ale nim to zrobiliśmy było sporo krzyczenia i kombinowania. Na razie czekamy z kupowaniem odstraszaczy i innych takich. Jeśli to się znowu zdarzy (pytałem sąsiadów - i mają na strychu myszy, więc my zapewne też), zastanowimy się jak sobie z tym poradzić.
6) nadal nie skończyłem pracy - jestem do tyłu z planem. Muszę nadrobić w poniedziałek, inaczej się nie wyrobię z planami, a to nie byłoby najlepiej...

sobota, 15 listopada 2008

A miał to być dobry tydzień...

... wyszło natomiast jak zawsze. Pech, wydawałoby się, znowu zaczął mnie prześladować.
A więc, przede wszystkim: paczka od rodziców, w której jest sporo jedzenia i dużo gier, a na którą czekałem jak na światełko w tunelu (jako ostateczny poprawiacz humoru): nie przyszła, będzie dopiero w poniedziałek. W UK jest od środy, ale był jakiś błąd z kodem pocztowym (prawdopodobnie jakiś kretyn źle przepisał) i nie udało im się tego wykombinować w dwa dni, mimo tego, że mieli już poprawny kod w środę rano! Nie rozumiem tutaj dwóch rzeczy:
a) jakim cudem przez dwa dni z paczką nic się nie dzieje?
b) po jaką cholerę firma przewozowa chce, żeby im podawać numer komórkowy adresata, jeśli nawet w takiej sytuacji nie raczą zadzwonić?
Co więcej, aby być pewnym że uda mi się odebrać paczkę (i potem cały weekend cieszyć się jak głupi do sera), siedziałem cały czwartek i piątek w domu, omijając wykład i seminarium. Wykład co prawda i tak planowałem ominąć (tego dnia miałbym tylko ten jeden, nie chciało mi się jechać) ale wczorajszej literatury żałuję. W poniedziałek też powinienem być na seminarium (odrabiamy brak tegoż w tym tygodniu), ale nie będzie mnie prawdopodobnie, bo muszę czekać na tę przeklętą paczkę... Jeśli przyjdzie przed 12, to może się wybiorę, ale chyba będę sobie chciał wynagrodzić czekanie i stres jej otworzeniem. Tutaj nie rozumiem kolejnej rzeczy: dlaczego żadna firma nie prowadzi, bardzo sensownej chyba, polityki umawiania się z kurierem "na godzinę"? Mógłbym mu wtedy powiedzieć "Przyjedź pan o 11, a jak nie możesz, to o 17." i miałbym siedzenie z głowy...
A na dodatek wczoraj wieczorem na High Street stał samochód dostawczy DPD... czekałem z Lin przy nim jakieś 5-10 minut, bo liczyłem na to, że kierowca wyszedł tylko na chwilę (zostawił uchylone okno od strony kierownicy!). Mógł mieć moją paczkę, teoretycznie... już nawet sam bym doniósł te 30kg do domu, choćby miało to trwać całą noc. Przynajmniej dzisiaj bym się cieszył zamiast narzekać... ale muszę przestać, tak w ogóle, bo Lin już ze mną ledwo wytrzymuje...
Ale jeszcze ostatnia rzecz: nie mogę znaleźć materiałów do pracy którą muszę napisać na początek grudnia. Muszę zmienić temat i zacząć od zera, bo po prostu nigdzie nie ma informacji na temat który wybrałem...
A na koniec może trochę weselej: na Boardgame Geek rozpoczął się doroczny Secret Santa. Nie wiem czy o tym już pisałem, a nie chce mi się sprawdzać, więc w skrócie: losują cel któremu trzeba kupić grę "pod choinkę", a ty też prawdopodobnie dostaniesz coś od kogoś. Naszym jest Simon Robinson (nick: Bluenose) i właśnie szukamy na jego Wishliście czegoś taniego. Może my też coś dostaniemy? Niby nie o to chodzi, ale mnie właśnie o to chodzi - i wiem, że jest to wbrew duchowi świąt, ale po prostu bardzo lubię dostawać prezenty. Lin zresztą też.
Oby przyszły tydzień był lepszy...

piątek, 7 listopada 2008

...i update.

Ha, nie ma to jak otrzymanie wiadomości od dawno nie widzianego znajomego. Szczególnie, gdy się za nim nie przepada. Panie i panowie, odezwała się do mnie... Ironia. Wspólnie zresztą z znanym mi też dobrze Poczuciem Porażki.
Otóż, okazało się, że całe moje gromadzenie dokumentów do Access to Learning Fund, wysyłanie próśb o oficjalne pisma i etc. od początku do końca było pozbawione sensu. Dostałem złe informacje - od początku nie było sensu, żebym się o ten grant ubiegał, bo po prostu obowiązuje on tylko UK Home Students. Powiedziano mi inaczej, dając mi nadzieję, tylko po to żeby, jak zawsze w takiej sytuacji, los mógł zaśmiać mi się w twarz w ostatnim momencie (i na dodatek nieźle mnie przy tym opluć). Dobrze, że pani była miła - przynajmniej mnie to nie złamało...
Natomiast możecie się zakładać za ile miesięcy będę musiał stąd spadać ze względu na brak funduszy. Pogratuluję zwycięzcy.

Dobrze, że mam Lin - przynajmniej nie siedzę sam w domu myśląc jak sobie poradzę z opłatami. Chyba po prostu przestanę o tym myśleć. Dobrze, że moich rodziców stać na utrzymywanie mnie tutaj. Nie, żebym był jakoś bardzo dumny z tego, że ciągnę od nich prawie non-stop grube pieniądze. Wręcz mnie to wkurza i sprawia, że czuję się fatalnie.

Dobrze, że mam Lin... dobrze też, że mam gry. Mogę się odciąć od reszty świata i po prostu rzezać sobie w Diablo 2 albo Warcrafta 3. A teraz robimy to wspólnie z Lin, co jest jeszcze fajniejsze. Nie ma to jak łączenie dwóch swoich pasji w jednej czynności.

czwartek, 6 listopada 2008

Piątkowa noc...

Te moje aktualizacje robią się coraz rzadsze... Musicie wybaczyć: mam dużo pisania i czytania, poza tym dzieją się inne rzeczy. Ale po kolei:
1. Paczka z grami jest w przygotowaniu. Ma szansę wyruszyć w poniedziałek, a więc dojdzie prawdopodobnie pod koniec przyszłego tygodnia.
2. Jesteśmy umówieni ze Stuartem na niedzielę. Zagramy zapewne w Arkham Horror.
3. Ze spraw uczelnianych: dowiedziałem się, że jeden z moich esejów jest dopiero na 18 grudnia. Daje mi to więcej czasu. Niestety, dowiedziałem się też, że mój esej na Literaturę jest pudłem: będę musiał go przepisać. A to bardzo niedobrze, bo ciężko robi mi się takie prace za którymś podejściem.
4. Jeszcze co do literatury: zacząłem czytać "The Good Soldier". Jest jeszcze gorsza od poprzedniej książki - kompletnie niezajmująca, napisana nieciekawym, skomplikowanym językiem... Co jak co, ale te lektury na pewno nie są dobierane pod względem jakości fabuły...
5. Jutro idę po Access to Learning Fund. Co prawda nie mam wielu informacji których ode mnie wymagają, więc prawdopodobnie odeślą mnie z kwitkiem i każą przyjść kiedy indziej. Niestety, w większości nie wiem co gdzie wpisać albo nie wiem jakiego dokumentu ode mnie wymagają.
6. Kupiłem Warcrafta 3 wraz z dodatkiem za 15 funtów. Wiem, że nie powinienem wydawać pieniędzy na co innego niż podstawowe potrzeby, ale chciałem sobie kupić coś na poprawę humoru (ostatnio jest z tym trochę gorzej). A dzisiaj Lin udało się skonfigurować nam sieć i dzięki temu będziemy mogli grać wspólnie w Diablo 2 i Warcrafta 3, a także może kilka innych tytułów.
7. Kupiliśmy też tortille i przyprawę do fajitas. Wrzucamy do środka pokrojone nuggetsy, dużo sera i kukurydzę (ale tylko ja, Lin nie chciała) i otrzymujemy pyszny obiad / kolację. Miła odmiana, w sumie. Cieszę się, że w paczce z grami będzie też dużo dobrych herbat i trochę słodyczy z Polski. Nie ma to jak Kasztanki, mniam mniam.
8. Myślę, że nie muszę wspominać, że nie mamy pracy? To już chyba stało się faktem oczywistym... Obawiam się, że w tej kwestii niewiele się zmieni do końca tego roku, a pewnie nawet do wiosny...

środa, 29 października 2008

Reading Week - środa, a więc połowa

Od niedzieli niewiele się wydarzyło, ale:
1) dostaliśmy paczkę od rodziców Lin. Głównie jej ciuchy, ale do tego też szafeczka - zaprowadziliśmy trochę porządku w ubraniach i zrobiło się jakoś tak bardziej przytulnie.
2) niby miałem nie zajmować się swoimi projektami, ale dokończyłem pierwszą wersję instrukcji Testu na Maga o którym wspominałem miesiąc temu. No i dzisiaj jeszcze dopisałem do niego wariant dwuosobowy. Wysłałem obydwie rzeczy do Janusza (niektórzy z was mogą wiedzieć o kogo chodzi), mam nadzieję że znajdzie chwilę na rzucenie okiem na ten projekt.
3) Janusz i Laura powinni też dzisiaj odebrać dla mnie dwie gry: Saigo no Kane oraz Yukatan. Obydwie miały swoje premiery w Essen, na targach Spiel '08. Stąd też już wiem, że w paczce (której nie mogę się już doczekać) będzie Starcraft oraz dwa powyższe tytuły. Reszta też jest już raczej obmyślona.
4) A'propo gier - zagraliśmy wczoraj z Lin w "Fury of Dracula". Niestety, nie spodobało się jej. Trochę szkoda że się nudziła - to jedna z moich ulubionych gier.
5) Update jeśli o moje prace na uczelnie chodzi: Assignment na Language in the Media jest prawie skończony, "The French Lieutenant's Woman" skończone (ale końcówka beznadziejna, strasznie się męczyłem - a jeszcze muszę napisać o tym esej...), poza tym niewiele zrobione. Innymi słowy - jestem trochę do tyłu, ale się nie przejmuję. Muszę odsapnąć, może wyjść na jakiś spacer.
6) w sobotę jadę na uniwersytet po materiały do prac. Powinno mi się też udać wreszcie pojawić na spotkaniu Adventure Gaming Society.

niedziela, 26 października 2008

...i koniec tygodnia.

Tak rzadko robię update'y, że pewnie już nikt tu nie zagląda... ale, dla porządku, napiszę co u mnie.
1) wygrałem aukcję na Allegro, której przedmiotem był Starcraft: The Board Game. Skusiła mnie bardzo niska cena wywoławcza (80 złotych) i przez kilka dni miałem wylicytowane nieco ponad 90 złotych (co dałoby mi ponad 100 złotych oszczędności. Niestety, ktoś przebił do 150, ja natomiast postanowiłem że mogę maksymalnie zapłacić 160 (żeby zaoszczędzić w efekcie lekko ponad 50). Stanęło na 152,50 + 15 złotych przesyłki. Starcraft na pewno będzie główną zawartością kolejnej paczki od moich rodziców, teraz tylko muszę pomyśleć jakie jeszcze gry tam zapakować...

2) przyszły tydzień mam wolny od studiów: to tak zwany reading week, podczas którego mam teoretycznie pracować nad zaległymi materiałami i esejami. W praktyce to właśnie będę robił, a mam przygotować sporo:

- kilkuczęściową pracę z Language in the Media dotyczącą głównie Discourse Analysis
- prezentację na Politics in the Western European States na temat "To what extent do traditional cleavages still shape electoral choice?"
- counter-argument do prezentacji kolegi z seminarium na temat "It is our moral duty to intervene in situation of mass death through famine and genocide"
- dokończyć czytanie "The French Lieutenant's Woman" Johna Fowlesa, oraz zacząć czytać "The Good Soldier" Forda Madoxa Forda
- napisać pierwszą wersję eseju z Politics in the Western European States na temat "To what extent do traditional cleavages still shape electoral choice?"
- napisać pierwszą wersję eseju z Contemporary International Relations Theory na temat "Do ideas matter in International Politics?"

Przy czym te dwa ostatnie będę musiał prawdopodobnie odłożyć na przyszły tydzień, bo nie bardzo mam do nich materiały. Oddać je muszę do 1 grudnia, więc mam odrobinę czasu. W każdym bądź razie póki co muszę odłożyć moje prywatne projekty na bok - do grudnia mam kupę roboty, jak widać.

3. Pracy nadal nie ma, mimo tego że teoretycznie zaczął się już sezon świąteczny. Z tego co wiemy, nasze CV leżą w kilku miejscach - i wygląda na to, że tylko to robią. Pożyczki nadal nam nie przyznano - ale to pewnie dlatego że proces zajmuje chwilę.

4. A dotacja o którą się ubiegam wymaga ode mnie, żebym zdobył zaświadczenie o kosztach przejazdów. Napisałem w tej sprawie list, wysyłam go jutro do centrali lokalnej kolei.

poniedziałek, 20 października 2008

Bardzo interesujący poniedziałek...

Dzisiaj wydarzyły się dwie rzeczy:
1. Wysłałem wreszcie projekt. Po czterech tygodniach prac zakończyłem ten rozdział i teraz czekam tylko na szóstego grudnia, kiedy się dowiem czy cała ta robota była coś warta. Jako mały bonus, dwa zdjęcia:

Projekt przed zapakowaniem w kopertę - bez dokumentów.

Zapakowany w dużą kopertę i zaadresowany projekt, zaraz przed wysłaniem.

2. Przyszedł dzisiaj rachunek za internet - prawie czterokrotnie wyższy niż wg umowy powinien. Jest to problem, bo nie mamy pieniędzy żeby go zapłacić, a jeśli nawet to zrobimy, to zabraknie z kolei pieniędzy za czynsz. Prawdopodobnie w środę przejdziemy się do Orange zapytać ich dlaczego wyszło tak drogo i żeby nam dali wykaz z czego się to uzbierało. Nie zmienia to faktu - zapłacić będzie trzeba, i oszczędzać na internecie też... Żegnaj, włączone cały dzień GG, żegnaj, Last.fm, internetowy przekaz TokFM i parę innych rzeczy...


czwartek, 16 października 2008

Drugi post co sześć dni...

Nadal mam do robienia projekty, więc nadal nie piszę za dużo. Poza tym - niewiele się w sumie dzieje, ale co się dzieje, to opisuję:
1) umówiłem się na interview w sprawie Access to Learning Fund. Będzie to bodajże siódmego Listopada.
2) z prezentacją sobie poradziłem, ale okazuje się że na przyszły tydzień też muszę coś przygotować: tym razem pytania do prezentacji Hanny z Niemiec. Dość obcy mi temat, ale myślę że będzie ok - to nie jest wielkie wyzwanie. Poza tym Hanna jest sympatyczna.
3) nie dostałem pracy z ulotkami, od Juliana Graves'a (sklep z bakaliami) też nic. Wygląda na to, że chyba nici z pracowania w Anglii... co prawda moje CV leżą jeszcze w kilku miejscach, ale podejrzewam że to jedyne co robią.
4) okazało się, że deadline projektu jest dopiero 18 listopada. Dałem sobie dodatkowy tydzień - tym lepiej, bo po prostu nie mam teraz za bardzo weny. Ale muszę się przymusić i zakończyć to w weekend, żeby w poniedziałek wysłać. Choć i tak nie liczę na wiele, trzeba spróbować. Może chociaż miejsce na podium będzie...
5) okazało się, że paczka poszła tylko od moich rodziców - ale za to przybyła. Mamy odkurzacz i gry, może zagramy w przyszłym tygodniu ze Stuartem.
6) mam ochotę sobie coś kupić (za dużo czasu spędzam na Boardgame Geeku). I straszną, rosnącą ochotę na chinskie żarcie - dawno nie jedliśmy niczego w tych klimatach.
7) jest jeszcze pożyczka studencka na całkiem dobrych warunkach o którą będziemy się ubiegać. Jutro wysyłamy aplikacje. Da nam to po 3145 funtów (koszt pierwszego roku studiów), co pozwoli na opłacenie kilku czynszy, rachunków... i zjedzenie chinskiego jedzonka i pizzy... i może kupienia sobie jakiejś gry... hmm... No, ale ważniejsze że nie będę musiał liczyć tak każdego funta jak teraz i nie będę musiał martwić się kosztem dojazdów.

piątek, 10 października 2008

Long time no see

Jak pewnie zauważyliście była dłuższa przerwa w uaktualnianiu, a to dlatego, że nie miałem czasu pisać na bloga - byłem skupiony na pisaniu swojego projektu na konkurs. Dzisiaj jednak dowiedziałem się, że przedłużyli termin do 18 Listopada, więc stwierdziłem że z tej okazji opowiem co ostatnio u mnie.

1) postanowiłem ubiegać się o Access to Learning Fund - jeśli dostanę, to rozwiąże to moje problemy finansowe, co jest aktualnie priorytetem

2) zgłosiłem się nieopatrznie do zrobienia krótkiej prezentacji na temat tak zwanego security dilemma (Stosunki Międzynarodowe). Dlaczego nieopatrznie? Ponieważ wszelkie moje próby zdobycia podręcznika do tego przedmiotu spełzły na niczym i nie mam jak opracować tematu: nie mam żadnych materiałów. Nadal próbuję, ale skończy się prawdopodobnie na robieniu tego na ostatnią chwilę - czego nienawidzę robić.

3) pracy nadal nie ma, oczywiście. W niedzielę idę na rozmowę z potencjalnym pracodawcą - może będę rozdawał ulotki. Nieźle, jak na miesiąc szukania porządnej roboty, nieprawdaż?

4) projekt już prawie zakończony, ale zostało mi jeszcze trochę do dopisania - w niedzielę/poniedziałek powinienem wstępnie zamknąć prace

5) idzie do nas paczki od naszych rodziców. W mojej: odkurzacz, Fury of Dracula oraz Shadows over Camelot wraz z dodatkiem. W paczce Lin: mała szafka i żelazko oraz ciuchy. Rozwijamy się, jak widać.

sobota, 4 października 2008

Weekendowy writer's block

Siedzę przed klawiaturą od ponad godziny i napisałem może jedną stronę tekstu w wordzie. Siedzę dalej nad swoim projektem na konkurs TPSA i jestem nim już absolutnie zmęczony... Muszę się przemóc, to już tylko kilka stron szczegółowego opisu - wszystko po tym już z górki.
W sumie to dobrze, że muszę się zebrać teraz - inaczej zapewne zarzuciłbym projekt i nic by z tego nie było. A tak to mam termin i choćby skały s*ały - zakończę to.
Za to czuję się już lepiej - dzisiaj ubrałem kurtkę, więc nie przewiało mnie. Pogoda zrobiła się już bardzo jesienna.

piątek, 3 października 2008

Słodko-gorzki koniec tygodnia

Pierwszy tydzień na uczelni kończy się... dziwnie. Z jednej strony jestem zadowolony z University of Kent, choć studia tutaj bardzo się różnią od tych w Polsce. Nie spędza się na uczelni nawet połowy tego czasu, co u nas (czy też: u was), za to jest dużo więcej roboty samodzielnej. Z każdego przedmiotu trzeba napisać esej lub nawet kilka, do każdego wykładu jest seminarium (coś jak nasz układ z ćwiczeniami) na które też trzeba przygotować różne prace, w tym prezentacje ustne. Innymi słowy - bardzo punktowana jest praca indywidualna.
Kupiłem sobie też kartę autobusową dzięki której zaoszczędzę jakieś 120-160 funtów w skali roku, a więc może i nie bardzo dużo ale w tej chwili znacząco...
No właśnie - w tej chwili. Nie ma się czym chwalić, ale zostało mi już niecałe 150 funtów, co chwilowo starczy na dwa tygodnie. A pracy NIE MA NIGDZIE. Zgłosiłem się do dziesięciu różnych miejsc, może nawet większej ich ilości (straciłem rachubę) i nie dostałem odzewu znikąd. Niektóre z nich już zatrudniły kogo innego: jak np. Nags Head, gdzie bardzo liczyłem na pracę. Nawet z KFC mi nie odpisali...
Kombinuję jak mogę, ale jak nadal tak pójdzie... będę musiał naprawdę coś wymyślić.

Z innych dobrych wieści: jestem już prawie oficjalnie członkiem Adventure Gaming Society na moim uniwersytecie. Z innych złych wieści: przewiało mnie dzisiaj strasznie, ubrałem się za lekko. Boli mnie ucho i dziąsło, chyba mam trochę gorączki... Mam nadzieję, że na tym się skończy.

środa, 1 października 2008

Gry, gry, gry...

Dzisiaj spotkałem się ze Stuartem - znanym także jako MidKentGamer na serwisie Boardgame Geek. Umówiliśmy się na planszówki - zagraliśmy dwa razy w grę którą przyniósł, potem Lin musiała wrócić do domu, a ja poszedłem z nią i wyniosłem z szuflady Hive'a. Dostałem wpieprz cztery razy pod rząd, a potem pogadaliśmy o grach, wymieniając się tytułami wartymi poznania. Całkiem miły gość - myślę że będziemy się z nim spotykać przy grach.

Jutro porozmawiam z niejaką Terri King z Adventure Gaming. Pogadamy o RPGach, może i o planszówkach. No i muszę jeszcze załatwić parę rzeczy z uczelnią...

A w piątek szukam dalej pracy. Sezon na tymczasowych pracowników otwarty!

poniedziałek, 29 września 2008

Parę nowych fotek

Jak w tytule:


Jedna z pochyłych ścieżek w Rochester - ta konkretna łączy okolice Jackson's Field z High Street.


Zamek od strony bocznej uliczki - obiecuję następnym razem zrobić zdjęcie z dziedzińca, ale tym razem zapomniałem.


Zdjęcie katedry zrobionej znad muru zamkowego.


The Monk - drewniana rzeźba w niedalekim parku, ujęcie pierwsze...


... i ujęcie drugie, z cieniem.

To tyle póki co - jutro może zamieszczę kilka zdjęć z Canterbury.

Powoli następuje klarowanie się sytuacji...

Ponownie, w punktach:
1) mam telefon - jest bardzo fajny, choć początkowo byłem do niego bardzo sceptycznie nastawiony, ale Lin mnie przekonała
2) udało się kupić paragrafówki o których już nie raz wspominałem - gram sobie od czasu do czasu
3) dzisiaj podczas spaceru odwiedziłem kilka Charity Shops. Kupiłem Lin "Alicję w Krainie Czarów" (jej ulubiona książka) za 50 pensów, a sobie "Hobbita" za 75. Szukałem innych perełek, ale póki co nie znalazłem - co nie znaczy że ich nie ma.
4) jutro pierwszy dzień na uniwerku: zobaczymy jak będzie. Muszę z nimi jeszcze dopiąć kilka spraw, bo mnie ścigają mailowo, żebym doniósł im dokumentację. Dziwne to trochę, bo już dwa razy to zrobiłem - no, ale najwyraźniej do trzech razy sztuka.
5) ostatnimi dniami trochę gorzej czujemy się z Lin: mnie boli głowa, wieczorami jestem bardzo zmęczony, a ona bywa smutna. No, ale pomagamy sobie nawzajem i to się liczy.
6) piszę dalej grę, idzie jak po grudzie, ale dzisiaj skończę prawdopodobnie główny wątek. Reszta powinna pójść szybciej - szczególnie że teraz będę kursował między Rochester a Canterbury, co oznacza, że będę miał codziennie prawie dwie godziny na pisanie w pociągu. Reszta projektów trochę się kurzy, ale od czasu do czasu zaglądam.
7) jako ciekawostka - moje aktualne projekty:
- Rashadaman: RPG w klimatach arabskich
- Absumere: RPG znane niektórym z pierwszej strony komiksu mojego i Joka
- Millenium City: RPG w którym odkopuję mocno już zakurzony klimat Cyberpunk
- Karawany: gra planszowa, projekt chwilowo zarzucony, bo nie mam jak zaprojektować planszy
- Test na Maga: gra planszowa której wersję alpha już opracowałem, czas ją testować
- Stacja Kosmiczna: projekt ledwo co napoczęty, zamierzam się za niego zabrać jak opracuję resztę

Więc, jak widzicie, nie nudzę się.

sobota, 27 września 2008

Weekend

No, to słuchajcie, co wam powiem, bo mam parę ciekawostek.

1) kupiłem w czwartek lokalny smakołyk: Rochester Ginger, wg receptury z czasów Dickensa. Jest to bezalkoholowy napój imbirowy który bardzo interesująco szczypie język i gardło. Kosztuje prawie 4 funty za 725 ml, więc nie jest zbyt tani, ale i tak będziemy go kupować co jakiś czas.

2) jadłem sobie przez te dwa dni kolejne puszki Mean Beanz: Meksykańskie i BBQ. Nie są tak dobre jak Chili, które zjadłem w środę. Dzisiaj idziemy dokupić kilka rzeczy w Tesco, więc zaopatrzę się w nowe: zwykłe i właśnie Chili

3) dzisiaj idziemy też wreszcie kupić sobie komórki - wracając skoczę do Nags Head i przyniosę im swój nowy numer. Jeśli o pracę tam, czy gdziekolwiek indziej, chodzi - nadal nic

4) Lin znalazła w jednym z Charity Shopów te paragrafówki o których wspominałem jakiś czas temu, ale nie za 15 funtów, a 4! Prawdopodobnie kupimy to zaraz, jak tylko się zbiorę...

5) nawiązałem kontakt ze stowarzyszeniem graczy na mojej uczelni. Spotykam się z ich członkinią odpowiedzialną bodajże za gry planszowe prawdopodobnie w czwartek. Dzisiaj mają spotkanie, ale za dużo rzeczy muszę dzisiaj zrobić i nie pojawię się w Canterbury. Poza tym, to byłyby kolejne funty mniej.

6) dostałem kartę z banku, teraz czekam już tylko na pin

No, póki co to tyle. Do usłyszenia.

czwartek, 25 września 2008

Czas ustaleń

Poza tym, co już pisałem o moim zwyczajnym dniu w ostatnich dniach niewiele się dzieje. Złożyłem CV do The Nags Head, wybrałem sobie moduły na uczelni i czekam dzisiaj na potwierdzenie, że są tam wolne miejsca. Jutro będziemy szli z Lin po najtańsze komórki od Orange. Ona dostała już pismo od banku, ja jeszcze nie - wciąż czekam na kartę, trwa to już bardzo długo.
Piszę dalej, kawałek po kawałku, ale, jak to ja, wytraciłem tempo. Teraz będę potrzebował samozaparcia. Sporo.
No i zainstalowałem wczoraj Fallouta, oczywiście nie ruszył - nienawidzę Visty, wspominałem już? Muszę się nacieszyć Fallout: Tactics.
Hmm, nawet wypity wczoraj Hobgoblin nie smakował tak dobrze jak go zapamiętałem. Dziwne, że wszystkie dobre piwa, których i tak jest mało, zmieniają smak na gorszy...

wtorek, 23 września 2008

I znowu update trzydniowy

Ostatnio piszę rzadziej, bo mało się dzieje - wczoraj w sumie było najwięcej do zrelacjonowania, ale miałem inne rzeczy do zrobienia no i byłem dość zmęczony. Ostatnimi dniami często boli mnie głowa.
W niedzielę wzięło nas na granie, więc po prostu posiedzieliśmy w domu. Oglądaliśmy też Friends, ostatnio robimy to codziennie (ścigam Mateusza, który jest już chyba w dziesiątym sezonie). Wypiłem ale o którym wspominałem, nazywa się Stinger - nie było jakieś bardzo dobre.
Poniedziałek to dzień mojej wizyty na uniwersytecie. Musiałem wstać wcześnie (przed siódmą), żeby na 7.39 wstać na pociąg. O 9.30 było spotkanie z kadrą i organizacjami studenckimi, które potrwało prawie godzinę, ale było ciekawe. Potem załatwiłem sobie indentyfikator. Wróciłem do domu, pisałem, grałem, oglądaliśmy Friends.
A dzisiaj będziemy szli na zakupy, bo zaczyna nam brakować paru rzeczy.

Aha, zacząłem też grać w Tribal Wars - ale według oczekiwań, nie wciąga mnie specjalnie, tak sobie od czasu do czasu kliknę.

sobota, 20 września 2008

Ostatnie dni...

... opowiadane przy fasolce w zalewie pomidorowej z Tesco (pyszna!) i butelce Fursty Ferret, ale browaru Badger (takie sobie, ale da się wypić).
No to po kolei - w czwartek nie było aktualizacji, bo mało co było do napisania, a poza tym Blogger się zbuntował i nie dałem rady zamieścić posta. Byłem tego dnia w Canterbury dowiadywać się szczegółów o moich studiach - jestem już jaśnie oświecony, dostałem pakiet informacji i już teoretycznie wszystko wiem.
Piątek był dniem grania i zakupów. Kupiliśmy nowe zapasy jedzenia i zrobiliśmy trochę zdjęć.
A dzisiaj poszliśmy na spacer po okolicy i lokalnych sklepach - znaleźliśmy tam dość ciekawą planszówkę za 2 funty (second-hand, charity) i chyba ją kupimy. No i odnalazłem w końcu Hobgobliny! I to niedaleko. Kupiłem dwa, do tego Fursty Ferret i trzeci, który zwie się chyba Badger (nie chce mi się zaglądać do lodówki), wszystko ale, a kosztowało mnie to 6 funtów (była promocja - 6 za 4 butelki, bez promocji są po 1,99).
Pisanie idzie mi trochę gorzej, ale od jutra wracam do tematu - muszę tylko odłożyć Kohan: Ahriman's Gift na bok...

środa, 17 września 2008

Wycieczka do Maidstone

W temacie tego wpisu jest właściwie główna treść dzisiejszego dnia. Z pewnymi trudnościami (uciekł nam autobus i trzeba było się ratować pociągiem), dotarliśmy tam w sam raz na wypełnienie wniosku o ubezpieczenie. Załatwiliśmy to szybko i poszliśmy do tamtejszego KFC zjeść coś dobrego. Najedzeni i jeszcze z drugą partią zapakowaną na wynos wróciliśmy do Strood (tylko stamtąd jeżdżą pociągi) no i na piechotę do domu. Po drodze zgłosiłem się do pracy w kolejnym miejscu, jutro podrzucę im CV.
Aha, skończyłem dzisiaj Diablo 2. Zaczynam trudność Koszmar, ale chwilowo mi się odechciało.
Jutro do Canterbury, rozmawiać jeszcze o studiach i może szukać pracy.

wtorek, 16 września 2008

Sukces!

Dzisiejszy dzień był bardzo dobry poza faktem, że krew mnie zalewała przy Diablo 2. No, ale dzisiaj:
a) dowiedziałem się, że udało mi się dostać na drugi rok na University of Kent
b) złożyła nam wizytę nasza pani Landlord i mamy naprawiony kaloryfer w łazience - grzał tylko do połowy, bo miał wodę
c) dowiedziałem się o ciekawym konkursie w którym wezmę udział: trzymajcie kciuki (a tutaj szczegóły: http://www.tp.pl/prt/pl/klienci_ind/internet/660803/676796/ )
No, więc idę pisać. Do jutra, prawdopodobnie.

poniedziałek, 15 września 2008

Poniedziałek... i druga partia zdjęć

Kolejny dzień spędzony głównie w domu - skoczyłem tylko do Chartwell Estates (naszych agentów), żeby załatwić parę rzeczy. Załatwiłem natomiast spotkanie w środę w sprawie ubezpieczenia, dla siebie i dla Lin - pojedziemy do odległego o 7 mil Maidstone. Niestety, dzwoniłem też na uniwersytet i nadal nic nie wiadomo co z moim drugim rokiem. Podobnie z pracą - żadnych wieści.
Ale zrobiliśmy dzisiaj pyszne placki ziemniaczane!
A jutro może pójdę na spacer, jeśli pogoda dopisze.


Witraż nad drzwiami do naszego domu.

Budynek w którym mieszkamy od strony ulicy. Drzwi do naszej klatki to te czarne. Mieszkamy na poddaszu.

High Street w Rochester - ulica która biegnie dalej przez Chatham.

The Nags Head, Free House (czyli angielski pub/restauracja) przy Nags Head Lane.

The North Foreland, kolejny Free House, nieco bliżej Chatham.

Ah, pisząc tego posta popijałem wspomniany już wcześniej milkshake Frijj o smaku Fudge Brownie. Możecie zazdrościć. Wracam do rzezania stworków w Diablo 2. Do przeczytania.

niedziela, 14 września 2008

Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia!

Krótki opis dzisiejszego dnia:
Otóż osiągnąłem dzisiaj szczyt desperacji i podpisałem zgłoszenie do pracy w... KFC. Przynajmniej jest to lepsze niż McDonald. Byliśmy na zakupach, kupiliśmy jedzenie i parę rzeczy do domu. Ponownie nie udało nam się wyjść na spacer popołudniu, chociaż pogoda jest ostatnimi dniami bardzo ładna. Ale za to mam dla was zdjęcia z trasy, którą robimy z Lin każdorazowo idąc na zakupy.

High Street w Chatham nocą. Jak widać ulice są puste, ale w barach i restauracjach kwitnie życie towarzyskie. Zdjęcie zrobione wczoraj - to był jakiś wyjątkowo dobry dzień dla knajp: minęliśmy co najmniej 3 większe imprezy.

A oto drzwi do naszego mieszkania. Napis głosi Nickelby. W budynku mamy też Copperfielda - mieszka naprzeciwko.

Okna lokalnej synagogi, również przy High Street.

Zamknięty i ogrodzony kościół przy High Street. Szkoda, bo bardzo ładny.

Ten znak to jedyny wyznacznik granicy między Rochester a Chatham - te miasta są właściwie jednym. Do tego obok Rochester jest Strood, a obok Chatham - Gillingham. Nie wiem czy i tam przechodzą tak płynnie.

Zaniedbany i opuszczony teatr - boczna ściana.

Jedna z bocznych uliczek, malowniczo pochylona.

Ponownie Theatre Royal - przednia fasada.

I motto z Shakespeare'a, za oknem, pokryte pajęczynami.

I ponownie High Street, tym razem w drodze powrotnej.

Hmm, zdjęć było więcej, ale mi je wessało podczas zamieszczania... interesujące. No cóż, dorzucę je przy okazji, dzisiaj jestem już zbyt zmęczony.

Patrzcie co znalazłem!


Oto co wyskakuje jako pierwsze gdy do Googli wpisze się "unknown". Taka ciekawostka na dziś.
A tak serio, to sprawdzałem jak się zamieszcza zdjęcia i ten stworek mi się spodobał, więc go zostawiam. Wieczorem spodziewajcie się sprawozdania z dzisiaj wraz ze zdjęciami z wczoraj i dziś.

sobota, 13 września 2008

Nothing to report

Dziś nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Dzień minął pod znakiem łóżka i komputera. Skype nadal nie działa poprawnie - moja mama znowu się zawiodła, bo nie pogadaliśmy. Mieliśmy iść na spacer, ale jakoś tak wyszło, że nie mogliśmy się zebrać. A zaraz, zgodnie ze wczorajszą zapowiedzią, idziemy do Tesco. Przy okazji zrobimy trochę zdjęć z serii Rochester/Chatham by Night. Fotki powinny się pojawić tutaj, może jutro wieczorem.

piątek, 12 września 2008

Wanderlust...

Dzisiaj po napisaniu recenzji i skonfigurowaniu, przy pomocy Julci, Skype'a, doznałem natchnienia. Nagle poczułem, że muszę wyjść na spacer. Ruszyłem więc przed siebie, na południową stronę miasta, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję, że nie mam aparatu - widziałem piękne posesje i zawitałem na lokalny cmentarz. W niczym nie przypomina naszych zapuszczonych, ciemnych i nieciekawych cmentarzy - ten ma zieloną, krótko przystrzyżoną trawę, kilka ogromnych drzew, trochę krzaków i dużo wolnego miejsca. Gdybym miał przy sobie książkę, usiadłbym pod jednym z tych drzew i czytał. Pogoda była bardzo ładna, więc cień był na miejscu. Dalsza część wędrówki nie była specjalnie interesująca - ot, zwykłe osiedla: chociaż też bardzo urokliwe.
Po drodze, wracając, zawadziłem znów o High Street i odebrałem zgłoszenie do pracy w sklepie z bakaliami. Za jakieś 10 dni powinienem wiedzieć, czy uda mi się tam zatrudnić: proponują 8 godzin w sobotę, za minimalną płacę brytyjską - 5,60 funtów chyba. Choć dla mnie będzie ona raczej niższa, około 4,40. Na standardową łapię się dopiero w przyszłym roku, od 22 roku życia.
Wróciłem do domu i zjadłem obiad - zrobiłem go za dużo i nie miałem jak zjeść całości za jednym zamachem. Zaraz potem poszedłem na High Street zostawić wypełnione już zgłoszenie do sklepu i kupić Goji Berries po przecenie, a także... różę dla Lin. Bez okazji - znacie mnie, więc wiecie że mam tak w zwyczaju ;)
Wróciła późno, zmęczona i głodna, ale zadowolona z wycieczki do Londynu. I cieszyła się i z różyczki i z Goji Berries. A dlaczego z tego drugiego, to wrzućcie do Google i sprawdźcie.
A jutro ponownie spacer, tym razem z aparatem z komórki Lin. I wieczorne zakupy - ponoć w Tesco po 21 sprzedają towar za grosze żeby się go pozbyć.

czwartek, 11 września 2008

Cały dzień spędzony w domu (prawie)

Lin była dzisiaj pół dnia na uczelni, więc siedziałem sobie w mieszkaniu. Udało mi się napisać recenzję Shoguna i dokończyć wersję alpha mojej nowej planszówki, pograłem też trochę - mogę więc zaliczyć przedpołudnie do udanych. Zrobiłem sobie też lasagne z Icelandu, ale nie doczytałem przepisu i niepotrzebnie wyjąłem ją ze specjalnego opakowania - sos beszamelowy rozlał mi się po całej tacce do pieczenia. Muszę ją kupić znowu jak tam będę - była dobra, choć nie do końca zrobiona.
Zrobiłem Lin naleśniki, ale nie przyszła na czas, bo utknęła w sklepach z antykami i przyniosła z tej wyprawy nóż do masła - całkiem ładny i funkcjonalny. Zgłosiła mi też, że jest kolejne miejsce gdzie szukają doświadczonych pracowników - poszliśmy tam, ale było już zamknięte: wysłałem im CV na maila, według prośby na kartce. Byłem też w paru innych miejscach, ale wszędzie to samo: "Nie, aktualnie nie szukamy nikogo do pomocy"...
No i trafiliśmy do drugiej księgarni na High Street ze starymi używanymi książkami. Co prawda nie może równać się z Bagginsem, ale mają tam pakiet dziesięciu paragrafówek autorstwa Steve'a Jacksona i Iana Livingstone'a za 15 funtów. Kto wie, czy się na to nie złożymy z Lin.
Wspominałem już, że katedra i zamek w Rochester są ekstra? W weekend może się w końcu zbierzemy i zrobimy trochę fotek - powinny trafić na bloga.
Jutro nie mam żadnych specjalnych planów. Lin jedzie na całodniową wycieczkę do Londynu (w ramach zajęć na uczelni), więc mam wolne. Mam nadzieję, że odezwie się ktoś od pracy... A do napisania mam jeszcze dwie recenzje, muszę dopracować kolejny projekt planszowy i wrócić do prac nad RPGiem... Nie będę się nudzić, szkoda tylko, że nie będę zarabiać.
Ale dzisiaj nic nie wydałem, ha!

środa, 10 września 2008

Drugi dzień bez sukcesów

No cóż, jeśli o pracę chodzi - to nie był mój dzień. Wszędzie dowiedziałem się tego samego: na razie pracy nie ma, ale trzeba zgłosić się za jakiś miesiąc, bo zaczyna się sezon na zakupy świąteczne (zakupy świąteczne w październiku!)...
W sumie był spokojny: rano Lin była na uczelni, więc ja oglądnąłem sobie film, pograłem chwilę i zjadłem śniadanie. Gdy wróciła, zrobiliśmy sobie placki ziemniaczane. Potem pomogłem jej pisać CV i poszliśmy, mimo moich sprzeciwów (ostatnie dwa dni prawie ciągle chodziłem - nogi mnie bolą), do Chatham, zostawić nasze oferty pracodawcom w paru sklepach z grami komputerowymi. Mimo mojego postanowienia na dziś pt. "nie wydawać pieniędzy", kupiliśmy obiad u znanego wam już chińczyka na wynos. Co więcej, wracając zawadziliśmy "z ciekawości", o sklep z mrożonkami Iceland... i nakupowaliśmy sobie taniego jedzonka na chyba cały tydzień (opakowania po funta, dwa - spore porcje). Lin kupiła też milkshake'i - jednego wypiliśmy już w drodze: był pyszny.
Jutro zapowiada się kolejny leniwy dzień. Skorzystam z niego: muszę w końcu dopisać coś do RPGa i dopracować grę. Inna sprawa, że strasznie niewygodnie mi się pracuje na tym laptopie - nie mamy biurka ani niczego takiego, więc stoi on na małym metalowym koszu, który kupiliśmy za funta. Służy za kosz na brudne ciuchy oraz właśnie za podstawkę.
I oby jutro okazało się coś wreszcie z pracą... albo chociaż z moimi przenosinami na drugi rok.

wtorek, 9 września 2008

The turn of the tide...?

Za jakąś chwilę wychodzę dalej szukać pracy, tym razem na High Street w Rochester - i wiem, że jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie prawie na pewno mnie zatrudnią (szukają pracowników). Ponadto, jak tylko się czegoś dowiem o tejże pracy, jadę ponownie do Canterbury (kolejne 10 funtów do tyłu), żeby próbować zacząć studia od drugiego roku. To dałoby mi oszczędność czasu, a przede wszystkim - ponad 3000 funtów, które są roczną opłatą.
Jak się wam chce, możecie trzymać kciuki - nie zaszkodzi.

Update o 16 czasu Greenwich: wróciłem, ale niestety znowu bez konkretnych osiągnięć. Poza poszerzeniem swojej wiedzy o pracy w Anglii i kierunku na którym będę - nic konstruktywnego. W sprawie pracy mają się do mnie zgłosić, a wiecie jak to bywa, gdy mówią wam "Oddzwonimy do pana...". Cóż, pozostaje mieć nadzieję. W razie czego mam plan B.

poniedziałek, 8 września 2008

Dzień porażek

No cóż, dzisiejszy dzień nie należał do najbardziej udanych.
Pojechałem do Canterbury żeby ustalić wszystkie szczegóły moich studiów, oraz poszukać pracy w lokalnym Games Workshop. Okazało się, że na kampus niespecjalnie opłaca się maszerować - zeszło mi chyba z godzinę, zanim się tam dostałem. Po drodze trafiłem na sklep z grami planszowymi i RPGami - idealna praca dla mnie. Niestety, właściciel nie był zainteresowany zatrudnianiem nowej osoby.
Na kampusie spędziłem kilka godzin - jest położony w bardzo ładnej okolicy (i ma sporo zieleni na swoim terenie), ale jest tak duży, że nie sposób się tam odnaleźć bez mapy. Czułem się jak Asterix i Obelix w "12 Pracach Asterixa" gdy w kolejnym miejscu wysyłali mnie do następnego i ciągle się okazywało że to jeszcze nie tutaj mam trafić. Nie załatwiłem specjalnie dużo, ale przynajmniej cokolwiek.
Wróciłem autobusem do Canterbury i poszedłem szukać szczęścia w Games Workshop - niestety i tutaj nie potrzebowali pomocy. Wsiadłem więc w pociąg powrotny i wróciłem, jakieś 30 minut temu, do mieszkania. Na szczęście moja kochana Lin zrobiła mi obiad i mogłem coś od razu zjeść.

Wnioski z dnia dzisiejszego:
1) jutro idę szukać pracy w Rochester lub Chatham, bo bilety kolejowe są za drogie (10 funtów w obydwie strony) żebym póki co pracował w Canterbury. Inna sprawa, że zostało tam tylko jedno miejsce w którym mógłbym chcieć pracować - a jest takie samo w Chatham (sieć sklepów z grami komputerowymi Gamestation).
2) tutejsze zniżki mi niespecjalnie pasują: jedna karta jest ok, ale kłopot taki, że nie obejmuje kursów przed 10 rano - a na pewno będę takimi podróżował na zajęcia. Innymi słowy - muszę kombinować, bo inaczej nie wyrobię finansowo.
3) Canterbury jako miasto jest bardzo ładne, warto odwiedzić. Katedra robi niesamowite wrażenie - miałem okazję popatrzeć na miasto ze wzgórza i ten budynek zdecydowanie góruje nad i przytłacza resztę miasteczka.

Dzisiaj robię sobie do końca dnia wolne - pogram w coś, oglądnę film, popracuję nad swoimi projektami gier. A jutro od rana działam.

niedziela, 7 września 2008

Ostatnie trzy dni

Szybki update.
Piątek, 5 września 2008: około 12.00 czasu angielskiego dojechaliśmy do Londynu po ponad 24 godzinach spędzonych w autokarze (z czego 8 w Polsce - z Krakowa do granicy... nie wiem jak oni to zrobili). Już o 14 byliśmy pod mieszkaniem w Rochester, moknąc w deszczu i ze wszystkimi naszymi gratami pod ręką. Na szczęście pojawił się agent z agencji mieszkaniowej i wpuścił nas do środka. Po pewnym organizacyjnym chaosie, udało się nam wreszcie spokojnie usiąść około 18. Niestety, wszystkie sklepy były już wtedy zamknięte i pozostało nam spać na podłodze wyłożonej moimi bluzami, przykrywając się innymi ubraniami. Mieliśmy zapasy jedzenia z podróży, a w mieszkaniu był czajnik elektryczny, więc raczyliśmy się wodą z przywiezionym syropem imbirowym.

Sobota, 6 września 2008: dzień minął pod znakiem zakupów. Kupiliśmy dużo jedzenia, załatwiliśmy sobie konto w banku, Lin udało się załatwić sobie mobilny internet od Orange, ale mnie się nie udało, bo nie miałem ze sobą paszportu. Wracając z Tesco, obładowani zakupami, zatrzymaliśmy się u chińczyka na High Street w Chatham. Zjadłem bardzo dobrego kurczaka słodko-ostrego, Lin zaś zamówiła sobie chrupiące skrawki z wołowiny, ale była bardzo
niepocieszona, bo były na słodko (nie lubi). Wieczorem wypakowaliśmy zakupy i nareszcie był czas na chwilę odpoczynku - oglądnęliśmy sobie odcinek serialu. Spaliśmy zawinięci w pościel, którą kupiliśmy: nasze próby kupna materaca skończyły się na spojrzeniu na wysokie ceny w lokalnym sklepie z łóżkami.

Niedziela, 7 września 2008: rano wyruszyliśmy na ponowne zakupy do Tesco, po drodze zatrzymując się w centrum handlowym Pentagon, w którym załatwiłem sobie internet. Wracając wstąpiliśmy do innego chińczyka, i za 10 funtów napchaliśmy sobie jedzenia do pudełeczek na wynos (eat all you want - pakujecie tyle żarcia, ile zmieści się w pojemniczku) plus deser. Wracając, wystawa jednego ze sklepów natchnęła mnie do opracowania kolejnej gry planszowej. Zjedliśmy obiad po dotarciu do domu i posprzątaliśmy odrobinę. Potem ruszyliśmy na zamek, bo o 16 odbywał się pokaz walk rycerskich - kończył się dwudniowy festiwal średniowieczny. Przeszliśmy się High Street od strony Rochester i wstąpiliśmy do GIGANTYCZNEJ biblioteki, do której przyciągnął mnie szyld głoszący: Baggins. Ciężko opisać ogrom tego miejsca słowami - gdy zdobędę aparat, zrobię wam mały tour. Potem wróciliśmy do miasta i oto jestem tutaj, pisząc tego bloga... Dziś śpimy na dwóch pościelach położonych na sobie, a przykrywamy się trzecią - wyjdzie nam dużo taniej niż materac, choć na pewno nie tak wygodnie.

The Mysterious Mr. Finch

Witajcie, lub jak to mówią tam, gdzie aktualnie przebywam - Welcome.
Dnia 4 września 2008 roku wyjechałem wraz z moją dziewczyną, Lin, do Anglii. Przyjechałem tu studiować, przy okazji pracować, ale głównie z tego powodu, że zawsze chciałem to zrobić. Wcześniej w Anglii byłem w pierwszej klasie gimnazjum, a więc ponad osiem lat temu - i kraj mnie oczarował. Jestem wielbicielem języka angielskiego i, jak niektórzy uważają - całkiem nieźle nim władam. Ten wyjazd ma na celu jednak także zwiększenie moich zdolności w tej dziedzinie.
Ten blog powstaje głównie dla grona moich znajomych - przyznaję, że także z prostego powodu: wygody. Zamiast opowiadać wszystkim to samo, zawsze mogę - fakt, że nieco nieprzyjaźnie, oddelegować ich do tej strony.
A więc, moi drodzy, po tym krótkim wstępie - zapraszam do lektury. Postaram się uzupełniać bloga jak najczęściej dam rady.